wtorek, 28 stycznia 2020

Dania: Møn Rundt i Kopenhaga

Miałam ostatnio ochotę na jakiś czas zmienić otoczenie, pobyć nad morzem. Nigdy nie byłam w Danii, nie licząc kilku godzin na lotnisku w Kopenhadze przy okazji jakiejś amerykańskiej przesiadki. A Dania to jednak kraj skandynawski, więc jak to się stało, że jeszcze tam nie wędrowałam?

Spośród pieszych szlaków wpadł mi w oko już wieki temu Møn Rundt, wchodzący w skład Sjællandsleden - szlaku wokół Wyspy Zelandii, choć Møn jest osobną wyspą. Nie miałam nastroju chodzić zbyt daleko, myślałam, że to krótki szlak i na łażenie przeznaczyłam trzy dni. Okazało się, że jest dłuższy niż myślałam - ma 122 km. Na koniec musiałam pójść odrobinę na skróty, żeby zdążyć na autobus - chciałam też przy okazji zwiedzić Kopenhagę i miałam już zarezerwowany hostel. Ostatecznie pokonałam jakieś 110 km.


 
 
Krakowski smog od razu pokrzyżował mi plany, bo poranny Ryanair siedział na płycie lotniska cztery godziny, zanim widoczność się poprawiła i mogliśmy wystartować. Za ten czas dolecielibyśmy już do Reykjaviku... Na szczęście komunikacja publiczna w Danii jest rozbudowana i co kwadrans miałam kolejne połączenia. Przesiadłam się na dworcu głównym w pociąg do Vordingborga (uwaga, wtyczki w duńskich pociągach znajdują się na suficie!), a tam w autobus do Stege, największego miasta na wyspie Møn, którą z Zelandią łączy okazały most.
 



Była piękna pogoda, słońce chyliło się ku zachodowi, ale wiedziałam, że najbliższe miejsce noclegowe z wiatą leży tylko kilka kilometrów za miastem, więc nie stresowałam się zbytnio i poszłam najpierw do sklepu uzupełnić zapasy (nie wzięłam wszystkiego z Polski, bo leciałam tylko z bagażem podręcznym). 

Nie kupiłam chipsów, choć duńskie chipsy ponoć są dobre, ale nie mogę tyle jeść... Muszę powiedzieć, że byłam rozczarowana ofertą słodyczy. Nie było w tym dziale nic szczególnego. Wszystkie z wyjątkiem jednego rodzaju żelków zawierały lukrecję. Lubię lukrecję, ale nie w żelkach. Czekolady z lukrecją nie było... Były kolorowe kulki, malinowe - ok. Czekolada była szwedzka, jest pyszna, ale nie po to pojechałam do Danii żeby jeść szwedzką czekoladę... Nie marudząc już dalej włożyłam do koszyka paczkę słonecznikowych bułek i ser z czymś, co wyglądało jak kminek, zapłaciłam i wrzuciłam to wszystko do plecaka. W drogę!
 
Oznakowanie szlaku od razu rzuciło się w oczy. Nie ma początku i końca bo szlak jest pętlą. Dołączyłam więc obok informacji turystycznej (otwarte tylko w niektóre dni o niektórych godzinach, pełna lista dostępna na drzwiach). Działało wifi, ale skonstatowałam to dopiero po obejściu całej wyspy, bo teraz śpieszyło mi się i nie sprawdzałam.


 

 
 
Szlak wiódł najpierw alejką wzdłuż wybrzeża, omijając centrum i zabytkową ulicę główną, a także prastary kościół, którego wieżę było zewsząd widać. Zostawiłam za sobą mury miasta, przeszłam obok średniowiecznej bramy i dalej przekroczyłam dawną fosę. W parku pojawiły się już pierwsze wiosenne kwiaty - żółte ranniki.
 


 

 





Szybko zaczęło zmierzchać, ale niebo było bezchmurne i dopiero tuż przed miejscem biwakowym wyjęłam czołówkę. Drewniana wiata, wc i stoliki piknikowe znajdowały się na małej polance, był też kran z wodą (bałam się, że zimą nieczynny, więc niosłam wodę ze sobą, ale niepotrzebnie). Rozłożyłam się pod wiatą i rozpaliłam ogień w kuchence na drewno w celu przygotowania kolacji. Później wlazłam do śpiwora i słuchałam wiatru i pohukiwania puszczyka. Ktoś podjechał na parking, ale nie zajrzał na mój teren.






 
Żywiąc błędne przekonanie co do długości szlaku wyszłam dopiero przed 10, po ciepłym śniadaniu. Mocno wiało z zachodu, wiatr szumiał w koronach drzew, a kiedy wyszłam na otwartą przestrzeń, musiałam na głowę założyć kaptur. Okolica, podobnie jak cała wyspa, była rolnicza. Gospodarstwa rozsiane były rzadko. Szlak skręcił w ścieżkę bliżej morza, było widać mokradła - ta część wyspy jest nisko położona, a morze w cieśninie spokojne, więc wybrzeże przypomina trawiastą lagunę.
 


 

 







 
 
Niektóre domy były ceglane, nieotynkowane, starsze malowane na biało i kryte trzciną. Wokół ciągnęły się pastwiska, poprzecinane zadrzewieniami śródpolnymi. Błyskały czerwone owoce dzikiej róży i głogu. Od wody nadciągały skrzeczące odgłosy ptactwa, zimującego w zatoce. 





 
 




Najwięcej było gęsi, wielkie stada przelatywały mi nad głową. Widziałam je już poprzedniego dnia z okien pociągu, odpoczywające na polach.
 



 
 
Po przejściu przez osiedle letnich domków (nieogrodzonych, ze swobodnym dostępem do lasu i wody), dotarłam do północno-zachodniego krańca wyspy, gdzie cypel połączono mostem z malutką i składającą się głównie z mokradeł wysepką Nyord. Tam szlak zaczął biec tuż nad morzem. Tu i ówdzie wykoszono trzciny i można by było wejść do wody, gdyby to nie był styczeń. Dno było piaszczyste, z odrobiną żwiru. Wąski pas raczej płaskich wydm oddzielał morze od liściastego lasu.
 
 



 
 
Znaki szlaku nakazały skręcić w las. Rosły tam przede wszystkim dęby, nie było drzew iglastych. Zieleń pochodziła od zimozielonego bluszczu. Spomiędzy opadłych liści wyzierało podłoże, składające się z wygładzonych przez fale otoczaków - a więc morze kiedyś sięgało tutaj.
 
 





 
Po wyjściu z lasu trafiłam na szeroką piaszczystą plażę. Szlak szedł po drugiej stronie pasa wydm, ale zeszłam nad wodę. Plaża była pusta, tylko jedna rodzina z dziećmi była na sobotnim spacerze. Kilka parkingów świadczyło o tym, że latem musi to być popularna miejscówka kąpielowa.
 

 

 
 

Dalej skończyła się idylla wędrówki ścieżką; czekał mnie długi kawałek asfaltu, praktycznie przez całą środkową część północnej Møn. Niestety, szlak okazał się być więcej niż w połowie asfaltowy. Lasu było mało, głównie pola i małe wsie, zresztą bardzo ładne. Wszystkie domy wyglądały na stare, większość pochodziła z XIX wieku, kiedy Dania przeżywała rozkwit gospodarczy, ale trafiały się też domy z XVIII wieku. W podobnym stylu są najstarsze zabudowania na naszym Pomorzu, wiekową chatkę z pruskiego muru i z trzcinowym dachem widziałam kiedyś w okolicach Pucka. Pomimo zmian terytorialnych architektura południowego wybrzeża Bałtyku wydaje się bardzo spójna.
 
 









 
Pogoda była taka sobie, ale prognoza na dzień następny była dobra, więc gotowa byłam przełknąć szare chmury i wicher. Po południu zaczęło nawet wyzierać niskie słońce. Wcale nie niższe niż w północnej Polsce - Møn znajduje się tylko trochę bardziej na północ niż Przylądek Rozewie.
 







 


Słońce schowało się już za horyzontem, kiedy ponownie zawitałam nad morzem. Po drodze ktoś entuzjastycznie pomachał mi z samochodu. Tym razem wybrzeże było kamieniste, obramowane umocnieniami z głazów, bo nad skarpą była polna droga. Ktoś stał zanurzony w wodzie i łowił ryby.










Dalej widać było średniej wysokości klif, ale szlak go ominął i znów skręcił na asfalt. Patrząc na mapę i swoją pozycję na niej skonstatowałam, że do wiaty noclegowej zostało mi jeszcze ze 12 km, a tu właśnie robi się ciemno... W przytulnych duńskich domach już zapalono światła, a ja mogłam zapuścić żurawia do pokoi i pomarzyć o ich cieple. Wicher nie słabł, znów nadeszły chmury. Wkrótce zrobiło się całkiem ciemno. Przechodząc obok domu ze szklarnią miałam ochotę zapukać i zapytać o możliwość noclegu (nie zabrałam tym razem wcale namiotu), ale nie znalazłam dzwonka ani też nie widziałam wewnątrz ludzi. Postanowiłam iść dalej, bo skoro szlak jest taki długi to i tak muszę trochę nadgonić żeby w ogóle być w stanie okrążyć wyspę. Wkrótce zrobiło się zupełnie ciemno. Rzadko przejeżdżał jakiś samochód. Zapalałam wtedy czołówkę, przymocowaną do nadgarstka. Kiedy odjeżdżał szłam znów po ciemku. Gładki asfalt odznaczał się na ciemnym tle.
 
 
 
 
Znaki przy drodze wskazały pałac Liselund, co nie zgadzało się z mapą, bo według niej miałam iść dalej asfaltem. Skręciłam do pałacu, zajrzałam do szopy i zamkniętego wc, były tam tabliczki informujące o włączonym alarmie... Niestety parkowe alejki wyprowadziły mnie na manowce. Oznakowanie się skończyło, wylazłam na jakąś górkę, skąd prowadziło kilka ścieżek, a nie wiedziałam którą wybrać. Zdecydowałam się wrócić na asfalt.
 
Ciemności były już tak nieprzeniknione, że musiałam iść ze światłem. Byłam zmęczona, bolały mnie nogi od twardej nawierzchni, a tu jeszcze na domiar złego zaczęło padać. Kiedy dałam za wygraną i zatrzymałam się żeby założyć kurtkę, przestało. Minęłam skręt na leśny biwak, który był też na mapie oznaczony jak kontynuacja szlaku. To właśnie tam należało skręcić żeby dojść nad największy na wyspie klif, z którego ta część Danii słynie. Po doświadczeniach z pałacowego parku bałam się, że zabłądzę, a klifu w nocy i tak bym nie obejrzała - postanowiłam iść dalej drogą, a przyrodniczą ciekawostkę zaliczyć rano. Za ostatnią wsią droga stała się gruntowa. Prowadziła w górę i w dół po wzgórzach, przez gęsty las, z którego dochodziły różne dziwne odgłosy. Sów było mnóstwo, przestraszone machały skrzydłami. W powietrzu unosił się gęsty opar.
 
Wreszcie doszłam do oświetlonego muzeum i trafiłam na właściwą ścieżkę. Była ona nad urwiskiem, z którego widać było morze i światełka na horyzoncie - to już była Szwecja. Z pomocą GPSu zlokalizowałam miejsce biwakowe, a kiedy się do niego zbliżyłam zauważyłam płonące ogniska - Møn Klint to bardzo popularne miejsce, mogłam się domyślić, że w sobotę ktoś tam będzie. Trzy z czterech wiat były zajęte, dla mnie została ostatnia. Przywitałam się i wzięłam za rozpalanie mokrymi patykami. Potem skonana wlazłam do śpiwora jeść kolację i udałam się na spoczynek.
 
 
 
 
Rano zmobilizowałam się żeby zwlec się nieco wcześniej i wróciłam na klif. Zeszłam ogromnie długimi i stromymi schodami na plażę żeby zobaczyć go w całej okazałości. Doprawdy głupio wyszło, że nie przeszłam całego odcinka szlaku nad klifem. Jeśli kiedykolwiek tam wrócę muszę to nadrobić. Wspaniała ściana kredowego klifu wznosiła się wysoko, nie mogłam ogarnąć jej aparatem. Morze sięgało do samej ściany, nie dało się iść plażą. Skały są bardzo stare, są w nich zatopione krzemionkowe skamieniałości.
 
 




 
 

 

 
 


 
Nie miałam innego wyjścia jak tylko wdrapać się znów na górę po schodach, co wcale nie było łatwe z ciężkawym plecakiem - miałam ze sobą nabrane właśnie z biwakowego kranu 4 litry wody. Potem pociągnęłam drewnianą kładką, która wkrótce się skończyła. Zastąpiła ją pofalowana ścieżka, zupełnie jak nad orłowskim klifem w Gdyni. Tutaj spotkałam jedynego wędrowca długodystansowego oprócz mnie samej - chłopak z dużym plecakiem szedł w odwrotną stronę i narzekał na męczący marsz po plaży, wskazując zapiaszczone buty.
 
 












 
Szkoda mi było odbijać od morza, ale tak prowadził szlak. Weszłam w chudą buczynę, a potem na pola. Tam na skraju zagajnika znalazłam sobie kij do podpierania, bo o ile po płaskim szło mi się bez kijków całkiem dobrze, to pod górkę już słabo, a i na plaży przewidywałam potrzebę wsparcia się na czymś. Brak kijków wymusił zakaz ich przewozu w bagażu podręcznym.

 




Z dość wysokich wzgórz znów widać było morze, wyłaniające się z porannej mgiełki. Gospodarstwa były ślicznie położone, miały widok na morze, drzewa w ogrodach. Na pewno cudownie się tam mieszka.
 



 
 
Dopiero wioska portowa Klintholm Havn robiła bardziej turystyczne, wakacyjne wrażenie. Wiele osób przyjechało na niedzielną wycieczkę i zmierzało na plażę. Także i ja, bo szlak miał teraz prowadzić przez jakiś czas plażą. 



 
 
Plaża była śliczna, piaszczysta i dość szeroka. Fale szumiały, piana rozbryzgiwała się w wodorostach. Były też muszelki, których na naszych plażach już się nie widuje. Słońce grzało tak że zrobiło mi się całkiem ciepło i z rozrzewnieniem wspominałam początek wędrówki Te Araroa, który w całości odbywał się na plaży.
 
 

 









 
Już się zaczęłam dziwić słowom spotkanego hikera, bo po piasku szło się doskonale, ale wkrótce się przekonałam co miał na myśli. Plaża zwężała się pod niskim klifem, zostawał tylko pas wodorostów i luźne kamienie, ześlizgujące się spod nóg. Dobrze, że miałam kij, ale tempo oczywiście spadło. Przy większej fali na pewno ta część plaży jest zalana, na szczęście przestało wiać i przeszłam zupełnie na sucho, ale zaliczyłam raz glebę. Po kolejnym kilometrze wrócił piasek.
 





 
  

Miał być dalej jeszcze jeden odcinek plażowy, ale oddzielony znów dłuższym asfaltingiem. Droga przeprowadziła mnie przez jeszcze jedną wakacyjną miejscowość z wieloma zabytkowymi domami, ale i sporą ilością przyjemnych domków letniskowych.
 
 

 
 
Takie układy urbanistyczne można u nas spotkać na Kaszubach - w środku wsi stawek, za nim domy.
 
 
 
 
Møn posiada jeden duży akwen, trudno powiedzieć czy to jezioro z kanałem łączącym je z morzem czy morska zatoka, ale jest całkiem sporych rozmiarów i zimuje na nim wiele ptaków. To to samo jezioro, nad którym znajduje się Stege i wieże miasta widziałam teraz na drugim brzegu, ale czekała mnie jeszcze wędrówka południowo-zachodnią częścią wyspy, zanim mogłam wykonać nawrót.
 











Nie mogłam się już doczekać zejścia z asfaltu, ale martwiła mnie też późna pora. Liczyłam, że jednak powinno mi się udać przejść całą plażę zanim zrobi się całkiem ciemno. Miałam też nadzieję, że plaża nie będzie bardzo kamienista. Rzeczywistość mile mnie zaskoczyła - plaża była piaszczysta, później było trochę żwiru. Słońce zachodziło w odpowiednim miejscu i woda lśniła złociście. Ostatni spacerowicze uciekali właśnie do samochodów, było przepięknie.
 
 
 







Był jeden fragment granitowego głazowiska, ale na szczęście było jeszcze jasno. Szybko wrócił piasek i żwir, na horyzoncie wciąż widziałam niskie klify. Kormoran suszył skrzydła na wbitym w dno palu. Do morza wpadały niewielkie strumyki, ale dało się je przeskoczyć.




 


 
 
 
Znak wskazujący zejście z plaży pojawił się akurat w momencie, kiedy trzeba było wyjąć latarkę. Tym razem zostało mi 7 km do przejścia po ciemku. Ale nie przeszłam nawet 2, kiedy w lesie natknęłam się na konkurencyjny obiekt noclegowy: surwiwalowy szałas. Moja wiata i tak nie była przy szlaku, a tu coś tak fantastycznego - nie mogłam obok szałasu przejść obojętnie. Niedaleko były zabudowania, a tuż przed wejściem kurhan - ale o tym dopiero dowiedziałam się rano. Podobnie jak o zakazie biwakowania w lesie, z tabliczki po drugiej stronie kompleksu. Kolację zjadłam niespiesznie, a potem poszłam wcześnie spać w otoczeniu stada sów. Było zacisznie i nawet nie bardzo wilgotno, spało mi się znakomicie.

 
 

 
 
 
Testowany wiosną na Kaszubach plecak OMW One nabrał znów normalnych rozmiarów dostosowanych do wymogów linii lotniczych, kiedy ubył z niego cały zapas wody. Z nowości sprzętowych miałam kosmetyczkę OMW i czołówkę Petzl Bindi, co do której miałam wielkie nadzieje, ale okazało się że ma za szerokie światło, które rozprasza się po krzakach zamiast oświetlać to, co przede mną i świeci mi pod okulary.
 
 
 


Wstałam wcześnie, bo tym razem naprawdę mi się spieszyło - wieczorem miałam już być w Kopenhadze. Wiedziałam, że nie mam wyjścia jak tylko nieco sobie skrócić drogę, ścinając pętle, jakie zatacza szlak. Scięłam dobre 1,5 km lasu, później szłam normalnie, chcąc zaliczyć ostatnią plażę.




 
 
W lesie natknęłam się na kurhany z epoki brązu. Nie zostały one przez archeologów rozkopane, chyba dlatego że mają ich w Danii bardzo wiele. Nowsze są wyższe, starsze niziutkie - takie jak ten, który osłaniał wejście do mojego szałasu. Później w muzeum w Kopenhadze widziałam mnóstwo artefaktów z epoki brązu, jakie znajdują się we wnętrzach kurhanów razem z prochami zmarłych.
 
 



 
 
Kiedy wiedziałam już na co zwracać uwagę, kurhany widziałam wszędzie.
 
 

 

 
A potem zeszłam na plażę, już ostatnią. Ta była najkrótsza. Pogoda znów szara, poniedziałek rano, ale na piasku kilka linii świeżych śladów. Ktoś był na spacerze z psem. Brzeg był raczej płaski, dalej zatoka. Fale uderzały w kamyki, znów były kłębowiska morskiej trawy i muszelki, tym razem morze wyrzuciło całe garście młodych omułków.
 
 









 
Z plaży schodziło się po drewnianej kładce, zwijanej jak dywan. Genialny wynalazek, powinien być na każdej plaży. Ludzie by przestali robić nowe ścieżki przez wydmy.
 




 
 
W każdym sadzie to widziałam - pnie młodych drzew obsypywano muszlami omułków.
 
 
 
Przyszedł czas dokonać kolejnych skrótów. Zamiast zataczać pętlę wokół Hårbølle Havn poszłam prosto szlakiem rowerowym. Ubyło 2 km. Później był ładny fragment pól, gdzie szło się po miedzy.
 
 



 
 
Za Askeby dokonałam najpoważniejszego skrótu, ścinając całą blisko 10-kilometrową pętlę, zbliżającą się do morza (w większości asfalt, więc niewielka strata). Zamiast tego poszłam główną drogą i szlak spotkałam w Damsholte. Patrzyłam co ludzie mają w ogrodach. Ciepły morski klimat i łagodna zima sprawiają, że warzywa pięknie się udają, rosną ostrokrzewy i róże.
 






 
 
Za Damsholte nie robiłam już żadnych odstępstw od szlakowej normy. Fragment polami był krótki, później już tylko asfalt i nawet nie było ławeczek, drugie śniadanie musiałam zjeść usiadłszy na barierce.
 


 
 
Tym razem z drugiej strony zobaczyłam wielkie jezioro, które obchodziłam popołudniu poprzedniego dnia. Stege było już niedaleko, ale szlak skręcił obejść stawy, tak żeby do miasta dojść wzdłuż morza. Na stawach odpoczywało ogromne stado czernic.
 
 
 




 



 
 
Wreszcie zobaczyłam wieżę kościoła w Stege, chciałam obejrzeć z bliska, ale lepiej było lecieć od razu na autobus. Najpierw jednak musiałam rozstać się z moim wędrownym kijem. Postawiłam go za pniem jakiegoś drzewa, obok ławeczki, może ktoś go kiedyś przygarnie...
 





 
 
Przeszłam przez most i doszłam do informacji turystycznej, przy której rozpoczęłam wędrówkę. Co prawda moje przejście Møn Rundt nie było całkiem kompletne, ale i tak wyszło mi sporo ponad 100 km, więc byłam zadowolona.
 
 
 
 
Wybrałam się na wycieczkę do Danii bez gotówki, będąc przekonana o zaawansowaniu technologicznym tego kraju... Okazało się, że bilet na autobus nie należy do rzeczy, które można kupić kartą, a terminal w supermarkecie nie pozwala wydawać reszty gotówką z zagranicznej karty. Na szczęście kierowca pozwolił mi pojechać do Vordingborga za darmo. Wszsycy spotkani Duńczycy byli ogromnie mili. Jak wszyscy Skandynawowie zachowywali się nader uprzejmie, zawsze mówili dzień dobry i zawsze się uśmiechali. To jeden z powodów dla których lubię chodzić po tej części świata. Zawsze jest miło, a wędrowiec na szlaku nigdy nie budzi zdziwienia.
 
Moje dobre samopoczucie popsuła na chwilę awaria biletomatu, ale co zrobić... W każdym razie pociąg zawiózł mnie prosto do Kopenhagi, w hostelu zrobiłam sobie wielki talerz makaronu z serem i wzięłam długi zasłużony prysznic.
 
 

 
 
O ile moje przejścia konkretnych szlaków są zawsze w jakiś sposób zaplanowane, a przynajmniej wiem skąd i dokąd idę oraz po jakich znakach, to do zwiedzania miast podchodzę bardzo swobodnie. Tym razem też tak było. W Kopenhadze spędziłam aż trzy dni, chyba trochę przesadziłam... Nie zaliczałam wszystkich możliwych atrakcji, bardziej błąkałam się z mapą, ale oczywiście na początek musiała być Mała Syrenka, przycupnięta nad wodą, z elektrociepłownią w tle.
 
 




 
 
Zajrzałam do ogrodu botanicznego. Mają bardzo dużo rododendronów, amerykańskich i azjatyckich, ale oczywiście zimą one nie kwitną. Zimozielone tujopodobne wyglądały świeżo, jakieś bardzo wczesne rośliny puszczały pąki, kwitły chińskie oczary.
 
 

 
 
Kupiłam bilet do palmiarni, część była kaktusiarnią - kiedyś zrobię sobie w domu taką instalację i jak zmrużę oczy będzie mi się wydawało, że jestem znów w Nowym Meksyku.
 

 
 
 
Dział tropikalny nie rozczarowywał. Były i storczyki, i paprocie, i palmy, i figowce. Z bananowców zwieszały się kiście bananów, mieli też kawowiec i cynamonowiec. Siedziałam tam na ławeczce i się grzałam, myśląc o tym, że w następnym sezonie muszę już koniecznie wybrać się do ciepłych krajów.
 
 


 
 
Wygrzana snułam się jeszcze po mieście. Najciekawszym odwiedzonym przeze mnie miejscem tego popołudnia był Dom Grenlandzki, mała galeria i centrum kultury grenlandzkiej. Starsze Inuitki siedziały przy kawie i gawędziły, turyści raczej nie zaglądali.
 


 
 
Drugiego dnia pobytu znowu się snułam... Tym razem wokół kanałów. Zajrzałam na wystawę fotografii do Domu Północnoatlantyckiego. Miałam nadzieję, że będą mieli więcej zabytków, dzieł sztuki, ale był tylko wypchany niedźwiedź polarny i kadź do wytapiania tranu...
 
 
 


 


 
 
Zajrzałam do nowoczesnej biblioteki, ale ostatecznie zasiadłam w uniwersyteckiej, gdzie mieli m.in. czasopismo "Grenlandia".
 
 
 
 
W ostatni dzień upchnęłam swój plecak w przechowalni bagażu Muzeum Narodowego i cały dzień oglądałam eksponaty. Od paleolitu po dzieje najnowsze.
 
 




 
Nie przypominam sobie innego muzeum, które miałoby eksponaty z Syberii. Tutaj było ich całkiem sporo i rozbudziły one moją wyobraźnię. Futrzane stroje, podbite futrem renifera narty-pół rakiety, amulety.




 

Oczywiście były też przedmioty z Grenlandii, cały grenlandzki skarbiec.








 
Chyba największą ciekawostką, jaką szczyci się duńskie Muzeum Narodowe jest kolekcja domków dla lalek wraz z wyposażeniem. Też miałam kiedyś taki domek - daleko skromniejszy co prawda. Te były ogromne, wyposażone w miniaturowe urządzenia gospodarstwa domowego, zasłony, lampy i dywany. Panowie domu siedzieli w fotelach czytając gazety, panie stały w długich sukniach, kucharki zaglądały do piekarników.

 



Wyszłam z muzeum tuż przed zamknięciem i w padającej mżawce powlokłam się na dworzec kolejowy, zaliczając jeszcze po drodze księgarnię z mapami. Wieczorny samolot do Krakowa nie miał opóźnienia, wylądowaliśmy w dość przejrzystej atmosferze i tak skończyła się pierwsza wycieczka w nowym roku.

 

piątek, 17 stycznia 2020

Zestaw naprawczy długodystansowca

O zestawie naprawczym napomykam w każdym podsumowaniu sprzętowym, więc jego skład nie jest Wam obcy. Tym razem jednak przyjrzymy mu się dokładnie, a Wy dowiecie się z tego wpisu nie tylko co ze sobą zabieram, ale i czego nie zabieram oraz dlaczego tak jest.

Zestaw naprawczy wydaje się kluczowym elementem naszego ekwipunku, jednak z biegiem czasu odkryłam jego mimo wszystko marginalną rolę. Oczywiście przydaje się - rzadko i oby jak najrzadziej. Na początku moich wędrówek stosowałam się do rad rozmaitych youtuberów i miałam ze sobą o wiele więcej rzeczy. Szybko okazało się co jest naprawdę potrzebne, a czego mi brakuje.
Zestaw zaczęłam minimalizować z każdą długodystansową wędrówką. Po sezonie zawsze jeszcze się zmniejszał, bo wciąż okazywało się, że to co noszę nie jest mi wcale potrzebne.

Pierwsza i najważniejsza moim zdaniem rzecz to nie kupować sprzętu o którym wiadomo, że będzie się psuł: chińskich namiotów, plastikowych sporków, delikatnych ubrań. Dopiero druga rzecz to wypadki losowe które spotkają nasz sprzęt w długiej podróży. Poza tym jest jeszcze zwykłe zużycie.

Długodystansowiec siłą rzeczy skłania się ku ultralekkiemu zestawowi naprawczemu. Tak, naturalnie, zestaw dostosowujemy do tego, jaki mamy styl wędrowania i obchodzenia się ze sprzętem. To prawda, że rzadko mi się coś psuje czy drze, jednak nie uważam się za osobę szczególnie ostrożną. Owszem, z reguły wybieram nie najeżone ostrymi kamieniami miejsca pod namiot, jednak zdarza mi się przedzierać przez chaszcze. Kilometry, które pokonuję każdego roku mówią za siebie - nie da się oszczędzać sprzętu na tysiącach km. Wystarczy odrobina rozsądku i nawet sprzęt z gatunku ultralight powinien przetrwać w zadowalającym stanie.

Mój zestaw w swojej najbardziej okrojonej postaci waży 8 g. Wraz z plastrem, wchodzącym zasadniczo w skład apteczki 18 g (waga zmienna w zależności od tego ile akurat jest na rolce). 40 g pokazuje waga ze scyzorykiem (20 g, gdzieś musi być zaokrąglenie, bo waga ma dokładność do 2 g - wybaczcie :-)).


Skład:

torebkę strunową jako opakowanie (zestawu naprawczego i apteczki jednocześnie)
zestaw do łatania materaca dmuchanego
zestaw do szycia (nici poliestrowe na kartoniku i igła)
dwie agrafki
samoprzylepna taśma z DCF (cubenu) do napraw namiotu czy worków wodoszczelnych
plaster flizelinowy
scyzoryk Victornox Classic

Scyzoryk stanowi osobny byt na moich listach sprzętowych, zaś plaster wchodzi zasadniczo w skład apteczki, więc jako oficjalną wagę uznaję 8 g. 




Zestaw naprawczy przechowuję wraz z apteczką. Temat apteczki poruszę przy innej okazji, ale całość znacie z moich podsumowań sprzętowych.



Jako opakowania używam obecnie torebki strunowej. W przeszłości pakowałam apteczkę i zestaw naprawczy do osobnej torebki zamykanej na zamek ZPacks Zip Pouch, ale kiedy zestaw stał się tak mały obecnie, osobne opakowanie przestało mieć rację bytu.


Agrafki pochodzą z pasmanterii, nie są szczególnie mocne.  Noszę je na wypadek zerwania jakiejś taśmy. W zasadzie wystarczy jedna. Zdarzyło mi się posłużyć agrafką jako awaryjnym zapięciem biustonosza. Dużo mocniejsze i zabezpieczone przed otwarciem są agrafki do zapinania niemowlęcych pieluch, ale więcej ważą.


Zestaw do szycia jest standardowy. Służy mi do cerowania ubrań (nie tylko moich, bo hikerzy często zapominają o tym drobiazgu), może się przydać do zaszycia rozdartych butów czy plecaka.

Igła jest też elementem apteczki - służy mi do wyjmowania drzazg (także do przekłuwania pęcherzy, co jednak czynię rzadko) i jako taka jest niezbędna. Jest to zwykła stalowa igła do haftowania, poręczna i niezbyt ostra. Dlatego też jest lepsza niż igła od strzykawki, która jest bardzo ostra, a przy tym dość gruba, a na dodatek jej ostrze jest ścięte.
Nici powinny być poliestrowe - takie też najczęściej znajdziemy w gotowych zestawach do szycia. Kiedy skończą się nici nie musimy kupować nowego, wystarczy nawinąć nowe nici z rolki.

Popularne wśród thru-hikerów są gładkie nici dentystyczne, bardzo dobre do naprawy butów, jednak zbyt grube do cerowania ubrań. Wymagają grubszej igły.



Ci z Was, którzy nie używają materacy dmuchanych kolejny element mają z głowy. Użytkownicy materacy powinni jednak zawsze mieć przy sobie komplet łatek. Fabryczne opakowanie (na zdjęciu po prawej) zawiera duży plaster podklejonego materiału, kilka chusteczek nasączonych alkoholem do czyszczenia powierzchni przed naklejeniem łaty oraz instrukcję obsługi. Można z powodzeniem ograniczyć zestaw do kawałka łatki oraz jednej czy dwóch chusteczek (które zresztą też można sobie darować, bo wysychają, a zamiast tego użyć mydła).




Naprawa materaca na Pacific Crest Trail - kąpiel w wannie, suszenie i klejenie.




Najczęstszą rzeczą, jaka przychodzi większości turystów pieszych do głowy, kiedy myślą o zestawie naprawczym jest srebrna taśma, ductape. Jej zalety są zdecydowanie przeceniane. Nie zabieram srebrnej taśmy prawie nigdy. Próbowałam - miałam kawałek nawinięty na kijek trekkingowy na Te Araroa. Już po miesiącu stał się konglomeratem niemożliwym do odwinięcia. Kiedy złamałam kijek pozbyłam się go razem z taśmą bez żalu.
Srebrnej taśmy można awaryjnie użyć jako plastra przeciw otarciom, lecz skutkuje to odparzeniami, bo nie przepuszcza ona powietrza. Można kleić nią dziury w ubraniach, ale klej jest bardzo mocny i życzę powodzenia temu, który zechce taśmę oderwać i dokonać później profesjonalnej naprawy. Klej trzyma na sinylonie - to dobra wiadomość dla tych, którzy używają namiotów z niego wykonanych. Transportować lepiej na oryginalnej rolce (można ją spłaszczyć) lub nawinąć na większy karton i trzymać schowaną.






Srebrna taśma nadaje się do napraw domowych - można nią podkleić rozpadającą się membranę w kurtce (z tą poniżej niewiele już można było zrobić :-)) tudzież wykleić wnętrze zimowych butów, tak żeby podczas wędrówki na nartach czy rakietach śnieżnych nie obcierały pięt. Do tego jest doskonała.




Doświadczenie pokazało, że o wiele lepiej sprawdza się w roli łaty plaster flizelinowy. Zaklejam nim dziury w odzieży puchowej bez obaw, że przy odklejaniu wydrę kawał materiału. Mimo, że nie jest wodoodporna kleiłam nią podłogę namiotu i nigdy mi nie przeciekła, a plaster się nie odkleił (choć od skóry rozmoczony się odkleja). Dobry jest też zwykły plaster tkaninowy w rolce.




Wracając do srebrnej taśmy - jest ona elementem mojego zimowego narciarskiego zestawu naprawczego. Wędrowania zimą wciąż się uczę, dlatego zimowy zestaw naprawczy mam jeszcze niedopracowany. W tym roku dojdą do niego trytytki i śrubki do wiązań nart oraz wciąż mały, ale większy niż w Classicu (na końcu pilnika) śrubokręt.

Scyzoryk Victorinox Classic, niezmiennie zachwyca mnie ogromem możliwości, mimo swojego minimalistycznego charakteru (3-centymetrowe ostrze, 20 gramów). Czego nim nie naprawiłam! Taśmy kijków trekkingowych, wiązania narciarskie, a ostatnio dłubanie w rooterze w poszukiwaniu zakleszczonej karty sim. Nożyczki są niezbędne do cięcia plastrów, a i wykałaczka znajduje niekiedy zastosowanie.






W rzadkich przypadkach zabieram dodatkowo sznurek (przydałby mi się np. w Hiszpanii, gdzie rok temu straciłam odciąg od tarpa). Sznurek miałam siłą rzeczy wędrując Appalachian Trail i na części Continental Divide Trail, gdzie był częścią zestawu do wieszania worka z jedzeniem na drzewach w ramach ochrony przed niedźwiedziami. W tym roku na PCT także go potrzebowałam żeby przytwierdzić kawałek karimaty do plecaka w celu zmniejszenia obwodu pasa biodrowego kiedy schudłam. Znalazłam go w hiker box'ie. Najlepszy sznurek to cienki rep o średnicy 2 mm jest idealny jeśli chcemy go używać do wieszania, 1 mm będzie wrzynał się w korę drzew. Jest mocny, ma rdzeń i się nie skręca.




Osoby używające namiotów ze stelażem mogą się obawiać jego złamania - czasem słusznie. Nie trzeba jednak nosić dodatkowej rurki, w terenie można dokonać naprawy za pomocą taśmy i znalezionego giętkiego patyka (leszczyna jest niezrównana).
Rzadko jesteśmy tak oddaleni od cywilizacji żeby w ciągu kilku dni nie być w stanie zdobyć potrzebnych rzeczy. Dodatkowe możemy dokupić lub trzymać na poczcie - miewam je  swoim bounce box'ie: więcej taśm, łatek, miałam też na wszelki wypadek klamry do plecaka. Zaletą posiadania bogunce box'u jest to, że możemy zawsze pozbyć się części ekwipunku, a później znów go podjąć.
Na koniec mała uwaga - bo właśnie pakuję się do samolotu - pokazany tutaj zestaw naprawczy nie nadaje się jako element bagażu podręcznego zabieranego do samolotu. Nie zostaną zaakceptowane: scyzoryk, igła ani agrafki.

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Depresja długodystansowca - skąd się bierze i jak sobie z nią radzić

Życie długodystansowca dzieli się na czas spędzony na szlaku i poza nim - w zwykłej rzeczywistości; ma swoje wzloty i upadki, a następują one w regularnych odstępach czasu. Życie na szlaku to jedna wielka przygoda, która gwałtownie kończy się po dotarciu do celu. Z drugiej strony jest pospolita egzystencja, którą na czas wędrówki porzucamy, a potem do niej wracamy, pogrążając się w wielkim smutku, bezradności i złości, określanych przez thuhikerską społeczność mianem depresji poszlakowej (post thru-hike depression).

Zjawisko to  dotyka większości z nas, długodystansowców. Rozpoznanie objawów nie jest trudne, oczywiste wydają się też przyczyny (o tym za chwilę), wszyscy cierpią dość podobnie. Wspólna dla wszystkich cierpiących na poszlakową depresję jest nawet pora jej nadejścia - jesień i zima, bo przecież większość z nas swoje wędrówki odbywa latem. Wspomnienia blakną i idealizujemy obraz życia na szlaku. Zapominamy jak byliśmy zmęczeni, jak było nam zimno i jak nas bolało, jak marzyliśmy o tym żeby już za wszelką cenę skończyć i wrócić do strefy komfortu. A potem strefa komfortu okazała się pułapką, z której nie możemy się wyplątać. Wszyscy próbujemy sobie radzić z powrotem do normalności, część wyczekuje kolejnego sezonu, niech więc ten wpis będzie wyrazem zrozumienia, a przygotowującym się do swojej pierwszej długiej wędrówki może pomoże uświadomić co ich czeka.

Nasz smutek jest wyrazem tęsknoty. Trudno będzie ją zrozumieć bez zagłębienia się w istotę wędrowania, od tego więc zacznę.




 
Czym jest wędrówka


Hikerspace

Wędrówka na długim dystansie to szczególne doświadczenie. Na szlaku jesteśmy wolni, nasze życie jest bardzo proste i sprowadza się do podstawowych czynności, mających zapewnić przetrwanie. Wszelkie konwencje niezwiązane bezpośrednio z wędrówką idą w niepamięć, a my pogrążamy się w alternatywnej rzeczywistości, w jaką przenosimy się na długie miesiące, żyjąc w transie przebierania nogami, w ascezie minimalizmu. Jest to rzecz bardzo intensywna, przeżywana często wraz z innymi hikerami, którzy odbierają ją w podobny sposób - stajemy się w ten sposób częścią społeczności.
 
Dla wielu z nas ważne jest poczucie kontroli. W rzeczywistości idziemy po prostej linii prowadzeni niemalże na sznurku przez nasze smartfony, przy tym jednak sami decydujemy o wszystkim innym: panujemy nad własnym ciałem, widzimy do czego jest zdolne - to niesamowite. Idziemy ile chcemy (więcej, więcej, więcej!), jemy ile chcemy i co chcemy, spotykamy ludzi podobnych sobie, którym nie trzeba niczego tłumaczyć.
 
