O dziwo całkiem dobrze się wyspałam w podniebnej rezydencji. Starałam się nie schodzić bez potrzeby i myjąc zęby plułam przez otwory w ścianach... Niepotrzebnie wieszałam moskitierę, bo owady tam nie docierały.
Do Faaborga prowadził wyżwirowany szlak po dawnej linii kolejowej. Miasto było spore i ładne. Rozejrzałam się i poszłam do informacji turystycznej zapytać o prom na następną wyspę, Als. Potem zrobiłam zakupy i podążyłam w kierunku przeprawy promowej w Bøjden szlakiem pielgrzymkowym.
Øhavsstien zniknął i znowu byłam sama na szlaku. Nawet rowerzystów nie było, o dziwo. W kościele w Horne odbywał się właśnie ślub, więc popatrzyłam tylko z daleka. Tak jak u nas para młoda obsypywana była ryżem, a oprócz tego orszak miał jakieś niezielone liście palmowe.
Prom uciekł mi sprzed nosa i musiałam czekać na następny. Fyn kończyła się rozlewiskiem, na którym pasły się krowy i wielką rzeźbą kaczki. Bilet kupiłam w automacie (tylko po duńsku), a w poczekalni podpięłam się do prądu. Tak może było i lepiej. Rejs trwał krótko, niebawem dobiliśmy do brzegu bardzo uroczej jak się okazało Als.
W Fynshav d razu znalazłam znaki szlaku Alsstien i skierowałam się na południe. Pierwotnie miałam zamiar przejść przez Als na ukos szlakiem pielgrzymkowym, ale okazało się, że jest nudny i asfaltowy, za to Alsstien prowadzi wzdłuż wybrzeża przez lasy i malownicze wybrzeże.
Biwak z wiatą, która już była zarezerwowana wypatrzyłam w odległym o kilka kilometrów lesie, wyjątkowo należącym do państwa (z tego względu wolno zdaje się było biwakować w całym lesie, a w każdym razie na dużym obszarze wokół wiaty). Był tam też nie lata zabytek - kurhan z epoki brązu ze wspaniałymi dwoma grobami korytarzowymi, obwiedziony granitowymi głazami. Niesamowite, że stoi tam od tysiącleci, tuż nad morzem.
Kontynuowałam ścieżką. Las był przerwany złotymi polami, potem był dalszy ciąg buczyny, a w niej jeszcze wspanialszy kompleks kurhanów i dolmenów. Te akurat zostały przebadane i uporządkowane, tak że są zadbane i wyeksponowane. To był chyba najwspanialszy zabytek, jaki widziałam w Danii.
Zrobiwszy milion zdjęć grobowców w świetle wieczornego słońca ruszyłam na biwak. Pogoda była piękna, więc nie bardzo żałowałam wiaty. Trochę... Była w niej para lokalsów, która przyjechała rowerami z niedalekiego parkingu. Oprócz tego dwóch rowerzystów i jedna rowerzystka, wszyscy z Niemiec. Po drodze było jeszcze kilka miejsc pod namioty, ale wszystkie zajęte. Jakaś rodzina biwakowała poniżej i jeszcze Belgijka, która potem do nas dołączyła przy ognisku. Bo tak - było ognisko. Popisowo rozbiłam namiot w ciągu dwóch minut, bo wiedziałam że jestem obserwowana i chciałam zrobić dobre wrażenie. Oczywiście udało się. Miałam niecne zamiary. Kupiłam w sklepie kiełbasę i liczyłam na to, że przy sobocie w popularnym miejscu ktoś będzie i może rozpali ognisko, do którego mogłabym się podpiąć ze swoją kiełbaską. Nie zawiodłam się!
Wydawało nam się, że widzimy pluszczącą się w wodzie fokę, ale to chyba fale rozbijały się na podwodnym kamieniu.
Wstałam pierwsza. Było wilgotno, jak to nad morzem i zbierało się na deszcz. Pokropił jeszcze zanim się spakowałam... Na śniadanie chleb chrupki z pasztetem i ogórkiem. Biwak nad klifem był nieco ryzykowny, ale nie było wyjścia.
Niedaleko na plaży wypadło 300 km. Było bardzo parno i słabo się czułam, zawsze tak reaguję na pogodę. Rozentuzjazmowałam się trochę na widok ogromnych krzemieni, zaścielających plażę.
Tego dnia udało mi się popływać w morzu. Byłam taka zmulona, że stwierdziłam, że muszę popływać. Pomimo pochmurnej pogody nie było wcale zimno, a i woda była ciepła, praktycznie taka sama jak powietrze. Znalazłam ładną plażę z pomostem, przebrałam się jak nikogo nie było i weszłam do wody. Było płytko, przyjemny piasek pod nogami.
