środa, 4 listopada 2020

Mazowsze i łódzkie: Szlak im. Bolesława Krzywoustego

Pierwsza połowa października była w tym roku wyjątkowo deszczowa. Długo wyczekiwane okno pogodowe pojawiło się dopiero w trzeci weekend tego miesiąca i to tylko na północy kraju. Zdecydowałam się więc przejść Szlak im. Bolesława Krzywoustego, znakowany kolorem czerwonym, z Sierpca do Kutna o długości 125,5 km.Wybór szlaku w tej sytuacji zdawał się być bardzo dobry - na Mazowszu zamiast górskich glin i błot czekały mnie szybkoschnące piaski.

Na mojej liście szlaków długodystansowych są takie trasy, których nie traktuję priorytetowo, natomiast Szlak im. Bolesława Krzywoustego od dawna siedział mi w głowie. Wojskowe mapy zakupiłam jesienią 2016 r. Tak długo czekały na użycie, że w międzyczasie szlak pokazał się w aplikacji mapy.cz. Dzięki temu nie było żadnych kłopotów z nawigacją. Nawet bez aplikacji błądzenia byłoby niewiele, bowiem część mazowiecką (4 razy dłuższą od łódzkiej) niedawno odmalowano.

Nie spodziewałam się po tym szlaku zbyt wiele, tym bardziej więc mnie zaskoczył dziką przyrodą, ilością lasu, urozmaiconym terenem i częstymi wizytami nad wodą. Po drodze są parki krajobrazowe i rezerwaty, a szlak wiedzie wzdłuż dwóch rzek o nazwie Skrwa - Prawa i Lewa. Bardzo mi się podobają nazwy rzek w tej części kraju, Skrwa brzmi bardzo słowiańsko i bardzo starożytnie. Zresztą z rzeczy starożytnych na szlaku z Sierpca do Kutna są nie tylko nazwy - mamy przede wszystkim piastowski gród w Płocku, ale i kilka zapomnianych grodzisk.



Podróż z Cieszyna do Sierpca trwała 10 godzin. Dwie przesiadki - nie tak źle. Po siódmej wyszłam z domu, o 13:15 byłam na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Po raz pierwszy zaniosło mnie tam rok temu, kiedy jechałam autobusem do Estonii. Gdyby nie restrykcje na granicach teraz też bym tam była... Zamiast tego jednak wybierałam się na Mazowsze. 

Dworzec był wypełniony Ukraińcami, a podświetlany rozkład jazdy ukazywał same fascynujące kierunki: Paryż, Zaporoże, Jednorożec. Paryż wkrótce przemienił się w Berlin, a następnie został odwołany. Jednorożec pozostał, a ja postanowiłam, że gdziekolwiek to jest, muszę się tam kiedyś wybrać. O 14:30 ruszył i mój autobus do Sierpca (docelowo do Brodnicy).

Większość pasażerów wysiadła w Płońsku, ja jako jedyna wysiadłam w Sierpcu. Autobus jakoś kluczył i minęliśmy ratusz z Muzeum Wsi Mazowieckiej oraz jakieś inne obiekty wskazujące centrum. Nagle zajechaliśmy na jakiś placyk, niehybnie dworzec, więc wysiadłam. Telefon wskazał, że do dworca kolejowego muszę jeszcze kawałek podejść. Na dworcu stał pojedynczy wagon, jak się później okazało prowadzony z Kutna. Sam dworzec był zamknięty i w opłakanym stanie. Szybko jednak zlokalizowałam kropkę szlakową pod parasolem gałęzi zwisających z okazałej lipy. Obok stała tablica informacyjna ze szlakami okolic Płocka, szlakowskaz, a na słupie wymalowane nowe znaki!






Znaki prowadziły nieomylnie i były odnowione. Początek szlaku to kilka kilometrów asfaltu. Po całym dniu w pociągu miło było odetchnąć. Pod czyjąś posesją parkował samochód firmy produkującej najpopularniejszy w Polsce ser żółty. Zazwyczaj miejscowości, do których się wybieram z racji początku jakiegoś szlaku rzadko komuś coś mówią, tym razem jednak wszyscy znajomi o Sierpcu słyszeli, właśnie z powodu tego sławnego sera.








Plan na ten wieczór był taki, żeby dopaść pierwszego lasu. Myślałam o pierwszym strumieniu, ale lekkie spóźnienie autobusu i spacer na dworzec zabrały mi te pół godziny, których potrzebowałabym na dojście tam. W wiosce zapaliły się latarnie, kiedy zeszłam z asfaltu. 500 metrów piaszczysto-kamienistej, opadającej w dół drożyny i weszłam do lasu. Wpuściłam w chaszcze snop światła czołówki - od razu na skraju były fajne wypłaszczenia, obrzeżone białymi pniami osik. Bez zwłoki rzuciłam plecak i wzięłam się za rozstawianie namiotu. Akurat tego - Solplexa - dawno nie używałam i musiałam sobie przypomnieć jak to się właściwie robi. 

15 minut później siedziałam już w śpiworze. Tuman kładł się nad polami, z oddali dobiegało szczekanie wiejskich psów. Gdyby ktoś wyszedł na drogę mógłby dojrzeć tajemnicze czerwone światełko na skraju lasu. Kto wie, może za sto lat będą sobie opowiadali legendę o upiorze zapalającym czerwone światła o zmierzchu... Zjadłam na kolację pomidorową z jajkami na twardo, poprawiłam kisielem i poszłam spać. Niestety zapomniałam zatyczek do uszu i nocą przebudziło mnie kilka razy szczekanie.




Z konieczności wstałam o 6 rano, tak żeby wędrówkę rozpocząć wraz z nastaniem dnia. Szłam lasem. Niebawem dotarłam nad Strugę, ten pierwszy strumień. Ładnie meandrował, ale było tam dość bagniście, więc biwakowo nieszczególnie.




Szlak prowadził przez cały czas lasem, gruntowymi drogami. Pogoda można powiedzieć, że dopisywała, bo nie padało. Było tylko pochmurno. Bardzo spokojnie i cicho, nie było nawet grzybiarzy.







Taka oto wiatka znjaduje się nad jakimś rozlewiskiem, ale nie widzę w niej potencjału noclegowego - klepisko w czasie deszczu raczej na pewno wypełnia kałuża.






Czasem wychodziłam na skraj lasu, ale tylko na krótko. Przy tej okazji po raz pierwszy ukazała się Skrwa. Płynęła w dość głębokiej dolinie, brzegi były zarośnięte olchami, a po obu stronach rozciągały się pastwiska. Po niedawnych ulewach wszędzie stała woda.







Słysząc szum rzeki przelewającej się przez spiętrzenie wzdrygnęłam się na myśl o konieczności brodzenia. Samochód przejechał, rower również. Ale znaki wcale tam nie prowadziły - uff. Postanowiłam jednak zajrzeć z ciekawości, bo po drugiej stronie znajdował się drewniany młyn wodny, typowo mazowiecki, dokładnie jak z Iwaszkiewicza i jak nad Grabią. A dla pieszych była kładka nad lustrem wody.







Odrobina asfaltu czekała w Żurawinie. A przy skrzyżowaniu z główną drogą drugi młyn, tym razem jednak murowany. Niebawem znaki nakazały skręt. Czekał mnie teraz jeden z najpiękniejszych odcinków szlaku, prowadzący przez piękny naturalny las mieszany, z dużym udziałem  lip i wijącym się strumieniem, który trzeba było pokonać w bród (był głaz pośrodku, a w mniej deszczowych miesiącach pewnie jest mniej wody).










Miałam nadzieję na poprawę pogody, bo tak zapowiadało yr.no, ale słońce wyjrzało tylko na kilka minut. Widać było na północy koniec chmury, ale wiatr wiał równo z zachodu i ta krawędź pozostawała cały czas na północy. No trudno - grunt że nie padało. Okolica była ładna i wiejska, z asfaltu szybko znów zeszłam na piaszczysty trakt. Cały czas byłam na lewym, wysokim brzegu Skrwy. Był nawet punkt widokowy, fenomenalny!










Idąc bezmyślnie po starych znakach zagalopowałam się i przeszłam dużym mostem przez rzekę, potem zaś szłam dalej bitą drogą. Znaków nie było, ale jakoś to zignorowałam i dopiero doszedłszy do głównej asfaltówki włączyłam telefon. Jak się okazało miałam skręcić przed mostem i dojść do Brudzenia Dużego mniej główną drogą. Ale już mi się nie chciało wracać. Nadłożyłam kilometr, a w Brudzeniu odwiedziłam Urząd Gminy, gdzie uprzejma pracowniczka wpuściła mnie żebym mogła nabrać wody. Zajrzałam też do sklepu spożywczego. Moim łupem padła puszka tuńczyka, serowe bułki, garść krówek na wagę w kolorowych papierkach i pojedyncza zupka w proszku o neutralnym smaku rosołu, bo przypomniało mi się że zapomniałam soli.






Brudzeń jest malutki, idąc szlakiem mija się stary, odremontowany dworek z parkiem, w którym obecnie znjaduje się przedszkole, a potem zaraz skręca się do lasu, wchodzącego w skład Brudzeńskiego Parku Krajobrazowego - drugiej najlepszej części całego szlaku. Jak na połowę października było zadziwiająco mało jesiennie. Choć pojedyncze liście były już żółte czy czerwone, zdecydowanie przeważała zieleń. Las był dziki, pełen starych drzew, wiele spoczywało snem wiecznym na jego dnie. Ścieżka wiodła nad wysoką skarpą rzeczną.







Choć nie było żadnej tabliczki, sądzę, że zidentyfikowałam grodzisko, usytuowane u ujścia niewielkiego strumienia żłobiącego głęboką dolinę w gliniastych osadach lodowcowych. Bardzo wyraźne wały sięgały nad urwisko Skrwy. Okalały wnętrze gródka, na którego środku stało wzniesienie, w dawnych wiekach na pewno stała tam wieża strażnicza. Po drugiej stronie trzeba się było zsunąć w dolinę dopływu. Było tam bardzo stromo i ślisko. Widziałam ślady ześlizgujących się butów trekkingowych, co oznaczało, że szlak jest uczęszczany. Wcześniej i później widziałam też świeżo wydeptaną trawę i ślady kijków. Wędrowcy szli z przeciwnego kierunku, a ślady tak świeże, że zaczęłam się zastanawiać jak to się stało, że się minęliśmy. Albo byli tam jednak dzień wcześniej, albo mogli być w małym sklepiku po drodze.





Ostępy stawały się coraz bardziej nieprzebyte. Ścieżka prowadziła w górę dolinki, przekraczając strumień. Po drodze trzeba było po stromym zboczu obejść zwalone drzewo i miejsce, gdzie rzeczka podcięła zakole. Brody też były niczego sobie. Już nie pamiętam ile ich było, chyba 3. Owszem, przeszłam suchą stopą najpierw po konarze, a potem po głazie i pieńku, ale przy ostatnim brzeg był pionowy i na tyle wysoki, że z plecakiem nie mogłam się wydźwignąć. Musiałam wyrzucić go na brzeg i wygramolić się na lekko.





Sądząc po tym, co widziałam na mapie, szlak dawniej miał inny przebieg, ale coś musiało zdziczeć, bo czerwone znaki wyprowadziły mnie na drogę (po poszukiwaniach - nie było jasne czy dalej ciągnąć strumieniem). Za mostem znów skręciłam do lasu, nad rzekę. Minęłam zaniedbane, prastare domostwo tuż nad wodą. Pobiegły za mną psy, a za psami właściciel żeby je odwołać. Rzeka wiła się w naturalnym korycie, na końcu była kładka przez bagno i źródełko, a dalej strome schody, którymi trafiłam wprost do Sikórza, na rondo.








Wizyta w Sikórzu była krótka, dalej znów las i ławeczki, ale żadnych wiat. Na końcu tego odcinka było miejsce piknikowe z parkingiem.




Matecznik w meandrach Skrwy skończył się. Na horyzoncie ukazały się fabryczne dymy - podejrzewałam Petrochemię Płock, ale kierunek mi nie pasował. 




Choć przez cały dzień byłam w lesie, teraz akurat szlak prowadził wsiami, nawet przez chwilę całkiem ruchliwą szosą, a tymczasem właśnie zaczęło się ściemniać. Planowałam nocleg gdzieś za Radotkami i nawet wypatrzyłam ładną kępę sosen. Już kiedy miałam w jej kierunku odbić wyjechał stamtąd motor, a zaraz potem usłyszałam odgłos piłowania. Kępka była już zajęta... Chcąc nie chcąc ruszyłam dalej i dałam się jeszcze obszczekać całej zgrai psów zanim już po ciemku i z czołówką dopadłam oddalonego od cywilizacji skrawka lasu na stromej skarpie. Na domiar złego zaczął padać drobny deszcz, ale byłam pewna że coś znajdę. Na dole nic, wszystko pochyłe, więc wydrapałam się na skarpę i znalazłam doskonałą płaską łatkę pod drzewami i szybko schowałam się w zaciszu swojego małego namiotu. Nocą parę razy popadało, ale też i wiało, a rano namiot był suchutki. Na dróżce, którą tam weszłam znalazłam ślady łosia!





Dalej znów było przyjemnie i lesiście, zaraz za dziesiątym już chyba mostem na Skrwie. Z trzcinowisk wzbiła się w niebo siwa czapla, coś zaszeleściło w nadbrzeżnych zaroślach. Tutaj też wcale nie było płasko - szłam w górę wąwozem. Wszsytkie te wzgórza to efekt działalności lodowca, a w osadach łatwo następuje erozja. Niedaleko znalazłam tablicę informacyjną opisującą Brudzeński PK jako "Mazowiecką Szwajcarię".







Cudnym fragmentem była ścieżka nad wielkim rozlewiskiem, jakie znajduje się u ujścia Skrwy do Wisły. Mimo, że było już raczej po jesiennych przelotach z trzcinowisk dobiegały odgłosy wodnego ptactwa. Pod koniec zgubiłam szlak, który nie zgadzał się z mapą (ścieżka zarosła, była druga wychodząca na łąkę, być może nią należało iść żeby dobić znów do szlaku), ale znalazłam go ponownie z pomocą telefonu, idąc jakoś przez las.






Niedługo potem czerwone znaki odbiły w lewo, nie dochodząc do nadwiślańskiej szosy i aż do Płocka prowadziły prosto przez las. Z lekka przelotnie mżyło. Minęłam jedyną na szlaku wiatę leśną, ale była przepruchniała, pełna dziur, a stół był krzywy. Dużo lepsze walory noclegowe miała obszerna infrastruktura przy leśniczówce (szlak przecina tam ulicę Spacerowa).








Kawałek dalej był już Płock. Przeciągnęłam między ogródkami działkowymi i lekko przydługim odcinkiem blokowisk, zbliżając się do centrum. Moją uwagę zwrócił mural z wyjątkowo ohydną faszystowską wiązanką. Choć Polska nie jest jedynym krajem w którym tyle mówi się o wartościach jednocześnie depcząc je tak spektakularnie, zawsze kiedy do niej wracam tym jaskrawiej rzuca mi się w oczy powszechne przyzwolenie na taki stan rzeczy. 




Część reprezentacyjna miasta wyglądała lepiej. Szlak skręca tuż przed starym ewangelickim cmentarzem i prowadzi nieprzerwanie parkiem, tam gdzie zapewne były dawniej wały grodu nad wiślaną skarpą. Park jest ładny i zadbany, ma miłe alejki, ławeczki i świetne punkty widokowe, z których widać Wisłę. Mija się też muzeum (znów brakło mi czasu...).







Po drodze zrobiłam zakupy w PSSie, a potem już intensywnie myślałam o obiedzie. W miejscu, gdzie zeszłam ze szlaku, kierując się na rynek, stał dziwaczny betonowy pomnik króla Bolesława Krzywoustego wraz z orszakiem, którego członków nie dało się zidentyfikować. Po rynku kręciło się trochę ludzi. Ratusz był niestety w remoncie.