Ci z nas, dla których wędrowanie to rodzaj medytacji (znacznie częściej będą to osoby wędrujące samotnie) przenoszą się na nieco inny poziom odbierania rzeczywistości, w którym w trakcie wędrówki myśli nie nabierają konkretnych kształtów, a jeśli nabierają, przepływają swobodnie. Czasem skupiamy się na jakichś, lub chłoniemy otoczenie, odbierając wrażenia. Wokół nic się nie dzieje, jest tylko miarowe poruszanie nogami, oddech, radosne "dryfowanie". Tą właśnie rzeczywistość zwykłam nazywać "hikerspace" (termin ten jest mojego autorstwa :-)).




Uzależnienie od chodzenia

Osiągnięcie tego stanu jest tym łatwiejsze im mniej czynników zewnętrznych do nas dociera. Trudno je osiągnąć, kiedy nasze ciało protestuje, ale kiedy organizm osiąga taki poziom wytrzymałości, że przestajemy czuć ból i zmęczenie (niektórzy markują ten stan zażywaniem środków przeciwbólowych), możemy nurzać się w rozkosznym odrętwieniu umysłu przez wiele godzin.

Wędrówka na długim dystansie to przede wszystkim aktywność fizyczna. Niektórzy nie robią nawet krótkich przerw w ciągu dnia - nie chcą, nie potrzebują. Hormony szczęścia goszczą w nas stale, a my przyzwyczajamy się do nich. Wysiłek fizyczny powoduje nieustanne wydzielanie endorfin, a posiadanie cały czas przed sobą celu (i drobnych celów pośrednich, jak pokonanie zaplanowanego na konretny dzień dystansu), pokonywanie trudności i niebezpieczeństw zapewnia stały dopływ adrenaliny. Na nich z pewnością się nie kończy. Przez kilka miesięcy żyjemy na  haju, a kiedy wędrówka się kończy przeżywamy nagły crush.
 
Łatwo to sobie uświadomić niedługo po zakończeniu wędrówki, po tym kiedy już trochę odpoczniemy. Nie możemy wytrzymać w bezruchu, marzymy o tym żeby móc gdzieś iść, wszystko jedno gdzie, byle przed siebie. Kiedy wracamy na szlak, choćby niedzielną wycieczkę, te pierwsze kroki to wielka rozkosz. Dlatego ważne jest żeby dać sobie możliwość powolnego "odstawiania" chodzenia.


Cel

To co odróżnia przejścia szlaków w całości od innych wędrówek i trekkingów to wytyczony cel. Nie jesteśmy tam dla przyjemności - jesteśmy tam żeby ów cel zrealizować. O ile nam się to uda, mamy wielką satysfakcję i radość, ale często miesza się ona z pustką i rozczarowaniem, kiedy zrealizowany cel znika. Już na kilka tygodni przed końcem wędrówki na twarzach hikerów pojawia się smutek i złość. Nikt nie chce kończyć przygody, wszyscy chcą żeby trwała wiecznie. Pod koniec jedyne co pcha do przodu większość wycieńczonych piechurów to wyłącznie zmęczenie.





Objawy
 
Objawy depresji poszlakowej są podobne do objawów zwykłej, pozaszlakowej, depresji. Należą do nich poczucie pustki i odizolowania, rozdrażnienie, złość (ale nie ograniczają się do tego zestawu). Trudno nam znaleźć motywację do jakiegokolwiek działania, czujemy się niezrozumiani - nasze otoczenie, nasi starzy znajomi i rodzina nie mają pojęcia o tym co robiliśmy, co czuliśmy. Nasi znajomi ze szlaku są teraz daleko - czujemy się samotni. Zbudowaliśmy swoją tożsamość wokół wędrowania, a teraz stoimy w miejscu. Czujemy tęsknotę za samym doświadczeniem, za poruszaniem się i za miejscami, w których już nas nie ma. Objawy niekoniecznie są wszechogarniające, jednak czasem po prostu mamy dość...


Jak sobie radzić

Zanim nadejdzie

Zanim zaczęłam wędrować na długich dystansach poddawałam w wątpliwość istnienie poszlakowej depresji. Jak to: coś tak wspaniałego jak kilkumiesięczny trekking, w pięknych górach, wśród ciekawych ludzi, mogłoby doprowadzić do depresji? Nie każdy na nią zapada, każdy rozstanie ze szlakiem przeżywa w nieco inny sposób, za każdym razem też jest nieco inaczej. Depresja poszlakowa jednak z pewnością istnieje i dobrze jest wiedzieć o tym wcześniej.

Wiele osób zostawia swoje sprawy nie zamknięte, rozpoczyna wędrówkę z zamiarem uporządkowania różnych spraw w głowie, inni odsuwają je na czas nieokreślony. Jest to niestety prosta droga do dotkliwego zderzenia się z nimi po powrocie. W trakcie wędrówki też takie porządki się nie udają, z tej prostej przyczyny, że na głowie mamy co innego.


Kiedy nadchodzi

Połowa sukcesu to zdanie sobie sprawy, że właśnie wpadliśmy w hikerskiego doła. Zmiast wyżywać się na otoczeniu przeanalizujmy co czujemy, zastanówmy się dlaczego i za czym tęsknimy. A potem przystąpmy do działania, bo tego nam właśnie brakuje.


Przyjaciele

Dla wielu z nas rozmowa  z innymi wędrowcami, ludźmi, których znaliśmy na szlaku i którzy teraz przeżywają to samo co my na pewno wiele nam da. Umówmy się na spotkanie czy rozmowę, możemy ze znajomymi zza oceanu porozmawiać na Skypie, możemy wybrać się w odwiedziny albo umówić na wycieczkę z tymi, których mamy blisko.


Wysiłek fizyczny

Jednym z najlepszych sposobów na posezonowe przygnębienie jest wysiłek fizyczny. Możemy nawet czasowo wrócić na szlak, przejść jakiś krótszy (vide moja październikowa Estonia), a jeśli wracamy zaraz do pracy zarezerwujmy sobie wszystkie wolne weekendy na wycieczki w góry. Zapiszmy się na basen, wsiądźmy na rower, biegajmy (o ile nasz stan zdrowia na to pozwala) po 30 minutach wypełni nas błogość endorfinowego zastrzyku.

Regeneracja

Zróbmy dla siebie coś dobrego. Teraz jest czas na regenerację - zajmijmy się naszymi niedoleczonymi kontuzjami, przygotujmy organizm do następnego sezonu. Warto wybrać się do fizjoterapeuty, nauczyć się odpowiednich ćwiczeń rozciągających itp.

Dieta

Zadbajmy o zdrową dietę - przez kilka miesięcy systematycznie wyniszczaliśmy organizm, teraz trzeba go odżywić, dostarczyć brakujących składników. Potrzebują tego zwłaszcza nasze stawy i kości. Przy tym wszystkim trudno nam będzie się powstrzymać od pochłaniania kalorii i zapewne przybierzemy na wadze, tym bardziej więc wskazane są ćwiczenia. Organizm wędrowca, który właśnie przestał wędrować jest nastawiony na magazynowanie tłuszczu - do niedawna potrzebowaliśmy 5000 kcal dziennie i nie jesteśmy w stanie od razu zadowolić się 2000. Trzeba mieć to na uwadze ustalając nowy jadłospis.

Nie idealizujmy

Może się wydawać, że życie długodystansowca to radosny bushraft, wąchanie kwiatków i oglądanie wspaniałych widoków. Z drugiej strony trudno nie zauważyć ciemnych stron wędrowania: zmęczenia, bólu, nudy. Sztuką powrotu do normalności jest połączenie tych dwóch skrajności. Nie idealizujmy, przypomnijmy sobie wszystkie trudne chwile i nieprzyjemne doświadczenia. Przypomnijmy sobie jak tęskniliśmy za tym, co mamy teraz: ciepłem, spaniem w łóżku, możliwością kąpieli, sycącym posiłkiem. Jeszcze niedawno naszym największym marzeniem było znaleźć się w bezruchu.

Kolejna wędrówka i nowe cele

Coś, za co zabierzemy się z największym entuzjazmem to planowanie kolejnej eskapady. Planowanie wymaga dużego zaangażowania i pozwoli nam znów być hikerami. Myślami będziemy tam, gdzie chcemy być.
 
Spróbujmy nie poddawać się stagnacji, stawiajmy sobie nowe cele, realizujmy nowe zadania. Łatwo powiedzieć, ale też nie trzeba zaczynać od czegoś wielkiego. Może chcemy spisać wspomnienia, zmontować film z miliona ujęć, które wykonaliśmy na szlaku. A może przypomina nam się, że w pewnym momencie mieliśmy dość chodzenia i teraz warto wrócić do pomysłu zrobienia prawa jazdy?




Jeśli stan przygnębienia utrzymuje się dłużej i nie wiemy jak sobie z nią poradzić, nie wahajmy się skorzystać z pomocy psychologa/psychoterapeuty.
 
 
Tymczasem... Byle do wiosny :-)
 

niedziela, 22 grudnia 2019

Rękawice - jak dobrać odpowiedni zestaw

W ciągu ostatnich 8 lat aktywności w górach dorobiłam się sporego zestawu rękawic. Wiele czasu zajęło mi dojście do tego, które są mi naprawdę potrzebne. Czy każdy potrzebuje aż takiego wielkiego zestawu? Zdecydowanie nie, jednak potrzebnych będzie kilka par.
 
Rękawic uniwersalnych nie ma. Zbyt różne są warunki, w których je użytkujemy. Jesteśmy skazani na zakup kilku par i łączenie ich w zestawy stosowne do panujących warunków, zakładając warstwy, dokładnie tak jak w przypadku innych elementów odzieży. Bezpośrednio na ręce zakładamy najcieńsze rękawiczki: linery lub mięsisty Polartec Powerstrech, w razie potrzeby dodajemy warstwę termiczną - izolacyjna (preferuję gruby polar), a na wierzch, również w razie potrzeby, rękawice chroniące przed wodą/śniegiem i wiatrem - hardshell.
 
 
 
 
Dłonie znajdują się na dalekich rubieżach naszego ciała, ciepła krew dociera do nich najpóźniej, już schłodzona. Rękawice nosimy żeby zapewnić dłoniom izolację, chronić od zimna i wilgoci. Wilgoć jednak produkują nasze dłonie kiedy się pocimy, rękawice muszą więc dobrze "oddychać", dobrze transportować wilgoć z dala od skóry. Wszystkie elementy zestawu muszą zapewniać odpowiednią, mniejszą lub większą termikę, dobrze oddychać, a tylko ostatnia warstwa, którą de facto będziemy zakładać rzadko, powinna być membranowa.
 
Należy pamiętać o wyborze odpowiedniego rozmiaru. Linery powinny być przylegające, lecz nie obcisłe, warstwa izolacyjna swobodnie ma opatulać pierwszą warstwę, a warstwa ostatnia, hardshell, móc w stanie to wszystko pomieścić.



Rękawice ocieplane - NIE

Zacznijmy od tego czego nie warto kupować: ciepłych zimowych rękawic z wszytą na stałe ociepliną. Niestety sklepy są wypełnione właśnie tego typu rękawicami, zupełnie niepraktycznymi w terenie. Najczęściej posiadają membranę, syntetyczne wypełnienie np. Primaloft i szereg wzmocnień, nadających profesjonalny wygląd.
 
Nie pozwalają regulować ciepłoty dłoni, więc często okazują się za ciepłe. Łatwo je zapocić, ale bardzo trudno wysuszyć - wilgoć uwięziona wewnątrz nie ma szans odparować, zaczyna się gromadzić. Zamiast takich rękawic szukamy zestawu, który możemy łączyć i rozdzielać.
 
Tego typu rękawice mogą się przydają się tylko do jazdy na rowerze na mrozie lub narciarstwa zjazdowego.
 
 




Linery

Linery to bardzo cienkie rękawiczki, zakładane jako pierwsze, blisko ciała. Same w sobie posiadają niewielkie właściwości izolacyjne, ale zapewniają doskonałą termoaktywność. Odprowadzają wilgoć do kolejnej warstwy. Ponieważ są cienkie, nie ujmują nic z precyzji ruchów. Niektóre posiadają dodatkowe ogumowanie na wnętrzu dłoni.
 
Jako pojedyncza warstwa sprawdzają się tylko powyżej zera, poniżej zera tylko przy bardzo intensywnym wysiłku i przy braku wiatru.
 
Ich wytrzymałość jest słaba, prędko pojawiają się przetarcia i dziury.
 
Używam linerów z wełny merino (Icebreaker, starsze modele). W sprzedaży są też linery z dzianin syntetycznych, te jednak w dotyku nie są tak przyjemne i wydają się zimne. Linery z jedwabiu cechuje wytrzymałość jeszcze gorsza niż wełnianych.






Ciepłe linery/rękawiczki streczowe

Jeśli któreś z rękawic, które posiadam miałabym nazwać uniwersalnymi to byłyby to palczaste rękawiczki z materiału Polartec PowerStrech Pro, które dostałam od Kwarka przed wyjazdem na Continental Divide Trail i których używam do dziś. Bez nich nie wyobrażam sobie żadnej wędrówki. Są wystarczająco cienkie, żeby pełnić rolę linerów i wystarczająco ciepłe żeby zapewniać izolację w zwykłych wiosenno-jesienno-wysokogórskich warunkach. Są przy tym niezwykle lekkie - para waży zaledwie 32 g.
 
Powerstrech posiada dwuwarstwową strukturę składającą się z zewnętrznej dzianiny i wewnętrznego futerka, skłębionych luźnych włókien, które magazynują ciepło. Z czasem warstwa puszysta się zbija i rękawiczki nie są już tak ciepłe jak w czasach kiedy były nowe.
 
Pro w nazwie oznacza dodatek nylonu w zewnętrznej nazwie, który odpowiada za zwiększoną wytrzymałość. Rzeczywiście jest bardzo zadowalająca, pierwsza dziura pojawiła się na kciuku dopiero po kilku tysiącach km na szlaku.






W przypadku zamoczenia takiej warstwy łatwo ją wysuszyć. Albo wyschnie sama na rękach albo można jej pomóc - nakładając na butelkę z gorącą wodą (herbatą), jak na kaloryfer. Tą samą metodą suszy się w terenie skarpetki.
 



W posiadaniu mojej mamy są rękawiczki Kanfor Furio, również wykonane z Polartec Powerstrech Pro. Wyglądają bardziej puszyście, gdyż są mniej intensywnie użytkowane. Posiadają praktyczne ogumienie na wewnętrznej stronie dłoni, zapewniające lepszy chwyt, ale są cięższe.
 



W mojej kolekcji znajdują się też rękawiczki Arc'teryx Rivet, wykonane z Polartec Hardface. Po wewnętrznej stronie dłoni posiadają wzmocnienie ze skóry. Materiał ma podobną strukturę jak Powerstrech, ale warstwa futerka jest cieńsza. Wierzch jest bardzo gładki. Miałam je na początku Appalachian Trail jako ciepłe linery pod łapawice.
 



Chwilowo się gdzieś zawieruszyły, ale mam też rękawiczki z wełny merino Icebreakera (Realfleece)o podobnej budowie jak Powerstrech - gładkie z zewnątrz, z futerkiem od środka. Są mniej wytrzymałe i cięższe, ale dostosowują się bardzo dobrze do różnych temperatur.



Warstwa izolacyjna

Para rękawic polarowych, które najlepiej nadają się na izolację przydaje się tylko zimą. Widoczne poniżej rękawiczki Kwark wydobył na marcowy pobyt w fińskiej Laponii. W niskich temperaturach (-5 - -20) najważniejsza była oddychalność, tak żeby wewnątrz rękawic nie gromadziła się wilgoć. Podobną rolę pełnią dołączone do łapawic Arc'teryxa linery z Polartec Highloft, choć mają budowę strefową - od strony dłoni i w czubkach palców są cieńsze. Musiałam dorobić do nich wkładkę na duże mrozy.




Softshell

Najmniej przydatny rodzaj rękawic to rękawice typu shoftshell, z syntetycznego materiału, nie zawsze ze membraną. Mają bardzo wąskie zastosowanie, dlatego rzadko ich używam - przede wszystkim na rowerze jesienią i zimą. Posiadam parę Arcteryx Venta (starszy model), rękawic zaopatrzonych w membranę Gore Windstopper, która jest membraną wiatro-, ale nie wodoodporną, w związku z czym jednocześnie chroni przed wiatrem i dobrze oddycha. Szwy nie są podklejane. Rękawiczki od wewnątrz są pokryte bardzo cienką warstwą polaru o kratkowanej strukturze.
 




Hardshell

Warstwą ostatnią, membranową mogą być zarówno pięciopalczaste rękawice jak i łapawice - rękawice z kciukiem. Te pierwsze przydadzą się jeśli uprawiacie jakiś bardziej wyrafinowany rodzaj narciarstwa lub alpinizm. We wszystkich pozostałych przypadkach lepsze będą łapawice - dużo łatwiej ogrzać palce, które są blisko siebie.
 
Od kilku lat moimi ulubionymi łapawicami, zapewniającymi komfort w kiepskich warunkach, zarówno w deszczu jak i wietrze i śniegu były Arcteryx Beta AR Mitts. Są bardzo mocne i doskonale wodoodporne. Składają się z dwóch części, które można stosować oddzielnie: membranowej łapawicy z Gore Tex Pro oraz wewnętrznej łapawicy z Polartec Highloft (grubego fleece'u). Niestety nie są już produkowane. Obecnie w ofercie Arc'teryxa jedynymi "rozdzielnymi" łapawicami są Alpha SV Mitts.




Ponieważ powyższe łapawice mam w rozmiarze nie pozwalającym na wciśnięcie kilku grubych zimowych warstw zakupiłam ostatnio nowy egzemplarz Salewa Ortles PTX 3LOvermitt. Te łapawice są sprzedawane jako pojedyncza warstwa wodoodporna - wielka rzadkość na rynku outdoor, choć to niezbędny element szafy sprzętowej każdego piechura czy narciarza backcountry. Membrana nie wygląda tak solidnie jak Gore Tex Pro Arc'teryxa, ale przynajmniej jest 3L (poszukiwania tego typu łapawic naprowadzą Was też na modele z Gore Tex Paclite, którego unikajcie - nie jest wystarczająco wodoodporny). Wewnętrza strona dłoni jest pokryta grubą syntetyczną tkaniną. Jak się sprawdzą pokaże nadchodzący sezon.




W trakcie swoich przejść długodystansowych rezygnuję z niektórych rzeczy na rzecz obniżenia wagi - rezygnuję z porządnych łapawic membranowych, bo wiem że wytrzymam. Zamiast nich używam cienkich i bardzo lekkich (14 g) łapawic z cienkiego sinylonu, wykonanych przez Robertsa, a które sama uszczelniam klejem silikonowym. Niestety ich wytrzymałość jest niewielka, silikon szybko znika i łapawice przemakają.






W sytuacji awaryjnej można zaopatrzyć się w gumowe rękawice kuchenne, lecz nie należy liczyć na ich wytrzymałość. W kontakcie z kijkami trekkingowymi szybko się rozpadają.




Membranowe rękawice 5-palczaste z wyjmowaną wkładką to jeszcze rzadsze zjawisko niż łapawice, ale istnieją, np. Rush SV Arc'teryxa. Będą bardziej precyzyjne, ale odizolowane od siebie palce szybciej zaczną marznąć.


Jak złożyć odpowiedni zestaw

Oczywiście nie zakładam wszystkich moich rękawic na raz. Nie chcę też nosić w plecaku dodatkowych par - to kłóciło by się ze sprzętowym minimalizmem. Jakie więc wybrać i które łączyć ze sobą tak żeby zestaw był najbardziej funkcjonalny i składał się z możliwie najmniejszej ilości elementów? Mam trzy ulubione zestawy. Oto one.
 
Zestaw minimalistyczny, thru-hikerski, którego używałam w ostatnich latach w trakcie przejść wszystkich trzech szlaków Potrójnej Korony: ultralekkie łapawice sinylonowe oraz rękawiczki Kwark Power Strech Pro. Zestaw nadający się do regularnego użytkowania w suchych warunkach w temperaturze od kilku stopni powyżej zera do kilku stopni poniżej zera. Można w nim przetrwać sporadyczne załamania pogody z opadami zimnego deszczu lub śniegu, ale należy liczyć się z tym, że zewnętrzne łapawice chronią głównie przed wiatrem, gdyż silikon z sinylonu zdziera się bardzo szybko i łapawice przemakają. Tylko dla świadomych użytkowników, godzących się na niedostatki w jego funkcjonowaniu.




W warunkach bardziej skrajnych lub kiedy zdecydowanie poszukuję komfortu wybieram solidniejsze łapawice - dotąd były to Arcteryx Beta AR, z których najczęściej zabierałam tylko część membranową.
 
 
Poniżej widzicie mój zestaw zimowy, sprawdzający się w temperaturach od kilku stopni powyżej zera do -20, a nawet mniej (w czasie aktywności). Składa się on z rękawiczek Kwark Power Strech Pro, polarowych rękawic Kwarka oraz łapawic membranowych Salewa Ortles PTX 3L, jeszcze nie przetestowanych (dotąd Beta AR). Można go jeszcze uzupełnić o dodatkowe łapawice z polaru, w które mam zamiar się zaopatrzyć. To bardzo uniwersalny, a jednocześnie lekki i nie zabierający wiele miejsca zestaw, zważywszy surowe warunki do których jest przeznaczony.




Wszystkie elementy są tak dopasowane rozmiarem, że wygodnie nosi się je jedne na drugie. Pierwsza warstwa jest w moim zwykłym rozmiarze, druga o rozmiar większa i trzecia sporo za duża. Ważne jest aby wewnątrz można było uwięzić dużo ciepłego powietrza i oczywiście żeby krew mogła swobodnie krążyć. Pozostaje jeszcze miejsce na chemiczny ogrzewacz tudzież dodatkowe ocieplenie.




Korzystając z takiego zestawu możemy zawsze zdjąć którąś z warstw i włożyć do kieszeni - jeśli zrobi się za ciepło lub jeśli potrzebujemy precyzji - do gotowania, robienia zdjęć, rozbijania namiotu itd.




Zestaw rowerowy, przydatny też na spacer, narty biegowe itp. - wszystkie jednodniowe wycieczki, kiedy nie spodziewam się deszczu i nie babrzę się w śniegu. Świetny także na zimowe eskapady z nartami i pulkami, ale tylko jeśli chce się Wam go nosić - nie jest niezbędny. Składa się z rękawiczek z Windstopperem i wełnianych linerów. Windstoppery zakładam na rower kiedy temperatura spada poniżej 10 stopni, poniżej 5 stopni dokładam linery. Bez roweru w odpowiednio niższych temperaturach.




Inne

Poza sezonem zimowym zawsze noszę rękawiczki rowerowe, na pewno widzieliście je na zdjęciach w moich relacjach. Noszę je, ponieważ od kijków robią mi się pęcherze, ale dodają też trochę ciepła. Pod nie w razie potrzeby zakładam linery.




Łapawice puchowe to najrzadziej używany przeze mnie rodzaj rękawic, ale i takie w swojej szafie posiadam. Dużo bardziej efektywne jest zakładanie oprócz kurtki spodni puchowych i botków, dopiero jeśli to nie wystarcza, w czasie dużych mrozów i na biwakach przydadzą się puchowe łapawice. Bardziej docenią je alpiniści, ale będzie to pewnie bardziej rozbudowany model niż mój (customowy wyrób Robertsa na Pertexie Microlight, puch 850 cui).