Ścięłam dolny skrawek wyspy żeby nabrać wody w kościele w Lysaby, a do następnego szlaku dołączyłam przy starym młynie w osadzie Vibæk. Szlakiem tym był Gendarmstien, jeden z dwóch najpopularniejszych szlaków pieszych w Danii, jak się później dowiedziałam. Na razie nikogo nie spotkałam, ale stwierdziłam, że jest fajny. Cały czas ładna ścieżka prowadziła blisko morskiego brzegu. Woda była niesamowicie spokojna.
Pod wieczór zrobiłam zakupy w Høruphav i nabrałam wody w porcie. Niedaleko w lesie były dwa czy trzy stanowiska biwakowe, w tym wiaty, ale zajęte. Szłam do następnego stanowiska. Wieczorem w lesie na klifie panował spokój. Klif przypominał bardzo polskie wybrzeże. Szlak rowerowy miał inny przebieg i na szlaku pieszym był zakaz wprowadzania rowerów, ale sądząc po śladach opon nie wszyscy go respektowali.
Wiata była bez rezerwacji, ale była już zajęta przez rodzinę z dwójką dzieci na rowerach. Pod samym zakazem wprowadzania rowerów... Usłyszałam swój język ojczysty i dyskretnie oddaliłam się do lasu. Kawałek dalej już był rozbity namiot, ale znalazłam też niezłe miejsce dla siebie. Kolejni rowerzyści nadjechali wieczorem i rozbili się z namiotem. Moje miejsce na szczęście zostało tylko dla mnie. Zrobiłam sobie prawdziwą ucztę i wyszłam oglądać fenomenalny letni zachód słońca.
Spodobało mi się dolewanie śmietanki do kawy, ale takiej prawdziwej, 36%. Nawet mnie trudno było strawić taką ilość tłuszczu, ale była to pyszna sprawa taka kawa o poranku. Reszta śniadania zresztą nie była gorsza.
Po takim posiłku czułam, że mogę wiele zdziałać. No cóż, ruszyłam do Sønderborga. To duże miasto położone w cieśninie pomiędzy Als, a kontynentalną Danią. Cieśnina była tak wąska, że był na niej zwodzony most. W ten sposób zakończyłam etap wyspiarski przejścia Danii. U wejścia do cieśniny stał wielki zamek obronny, a w zatoce cumowało wiele statków. Wszystkie one przepłynęły cieśninę w momencie, kiedy weszłam na most. Musiałam czekać aż przepłyną, ale to też była atrakcja. W zatoce pozostał wielki żaglowiec i usłyszałam jak orkiestra dęta gra na czyjąś cześć. Czyżby ktoś z rodziny królewskiej odbywał rejs?
Na samym końcu była plaża i prysznic plażowy. Był zaznaczony na mapie i szykowałam się na niego od rana. Przed miastem był jeszcze jeden i tamten chyba miał nawet ciepłą wodę. Ten tylko zimną, ale i tak z przyjemnością się wyszorowałam z użyciem nowo zakupionej gąbki.
Teraz była już taka pora, że zaczęłam spotykać wędrowców, których było zaskakująco wielu. Była też wiata dostępna tylko dla pieszych, rzadki rarytas. Żałowałam, że nie wypadł mi tam nocleg.
Potem tego żałowałam, ale nie zorientowałam się w porę i zamiast przejść dokładnie szlakiem dookoła półwyspu, ścięłam go w celu zrobienia zakupów w Broager. Należało ponieść więcej i przejść całość, poświęcając na to dodatkowy dzień. Po dobiciu znów do szlaku szłam przez zabytkowy kurort. Potem ścieżkę zgrabnie poprowadzono podmokłym wybrzeżem na kolejną plażę. Dzieci wyławiały z wrzaskiem kamyki i jakieś morskie potwory.
Wybierałam się na leśne miejsce biwakowe bez infrastruktury, więc pobrałam wodę w plażowej toalecie z niskim kranem. Parkingi już były zajęte przez turystów samochodowych. Zrobiło się ich zbyt wielu i Duńczycy stawiają już prawie wszędzie zakazy parkowania na noc. Trzeba się bardzo postarać żeby znaleźć legalne miejsce.
Moje jak najbardziej takie było i kiedy przyszłam nikogo na nim nie było. To było dawne wyrobisko po wydobyciu piasku, gdzie postawiono ławkę i było legalne miejsce na ognisko. Tego wieczora na kolację była sałatka i ryba panierowana - w końcu to były wakacje nad morzem. Już się kładłam spać, kiedy na rowerach przyjechało dwóch Francuzów. Grzecznie spytali czy mogą się rozbić, więc wskazałam im najlepsze miejsce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz