środa, 4 marca 2020

Irlandia: Wild Atlantic Way pieszo i autostopem (część 1)

Podróż jaką odbyłam ostatnio była chyba najbardziej spontaniczna ze wszystkich. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej nie podejrzewałam, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat wybiorę się do Irlandii, choć swego czasu pobieżnie przeanalizowałam wędrówkowy potencjał tego kraju. Nie mając bardziej atrakcyjnych planów na luty, przyłączyłam się do Kasi Nizinkiewicz, która zechciała mnie na ten wyjazd zaprosić. 

Wśród podróżników w dobrym tonie jest udawać, że nie liczy się ilość odwiedzonych krajów, lecz nie ma chyba takiego, który nie umiałby podać konkretnej liczby, jeżeli go o to zapytać. Tak więc i ja byłam podekscytowana możliwością dołączenia kolejnego kraju do swojej listy :-)

W planie była wędrówka kilkoma szlakami południowo-zachodniego wybrzeża Irlandii, wybrzeża Oceanu Atlantyckiego, słynącego z klifów i monstrualnych fal, choć znając Kasię nie liczyłam na ortodoksyjne przejście żadnego z nich. Byłam ciekawa Irlandii jako kraju celtyckiego (bardzo podobało mi się w Bretanii i oczekiwałam analogii), irlandzkiego języka i megalitów, rozmaitych grobowców i kurhanów z epoki brązu, ruin zamków i kościołów. 

Kupiłam tanie bilety z Gdańska do Cork, spakowałam wszystko co mam najwodoodporniejszego (zdążyłam się dowiedzieć, że kraj jest wybitnie mokry i pełen torfowisk), obejrzałam na YouTubie "Historię Irlandii w 5 minut" i równie krótki filmik z cyklu Geography Now, co zwykle stanowi sedno przygotowań do wszystkich moich podróży :-). Niedługo potem stanęłam na irlandzkiej ziemi. Lało, ale było ciepło. Odnalazłam szybko sklep outdoorowy, w którym zakupiłam gaz i na dworcu autobusowym złapałam autobus do Bantry, gdzie spotkałam się z Kasią, przebywającą w Irlandii już od dwóch dni.

Jednym z fajniejszych doświadczeń podróżniczych są zawsze wizyty w sklepach spożywczych, a szczególnie pierwsza wizyta w sklepie w nowym kraju. Obie nie miałyśmy wystarczających zapasów na zaplanowane kilka dni (wkrótce się okazało, że tak naprawdę nie trzeba robić zapasów, bo w każdej wsi jest sklep), w związku z czym udałyśmy się najpierw do supermarketu. Eksploracja kolejnych działów nie mogła trwać wiecznie, bo zostawiłyśmy plecaki w informacji turystycznej, którą wkrótce miano zamknąć. W moim koszyku wylądowały bagietki i obtoczona w pieprznej panierce makrela na lunch oraz tradycyjny zestaw czekolady, chipsów i cukierków. Prócz tego zakupiłam tuńczyka w paczce (tym samym Irlandię dołączyłam do listy krajów, gdzie takowe paczki, będące symbolem thru-hikerskiego menu, występują) oraz z pewnym wahaniem kostkę cheddara. Nawet cheddar z najniższej półki okazał się dużo lepszy od gumopodobnych produktów, które jadałam w Stanach i Nowej Zelandii, więc niepotrzebnie kręciłam na niego nosem.






Miałyśmy przed sobą mało zachęcającą prognozę pogody, wieszczącą nadchodzący huragan z ogromnymi opadami deszczu. Pierwszy z zaplanowanych szlaków miał wieść wokół Półwyspu Sheaps Head w terenie dość eksponowanym i o słabym potencjale biwakowym. Odpuściłyśmy go od razu i pojechałyśmy autostopem 12 km do Glengarriff na początek następnego - Beara Way. Chciałyśmy się od razu zabunkrować na nadmorskim cypelku porośniętym gęstym lasem, bo mapy.cz pokazywały tam wiatę. Wiata jednak była z tych, co to nie chronią przed niczym. Las za to był wspaniały, wyglądał jak tropikalny las deszczowy, niezwykle zielony i pełen mchów. Rosły w nim rodzime dęby, ale i sporo gatunków sztucznie introdukowanych, m.in. rododendrony, które sprowadzone do Irlandii w XIX wieku stały się tam straszną plagą.





Postanowiłyśmy jednak wyruszyć od razu na szlak, skoro nie padało. Ktoś nas nachalnie namawiał na nocleg we wsi, więc jeszcze chętniej ruszyłyśmy w drogę. Zrobiłam sobie symboliczną fotkę na początku szlaku, choć nie był to w zasadzie żaden oficjalny początek. Głównie szłyśmy drogą, szlak tylko na chwilę zboczył w dolinę strumienia.





Dalej wyszłyśmy już wyżej na krajobraz zwyczajny w tym kraju, a więc na pozbawione drzew pastwiska, przetykane plamkami sztucznych nasadzeń obcych świerków. Wyglądało to smutno i ponuro. Skały wyrastały z czegoś, co kiedyś było bujnym lasem dębowym, a z czego nie zostało dokładnie nic. Mokre owce błąkały się po zżółkłej trawie.





Zmierzch zastał nas w rozległej dolinie. Rozglądałyśmy się za biwakiem, kiedy zatrzymał się samochód. Kierowca jako setna już chyba osoba tego dnia ostrzegł nas przed nadchodzącym huraganem. Zapytałyśmy go o nocleg i zaproponował nam biwak przy gospodarstwie, w którym nikt nie mieszka, a którym sam się zajmuje, przyjeżdżając codziennie dokarmiać pasące się tam owce. Oprócz trawnika znalazłyśmy tam zagraconą szopkę, w której postanowiłyśmy się zamelinować. Kasia wybrała legowisko na ziemi, ja natomiast zainstalowałam się na stercie ogrodowych ławek. Przez większą część nocy padał deszcz.





Rano wyszłyśmy na sucho z zamiarem pokonania wyżej położonego odcinka przed godziną 13, kiedy to miał nadejść huragan. Błotnisto-kamienista ścieżka prowadziła dość stromo na grzbiet. Bura panorama ukazywała nagie wzgórza i skały.






Przez chwilę widać było morze. Zaczęło mocno wiać, nadeszły gęste chmury, deszcz lunął znienacka, ale zniknął tak szybko jak się pojawił. Szlak był doskonale oznakowany, widocznie często bywa na nim słaba widoczność. Zgodnie z przewidywaniem było bardzo mokro, na każdym kroku zanurzałyśmy się po kostki w wodzie. Ponieważ miałam na sobie wodoodporne skarpetki niespecjalnie mi to przeszkadzało. Wiatr przybierał na sile.






Minęłyśmy jeziorko w kotlinie i weszłyśmy na ostatnią przełączkę, po czym zobaczyłyśmy już zatokę, do której miałyśmy zejść. Oficjalny szlak schodził grzbietem, były też znaki szlaku awaryjnego, prowadzącego zboczem. Dość silnie wiało i Kasia wyraziła chęć zejścia szlakiem awaryjnym, wobec czego skręciłyśmy i zeszłyśmy do drogi.





Przed wsią Adrigole czekał nas krótki fragment ścieżki, która cała tonęła w błocie. Szlak przypominał mi bardzo Nową Zelandię, był tak samo błotnisty, pełen kolczastych krzewów, kolczastych płotów i zblazowanych owiec. Pierwsze wrażenia nie były pozytywne.





We wsi był mały sklep, w którym trochę posiedziałyśmy. Nie było tam żadnego obiektu noclegowego, więc wróciłyśmy się kawałek do świerkowej monokultury rozbić namioty niedaleko sporej rzeczki. Spodziewałyśmy się armageddonu i dłuższego tam kiblowania. Dużo drzew było już zwalonych, reszta rosła ciasno - było całkiem zacisznie. Ledwo się rozbiłyśmy pogoda zaczęła się pogarszać, a nocą wicher chłostał wybrzeże z wielką siłą. Wył w gałęziach drzew i przynosił kolejne fale deszczu. Zatyczki do uszu pozwoliły mi spać spokojnie. Krawędź namiotu Kasi utonęła w kałuży, kilka rzeczy zamokło, ale rano woda szybko gdzieś spłynęła. 






Pogoda nie była aż tak zła, żebyśmy w ogóle nie mogły się nigdzie ruszyć, więc ruszyłyśmy. Najpierw przez mostek na wspomnianej rzeczce, która dość mocno wezbrała.




Na szlak jednak nie wróciłyśmy, wiało jednak bardzo mocno, a na trasie znów odcinek górski, wietrzny i mokry. Nie miałyśmy specjalnej ochoty nim kontynuować. Pojechałyśmy autostopem do Castletownbere, następnej miejscowości. Zmiany planów zawsze wytrącają mnie trochę z równowagi. Choć może się wydawać, że wędrując poruszam się szybko, należę do osób, które doświadczają powoli. Intensywne podróże to nie moja dziedzina. Raczej zawieszam się w jednym miejscu, niż przeskakuję z jednego w drugie. Zdałam się zatem na to, co Kasi przychodziło do głowy. Kierowca wysadził nas przy przystani, skąd zaraz miał odpływać prom na sąsiednią wyspę, Bere Island. Miał tam być szlak, będący częścią Beara Way. Kasia wykrzyknęła: "o, prom. to płyńmy promem!" Ja na to: "Ok..." No i popłynęłyśmy. Lubię promy, podobała mi się szarość morza i nieba, zrezygnowane miny nielicznych pasażerów i załogi promu. Przypomniał mi się film "Kroniki Portowe", w którym atmosfera zdawała się być identyczna. I miny aktorów. Zawsze bardzo go lubiłam, był ponury i traktował o ludzkich namiętnościach, a dział się na Nowej Fundlandii i, co ciekawe, później w czasie tej podróży ktoś ze spotkanych ludzi mówił też o tym, jak zachodnia Irlandia jest podobna do Nowej Fundlandii pod wieloma względami.







Rejs nie trwał niestety długo. Poszłyśmy szlakiem w kierunku latarni morskiej, nie była to długa trasa. Wicher dął od morza, intensywna ulewa pogrzebała nadzieje pozostania w wiatrówce, ale potem na jakiś czas się nawet rozpogodziło i można było wyjrzeć spod kaptura na rozszalałe morze. Zatoka, czy raczej cieśnina między lądem a wyspą jest drugą na świecie (po Sydney) pod względem głębokości naturalną przystanią.









Dalej ścieżka, nieco mniej nasiąknięta wodą niż poprzednie, wyprowadziła nas na coś, co można by określić mianem głównego grzbietu wysepki. Choć znów wokół była tylko trawa, to widok na ocean znacząco poprawiał sytuację. Było całkiem ładnie. Owce pozowały do zdjęć.








Szukałyśmy jakiegoś miejsca, gdzie w tej namiastce dziczy mogłybyśmy się rozbić, ale niczego nie znalazłyśmy i zeszłyśmy do wsi, gdzie po kilku próbach wypytania mieszkańców dostałyśmy ofertę zabiwakowania przy niezamieszkanym domu. Swoim zwyczajem zrobiłam rekonesans i odkryłam, że drzwi do szopy z narzędziami są otwarte. Uznałyśmy, że nic się nie stanie, jeśli przenocujemy właśnie tam.




Jaka pogoda była nocą, możecie się domyślić. Rano powędrowałyśmy z powrotem do przystani i wsiadłyśmy na prom. Chwilę zabawiłyśmy w kolorowym Castletownbere (zresztą wszystkie miasteczka irlandzkie są pełne jaskrawych kolorów, co niekoniecznie podoba się tradycjonalistom - tradycyjne domy irlandzkie są kamienne i pozbawione tynku).








Zorientowałyśmy się, że niedaleko, na szlaku, znajduje się kamienny krąg, zdecydowanie wart zwiedzenia. Dotarcie tam zajęło nam pół godziny, a wróciłyśmy autostopem (tym razem padał śnieg i nadeszła burza). Tego rodzaju zabytków jest mnóstwo w całej Irlandii, mają po kilka tysięcy lat. Składają się z pionowo ułożonych kamiennych płyt, których położenie ma jakieś znaczenie - słońce w określonych dniach w roku znajduje się na jakichś przecinających kręgi liniach.





O istnieniu Wild Atlantic Way, malowniczej samochodowej trasy turystycznej wiodącej wzdłuż całego zachodniego wybrzeża Irlandii wiedziałyśmy już wcześniej, ale wtedy właśnie pomysł podążania nią autostopem i przechodzenia co ładniejszych szlaków nadmorskich zakorzenił się w nas na dobre. Miałyśmy zalążek planu - pojechałyśmy do następnej większej wsi, Allihies. Choć droga zdawała się być nieuczęszczana panował na niej dziwny ruch. Wkrótce przekonałyśmy się dlaczego - mieszkańcy całej chyba gminy zmierzali na pogrzeb. Okazuje się, że Irlandczycy z wielką pasją oddają się uczestnictwu w nabożeństwach żałobnych, traktując je jako swego rodzaju rozrywkę kulturalną i formę utrzymywania kontaktu z czasem i bardzo dalekimi sąsiadami. Po pogrzebie wszyscy spotykają się w lokalnym pubie, w niespecjalnie żałobnej atmosferze, choć ubrani na czarno. Bardzo ciekawie było to obserwować, a obserwowałyśmy z bliska, ponieważ same nie uczestniczyłyśmy w pogrzebie, tylko czekałyśmy właśnie w barze. Właściciel stacji benzynowej obiecał nam znaleźć nocleg, ale musiałyśmy zaczekać - wszystkie punkty usługowe zamykano z powodu pogrzebu. Także i z baru chcieli nas wyprosić, ale jak tylko powiedziałam, że w takim razie my również udamy się na pogrzeb, zaproponowano nam przytulny kącik z wifi i prądem.




Udało nam się dostać pokój, a nawet cały apartament, za który jednak musiałyśmy zapłacić 50 euro, był to najdroższy nocleg w czasie tej podróży, ale bardzo pożądany, bo huragan Ciara uderzył właśnie z całą siłą. Oczywiście chciałyśmy go zobaczyć z bliska, dlatego poszłyśmy na plażę i na nadmorski szlak. Wiało potwornie, z trudnością utrzymywałam się w pionie, zapierając się kijkami. Ogromne fale zalewały plażę, rozbryzgując się w powietrzu. Szybko pokryłyśmy się słoną wodą, moje okulary i obiektyw aparatu również. To był główny problem tej podróży - obiektyw był wiecznie mokry i zasolony, wiatr szarpał rękami, zdjęcia wychodziły nieostre...




Coś mi strzeliło do głowy włączyć tryb "zachód słońca", może dlatego że w zwykłym nic nie widziałam na ekranie...









Z trudem utrzymując się na nogach przeszłyśmy 2-kilometrową trasę wzdłuż brzegu, powyżej skał, na których rozbijały się spienione bałwany. Było bardzo mokro i ślisko, raz wiatr pchnął mnie tak silnie, że wylądowałam w błocie. Po powrocie zrobiłyśmy małe zakupy na stacji benzynowej i zaległyśmy w naszym apartamencie. Ponieważ nie było chleba, zakupiłam ciasto i zjadłam je z jajkami i bekonem oraz fasolką w pomidorowym sosie.







Rano pogoda była podejrzanie dobra. Oczywiście wiało, ale nie lało, przechodziły tylko krótkie opady deszczu i śniegu. Wild Atlantic Way wiodła tuż nad morzem i była wariantem Beara Way. Ruszyłyśmy nią pieszo, a po godzienie czy dwóch przejechał samochód i nas zgarnął. Kierowca obwiózł nas dookoła cypla i wysadził w następnej miejscowości: Eyeries.












Mapa wskazywała, że przed nami znajduje się interesująca nadmorska trasa, pogoda zachęcała - ruszyłyśmy. Rzeczywiście było to przyjemne kilka kilometrów wybrzeża. Brzeg był niższy, ścieżka schodziła na małe kamieniste plaże. Kwitły żarnowce. Pod koniec stanęłyśmy pod murowanym barakiem na łodzie i akurat wtedy nadeszła paskudna szudera (w gwarze cieszyńskiej słowo to oznacza gwałtowne zjawisko pogodowe związane z intensywnymi opadami, ulewę albo zamieć - Kasia go nie znała i bardzo jej się spodobało). Przeczekałyśmy za ścianą. Potem doszłyśmy do drogi.













Niebawem ktoś się dla nas zatrzymał, tym razem był to szalenie miły kierowca, który zechciał nas obwieźć drogą okrężną, tak jak chciałyśmy, chociaż wcale nie jechał w tamtym kierunku. Zawiózł nas aż do Ardgroom, gdzie tak długo siedziałyśmy na stacji benzynowej, aż postanowiłyśmy tam zostać. Zagadnęłam o nocleg w namiocie i pracująca na stacji kobieta bez zbędnych dyskusji pozwoliła nam się rozbić w swoim ogrodzie. Wszędzie było podmokło i jedynym miejscem, w którym dało się rozłożyć obóz było wzniesienie nad podziemną piwniczką. Standardowo nocą sporo padało, i to sporo śniegu w postaci zbitych kuleczek, krup śnieżnych. Mocno się ochłodziło.





O poranku stanęłyśmy przy drodze. Kasia nie miała cierpliwości stać i ruszyła pieszo, ale zaraz złapałam okazję z miłą starszą panią i zgarnęłyśmy ją kilometr dalej. Poszperałyśmy trochę w mapach.cz i znalazłyśmy miejsce, które wydawało nam się warte odwiedzenia - stary park pełen alejek wśród drzew. W Irlandii drzewa występują tak rzadko, że perspektywa zanurzenia się pod sklepieniem z gałęzi wydawała nam się nader kusząca. Rzeczywiście, było tam ślicznie. Co prawda rośliny nie były rodzime, ale chyba trzymają je w ryzach. Znałam je prawie wszystkie, bo pochodziły z rozmaitych wilgotnych gór w różnych częściach świata, w których byłam. Rosły więc amerykańskie rododendrony, kanadyjskie tuje, zwane cedrami, pnąco-kolczaste krzewy, którymi żywią się baribale na wybrzeżu Pacyfiku i nowozelandzkie drzewiaste paprocie. Wszystkie na raz, w jednym miejscu, wyglądały bajkowo. Rododendrony zaczynały już kwitnąć. A cały park był położony nad morzem, w miejscu gdzie wiele drobnych zatok wrzynało się w ląd. Właśnie był odpływ.















Nie podejrzewałyśmy wielkiego ruchu samochodowego na dalszym etapie, więc podreptałyśmy wzdłuż morza asfaltem. Park się skończył i znów zapanowały wyblakłe pustkowia. Deszczowe chmury nasunęły się zza pasma gór po przeciwległej stronie zatoki i spuściły nam na głowy kolejny opad. Po drugiej stronie cypla zobaczyłyśmy Półwysep Kerry, nasz kolejny cel. Tonął w chmurach i deszczu, a na najwyższych szczytach widać było śnieg.








Wyratował nas stamtąd pracownik poczty, wsadził do części bagażowej razem z plecakami i zawiózł prosto do Kenmare, pod drzwi polskiego sklepu spożywczego. Z racji ogromnej liczby polskich imigrantów w każdym irlandzkim mieście znajduje się co najmniej jeden taki sklep. Liczyłyśmy na ewentualną pomoc w znalezieniu noclegu, ale nic nie wskórałyśmy i poszłyśmy na skrzyżowanie na końcu miasta. Musiałyśmy wzbudzać litość już samym swoim wyglądem, bo autostopowanie szło nadzwyczaj łatwo. Najpierw podwiozło nas mieszkające niedaleko małżeństwo, a potem pani z następnego miasteczka i jakoś szło. W miasteczku nie było żadnego czynnego obiektu noclegowego (na co po cichu liczyłyśmy), wobec czego Ann, bo tak się nazywała kobieta, która nas zgarnęła, zaprosiła nas do siebie. Cieszyłyśmy się bardzo, bo chciałyśmy bardziej z bliska przyjrzeć się Irlandczykom. Wieczorem siedziałyśmy przy stole i rozmawiałyśmy. Po raz pierwszy w życiu spróbowałam herbaty z mlekiem, która okazała się naprawdę smaczna, choć zupełnie inna niż się spodziewałam. Zawsze odkładałam degustację na jakąś specjalną okazję - ta była chyba wystarczająco specjalna. Ann opowiadała nam o tym jak życie się zmieniło od czasów jej młodości, o tym jak leży gospodarka, o Amerykanach zadających głupie pytania.




Rano, po najbardziej deszczowej jak dotąd nocy, podwiozła nas do centrum Sneem, skąd po minucie miałyśmy już kolejny środek lokomocji - wypożyczony samochód pary turystów z Holandii. Byli pierwszymy turystami jakich spotkałyśmy. Przejeżdżali trasę Kerry Ring, wspólną z Wild Atlantic Way, więc też zależało im na widokach na ocean. Zaliczaliśmy wszystkie zatoczki do robienia zdjęć.















Na rozstanie z Holendrami zdecydowałyśmy się dopiero wczesnym popołudniem, w Baile an Sceilg. Wysiedliśmy przy plaży, a tam okazało się, że to początek szlaku prowadzącego wzdłuż morza przez kilkanaście kilometrów. Postanowiłyśmy się przejść. Po drodze były ruiny zamku i ruiny kościoła z cmentarzem. Dalej na chwilę odbiłyśmy od morza, ścinając niewielki cypel.













Zboczyłyśmy na chwilę do portu, chcąc rzucić okiem na skalistą wyspę, wywleczone na brzeg kutry i pułapki do łowienia homarów.






Na zboczu wzgórza, które trawersowała na pewnej wysokości wąska i rzadko uczęszczana droga ulokowana była urocza zabytkowa wioska. Odpowiednia tablica informowała, że wioska właśnie została poddana renowacji. Dawniej wszystkie osady mieszkańców wybrzeża wyglądały właśnie tak. Było to najładniejsze miejsce, które dotąd odwiedziłyśmy, wyglądało bardzo naturalnie, bo kamienne domki wtapiały się w krajobraz i nawet nie przeszkadzały mi pocięte murkami pastwiska. Widok na morze był stamtąd cudowny.











Droga w pewnym momencie po prostu się kończyła, a szlak prowadził na szczyt wzgórza, zwieńczonego ruinami jakiejś budowli z okresu II wojny światowej. Pogoda tego dnia była zachwycająco dobra, co prawda ocean spowijała mgiełka, ale świeciło słońce. Wicher na szczycie był okropny, ale nie był w stanie zepsuć nam przyjemności wędrowania ścieżką nad klifem. Skalne ściany urywały się gwałtownie, a w dole huczały fale. Nieustraszone owce wydeptały sobie ścieżki nawet na stromych fragmentach. Większa z dwóch widocznych na horyzoncie wysepek to Skelig Michael, zamieszkała w średniowieczu przez mnichów, którzy mieli tam swoją pustelnię.
















Po okrążeniu półwyspu szlak wyprowadził nas na kolejną drogę, którą szłyśmy aż do wsi położonej nad dużą zatoką Saint Finan's Bay. Zatoka była przedłużeniem rozległej, płaskiej i bardzo mokrej doliny, przywodzącej na myśl wybrzeże północno-zachodniej Islandii. Domy rozlokowane były rzadko, a o zmierzchu zapaliło się niewiele świateł. Irlandia jest bardzo opustoszała, młodzi ludzie wyprowadzają się do stolicy lub wyjeżdżają do Australii. Ładniej położone rezydencje wykupują Niemcy i czasem Holendrzy.







Jakiś rolnik pracował przy owcach, zagadnięty opowiedział, że owce trzeba koniecznie dokarmiać, trawa jest do niczego, a te które właśnie się tam pasły były ciężarne i spodziewały się trojaczków, każda jedna, co zaznaczył z dumą. Owce zapadały się w torfie, chlupiąc po kałużach. Zapytałyśmy o suche miejsce pod namiot - to raczej nie tutaj, to najbardziej mokra dolina w okolicy, bo cała woda z gór tu spływa. Ale chwilę się namyślił, gdzieś zadzwonił i okazało się, że jego matka wynajmuje pokoje w jednym z wyżej położonych domów. Zgodziłyśmy się, więc wziął nasze plecaki i zawiózł je tam na quadzie, a my niebawem doszłyśmy. Gospodyni była niezwykle uprzejma, okazywała prawie że wytworne maniery, a domek był ciepły i przytulny. Dostałyśmy herbatę i scones, bułeczki z rodzynkami. Zjadłyśmy pół kostki masła. Przygotowałyśmy sobie też sutą kolację, siedząc przy stole pod oknem. Paliło się w kominku - zwróciłam uwagę na czarne brykiety suszonego torfu. Teraz wiedziałam już skąd pochodzi gryzący dym, jaki tu i ówdzie się unosił - wszyscy palą torfem. Nie jako głównym paliwem, bo nie ma go aż tyle, ale palą w kominkach. Torf powstaje bardzo wolno i dziwne, że wciąż go wydobywają, niemniej panują jakieś obostrzenia.






Rano zostałyśmy odwiezione pod bramę prowadzącą do klifów Kerry Cliffs. Tam już na nas czekano, bo pani z B&B zadzwoniła i zapytała czy nas wpuszczą poza sezonem i przy silnym wietrze. Zostawiłyśmy plecaki i ruszyłyśmy przygotowanym dla turystów traktem. Po drodze obejrzałyśmy rekonstrukcję kamiennych domków, jakie kiedyś budowano (podobne znajdowały się na Skelig Michael jako mieszkania dla średniowiecznych pielgrzymów).




Wicher znów pokazywał co potrafi, ale klify były ograniczone barierkami, więc nie musiałyśmy się obawiać, że odfruniemy. Widok był śliczny i żywego ducha, tylko najodważniejsze petrele i burzyki przecinały powietrze pod skałami wirując w porywach. Ich wąskie skrzydła pozwalają na szalone manewry, ptaki są bardzo zwrotne i szybkie. Są drapieżne, więc budzą postrach u innych gnieżdżących się na klifach ptaków.






Wiatr nadmuchiwał pelerynę Kasi jak spadochron, a mnie zmusił do padnięcia na klęczki.










Odebrałyśmy plecaki i podreptałyśmy dalej, w nadziei że ktoś nas podrzuci do Portmagee i tak się zaraz rzeczywiście stało. Wszyscy nam zachwalali to miejsce no i może rzeczywiście było ładne, ale znowu aż tak się nie różniło od tego, co widziałyśmy w innych. Miasteczko posiadało port i most wiodący na sąsiednią wyspę - Valentia Island. Tam też miały być klify, a także jak się później dowiedziałyśmy zabytki archeologiczne, ale zabrakło nam na ten temat wiedzy, jak również czasu.










Przeszłyśmy się tylko na most, a ja wyszłam na ląd na wyspie i zeszłam na plażę poszukać muszelek. Nie były szczególnie ciekawe, sercówki małe i zaglonione, trochę wypolerowanych muszli ślimaków. Zgarnęłam kilkanaście do kieszeni, bo nie wypada wrócić znad morza bez muszelek.







Później nie pozostało nam nic innego jak tylko znów stanąć przy drodze, tym razem z bardzo konkretnym celem do osiągnięcia. Wrzuciłyśmy na FB info o naszej podróży z zapytaniem czy ktoś by nas nie przygarnął na nocleg i odezwał się ktoś z miasta, które leżało na naszej trasie - Limerick. Ela i Paweł mieli na nas czekać tego wieczoru, bo na następny dzień zapowiedziano kolejny huragan i chciałyśmy się przed nim schować. Plan został zrealizowany, autostopem dojechałyśmy do Killarney, a stamtąd pojechałyśmy już autobusem do Limerick, gdzie na dworcu odebrała nas Ela.






W Limerick spędziłyśmy dwie noce i wszyscy razem wybraliśmy się zwiedzać kolejną serię klifów, ale o tym, jak i o całej reszcie zimowej podróży po Irlandii, przeczytacie w następnej części relacji.


19 komentarzy:

  1. Auć! Wcięło mi tekst, więc krótko:
    Nieźle Was przewiało w Irlandii, twardzielki ;) Przejrzałem b. pobieżnie relację, bo pora zbójecka. A zajrzałem teraz, bo na dawno nie widzianym blogu Kasi N. wpadłem na początek relacji z Waszej następnej (i oddzielnej) eskapady ;) Akurat początki obu Waszych tras robiłem (5 dni w terenie) z kolegami na nartach w marcu ub. roku... Z przydatnych ciekawostek: supermarkecik w Abisko-Ostra się zlikwidował, sklepik i poczta są jedynie na stacji benzynowej. Powinien być jeszcze sklepik w Abisko-Turiststation w obiekcie STF-u, ale tam nie zajrzeliśmy tym razem, bo ze względu na benzynę do kuchenek wysiadaliśmy z pociągu i zakupy robili w A.-Ostra.
    Przy okazji, z ciekawości: biorąc pod uwagę długość trasy, bierzesz sprawdzoną gazowa Vegę czy jednak maszynkę benzynową?. Latem na Kungsleden (w każdym razie na północnym odcinku, który znam)nie ma problemu z kartuszami, są nawet w schroniskowych sklepikach w samych górach. Ale jak z tym będzie w marcu, nie mam bladego pojęcia. Sklepiki w małych miejscowościach mogą się zwijać na zimę. Tak jest/było np. w Kvikkjokk w połowie września 2013, ale pozostawał kantorek w stacji tur. STF-u.
    Tak czy siak, trzymam kciuki za wyprawę. Pewnie relacje będziesz mogła wypuszczać rzadko, ale jak się tylko da -pisz na bloga
    Pozdrawiam
    -J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każde schronisko ma sklepik, ale ceny tam są takie, że nie zamierzam z nich korzystać. Na początek będę mieć zapas czekolady i cukierków, które zakupię oczekując na nocny pociąg, a reszta prowiantu z Polski. Mam w planie pojechać po prostu autobusem do Jokkmokku po zaopatrzenie, a potem jest sklep w Ammarnäs.
      Biorę Vegę, z benzyną bym się nie babrała za nic. Będę kiblować w Nyköping, bo lecę do Skavsty, także zapewne tam kupię kartusz.

      To nie będzie tak długa eskapada żebym pisała w trakcie - opiszę jak wrócę. No chyba że utknę w Szwecji na święta, co może nie byłoby takie złe :-) Tymczasem Kasia będzie coś wrzucać na bieżąco, a jeśli ogarnę nowy telefon to może zapodam coś na Instagramie.

      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. No, kilka tygodni na te drobne 480 km to zejdzie, nawet Tobie ;)
      Nykoping to urocze, małe, nadmorskie miasteczko, spałem tam w taniutkim Railway Hostel tuż koło stacji kolejowej (z lotniska dojeżdża tam autobus miejski, chyba ze 2 linie nawet). Zakup gazu wydaje mi się tam mocno wątpliwy. Raczej wal prosto ze Stockholm Central Stationen do sklepu Naturkompaniet przy Kungsgatan 4a. Są czynni nawet sob./nd. (chyba do 17/12-tej odpowiednio). Obok masz jeszcze dwa sklepy Alewalds, ale jeden tylko tekstylia, a w drugim raz gaz jest, raz nie ma. O ile pamiętam, to ze stacji można obrócić z buta w 1.5h, 2 lata temu zrobiłem tę rundkę z pulkami na grzbiecie i nartami w łapach, bo w pojedynkę nie ma jak zostawić tak długich gratów na dworcu. Wparowałem więc tak z całym ładunkiem i amokiem w oczach w sobotę do sklepu, budząc wyrozumiałe zaciekawienie obsługi ;)) Fajnie byłoby, gdyby ktoś kontynuował tę tradycję :))))
      Między Kvikkjokk a Jokkmokk jest po 1 autobusie dziennie w każdą stronę i to raczej w dziwnych porach. Nawet latem czy we wrześniu w każdym razie. Pamiętam,że wracając z Sareku musiałem wyjeżdżać dzień wcześniej bladym świtem, bo w sobotę autobus wyjeżdżał później i nie złapałbym pociągu (inna rzecz,że jeszcze chciałem zatrzymać się w Boden). Licz się z tym,że możesz nie obrócić w ciągu 1 dnia. Wiem,że jesteś mistrzynią skandynawskiego autostopu, ale ten wypad do sklepu może zająć ekstremalnie sporo czasu. W razie utknięcia w Jokkmokk możesz spędzić mile czas w lapońskim muzeum Ajte, jeśli nie byłaś tam już dawniej.
      Twój instagram mam gdzieś w zakładkach obok bloga, więc z ciekawością zerknę. Ciekaw jestem, jak Ci podejdzie zimowy Kungsleden. Dla mnie reszta poza odcinkiem Abisko-Singi i Parte-Kvikkjok to też terra incognita, wiec końcowej relacji będę wyglądać chciwie. Idziesz na nartach czy w rakietach? Tak czy owak, powodzenia!
      Pozdrawiam
      -J.
      P.S.1 Bloga Kasi też będę śledził, zimowy trawers całego Sareku sam w sobie to mocna eskapada
      P.S.2 Drążysz mi dusze Irlandią. Jakoś mnie tam nie ciągnęło nigdy, ale mam koleżankę, która jest zakochana w Zielonej Wyspie, jej opowieści i zdjęcia trochę skruszyły już mój opór. Teraz jeszcze Wy z Kasią...

      Usuń
    3. Pożyjemy zobaczymy, José ma niestety bilet na samolot powrotny, ja natomiast nic nie muszę, ale nie lubię dobiegać do mety ostatnia :-)
      Tak, zakupiłam bilet wspólny od lotniska do samego Abisko, więc czeka mnie właśnie ten autobus i potem zwiedzanie Nyköping, mają tam Team Sportia. Jak nie to będzie Naturkompaniet, ale tam jest strasznie daleko, a nie mam tyle czasu. Lazłam tam już raz z tobołami i nie było to przyjemne doświadczenie.
      Byłam w Kvikkjokku właśnie tym autobusem, Szwecja jest krajem w którym wiele się nie zmienia... Mi godziny pasują, rano do miasta, po południu z powrotem. Gdybym była bardzo szybka to mogłabym posiedzieć tam dłużej, bo Jokkmokk bardzo lubię. Ajté jest boskie, wypadałoby nawiedzić je ponownie.
      Idę na nartach, na rakietach to by chyba trwało do maja :-)
      Irlandia to najlepiej samochodem...

      Usuń
  2. Od teraz wszystkie owce, które zobaczę będą zblazowane :))) i będę się zastanawiać czy te które widzę są wystarczająco dobrze zblazowane i z czego to wynika ? hi, hi, hi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba sama byłam trochę zblazowana i wyprojektowałam to na te biedne owce :-P

      Usuń
  3. Jak Szkocja, ale zarazem widać różnicę. Zieleń bardziej intensywna, a architektura nieco inna :P. A wicher znajomy, pamiętam jak mną miotało na Trotternish Ridge (no dobra, nie aż tak).
    Powodzenia dalej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat architektura to mi się tam podobała najbardziej (szczególnie te starodawne kamienne domki bez tynku). Kurczę, w Irlandii zaliczyłam więcej gleb niż na wszystkich trzech szlakach Korony razem wziętych :-D

      Usuń
    2. Morze robi swoje :D. Natomiast architektura super - pewne różnice są, ale w sumie podobna, jak w Szkocji.
      Jak chcesz to mogę na maila podrzucić parę zdjęć dla porównania ;)

      Usuń
    3. Czemu nie, chętnie zobaczę :-)

      Usuń
  4. Zdjęcia morza w trakcie huraganu przepiękne! Testowałaś łapawice Salewy może?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobają. Miałam te co wcześniej Arcteryxy, bo mniejsza objętość, Salewy zabieram do Szwecji.

      Usuń
  5. dziękuję za klimatyczną relację, zapytani Irlandczycy zawsze mówią że lubią taką pogodę albo ''Irlandzkie lato'' takie bez widocznego słońca i z dużą wilgocią. czekam na część 2. pozdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spotkani Irlandczycy szczerze nam współczuli, bo coś takiego jak cztery huragany w ciągu dwóch tygodni plus powodzie w całym kraju, to jednak nie jest normalne :-). Część 2 w pisaniu.

      Usuń
  6. Tak takie ekstrema pogodowe to chyba za duzo nawet dla Irlandczyka :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Hello, przeczytałam pierwszą część. No, miałyście przygodę deszczową i ostro wiatrową..brrr..ja strasznie boję się wichur, choć jak widać na zdjęciach pięknie wygląda woda i klify w tej scenerii. Więc, warto to zobaczyć i pooddychać takim powietrzem.Widać przebłyski "słońca" choćby na zdjęciach.No...uf zgroza jak czytałam o Twoim aparacie bryzganym przez słoną wodę-przeżył?Fotografuję i pytam hi hi...bo w takich warunkach zawsze mam stracha wyciągnąć aparat.
    Opis bardzo fajny, brawo twardzielki...ogólne jaka była tam temperatura otoczenia?:))
    Dobra zabieram się za drugą część.Pozdrowionka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy raz miałam do czynienia z takim wichrem, który powalał na ziemię podmuchami. W przeszłości zdarzało mi się czołgać na szczycie góry, ale to jednak coś innego. I ten nieustanny huk... Z pewnością nałykałyśmy się jodu :-) Aparat ciężko to znosił, zdjęcia wychodziły rozmazane, szare, ale maszyna jest nie do zdarcia - nadal działa. Kasi porysowały się filtry.
      Nie było bardzo zimno, powiedziałabym że między 5 a 12 stopni, raz było zimniej, Padał śnieg, ale tylko wyżej zostawał, a w naszym otoczeniu zawsze zaraz topniał.
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. No to była przygoda. Ja niestety mam traumę wiatrową...oczywiście silną w skali. Przeżyłam Orkan na Helu, gdy tam kiedyś mieszkałam. To czas kiedy zatonął słynny Heweliusz...niby człowiek był w domu ale jak huragan wtargnął przez klapę dachu w nocy do domu to zaczął się horror...Trzy kobietki i szalejący wiatr...Dziś może się śmieje ale od tego czasu wiatr budzi we mnie lęki:))), w górach widziałam jak wiatr zwalał mojego męża z nóg( z ciężkim plecakiem) więc cóż na razie nie polubiłam się z wiatrem o wysokiej skali hi hi...Ale nie powiem hym....chciałabym mieć w swojej galerii zdjęć, foty właśnie sztormowe...o tak:))) bo takich o dziwo jeszcze nie mam.
      Tak, polecam filtry, bo przy takich pogodach tylko filtr ucierpi a nie szkło obiektywu:))
      No 5 st czy 12, pytałam bo bardzo dokładnie oglądałam pod czym śpisz...jak wygląda Twój namiot...leciutki widać...hym...ale chyba ...a może się mylę? Trochę masz przeciąg w namiocie. Dlatego sobie myślę o sobie,że chyba muszę się zahartować, jak chciałabym podobne spania zaliczyć. Bo fajnie byłoby mniej dźwigać w plecaku:)

      Usuń
    3. Ogólnie rzecz biorąc jestem przyzwyczajona do wichru, bo tu na południu nieustannie wieje halny. Widywałam łamiące się drzewa i fruwające dachówki, a najgorsze jest to jaki te wiatry mają wpływ na psychikę ludzi, którzy pod górami mieszkają... Sztormy nadmorskie są jednak inne.
      Niestety na kompakty, takie jak mój, filtrów się nie da założyć. Ze swojego obiektywu sól zlizywałam :-)
      Namiot to ten trochę cięższy, 700 g MLD Solomid, Solplexa oszczędzam. Mogę go dobić do ziemi, ale wtedy jest dużo kondensacji, więc wolę jak wieje niż żebym miała pływać.

      Usuń