Godzinę 12:30 można było już śmiało podciągnąć pod porę obiadową, obeszłam więc znajdujące się na rynku restauracje. Dwie były włoskie - nie zrozumiałam nawet menu. Poszukiwałam czegoś bardziej swojskiego. Moją uwagę zwróciła pozycja pod tytułem wątróbka w lokalu gastronomicznym na rogu. Zwał się on, ten lokal, Salonikiem Babci Krysi. Wybór był bardzo dobry. Popędziłam od razu sympatyczną kelnerkę do kuchni, wzbudzając powszechną wesołość. Popodłączałam się do prądu, skorzystałam z łazienki, zatankowałam wodę, a po obiecanych 20 minutach dostałam swoją wątróbkę. Była tłusta i towarzyszyły jej podsmażane buraczki - nic na co mogłabym narzekać! Byłam bliska lizania talerza, o czym nie omieszkałam poinformować kelnerki. Po tym daniu zapodałam sobie "prawdziwy" budyń na deser, a na koniec jeszcze świeżo upieczonego pączka. Drobny deszcz wzmógł się, a mnie było tak miło i ciepło... Z głośników dobiegał głos Edith Piaf, było bardzo klimatycznie. Nie mogłam niestety siedzieć tam wiecznie. Ruszyłam zwiedzać Płock.



Płock to jedna z najstarszych osad na Mazowszu, a także przedchrześcijański ośrodek kultu. Za panowania Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego był stolicą Polski, a od 1138 stolicą dzielnicy mazowieckiej. Prawa miejskie uzyskał w 1237.

Udałam się na Wzgórze Tumskie, stanowiące centrum dawnego grodu. Na pierwszy ogień poszła bazylika katedralna Wniebowzięcia NMP, konsekrowana w 1144 roku, wielokrotnie przebudowywana. Na przełomie XIX i XX wieku dokonano gruntownego remontu, któremu zawdzięcza się jej obecny wygląd.  






W ściany znajdującego się obok Muzeum Diecezjalnego wmurowano kilka zabytków z katedry.





Wewnątrz, w sarkofagu w Kaplicy Królewskiej spoczywają szczątki królów Polski: Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego oraz piętnastu książąt mazowieckich. 







Bardzo interesująca jest kopia romańskich drzwi z brązu, tzw. Drzwi Płockich. Oryginalne drzwi z XII wieku, lecz od wieku XV znajdują się w Nowogrodzie Wielkim w Rosji. Nie zostało dotąd rozstrzygnięte czy wywieziono je z Polski jako łup czy też dar. 

Z niezrozumiałych przyczyn drzwi nie mają oświetlenia, choć mają je inne elementy w kościele.




Na uwagę zasługuje także polichromia autorstwa Władysława Drapiewskiego, w stylu typowym dla początków XX wieku. Bajeczne kolory i wzory przyjemnie rozjaśniają mroczne wnętrze świątyni.





Następny punkt programu zwiedzania to miał być Zamek Książąt Mazowieckich. Gotycki zamek z XIV  w. przebudowany został w XVI w. na opactwo benedyktynów. Nie przyszło mi do głowy, że nawet na dziedziniec nie będzie się dało zajrzeć, ale okazało się, że wstęp jest tylko do diecezjalnego muzeum, bo na zamku mieści się kuria biskupia i oddział Muzeum Diecezjalnego. Obeszłam tylko mury próbując zajrzeć do tego bastionu.





Godzina zrobiła się zaawansowana, kropiło, znów pojawiła się perspektywa kończenia wędrówki po ciemku. Wróciłam na szlak. Minęłam okazałą hurtownię dewocjonaliów. Gustuję w ludowym folklorze i różnych kuriozach, ale pamiątki tego rodzaju nie mieściły się nijak w definicji ultralightu...




Czas był odetchnąć świeższym powietrzem. Zieloną aleją zeszłam aż do mostu na Wiśle, którego przejście jest również jedną z większych atrakcji na czerwonym szlaku. Trochę wiało i było bardzo szaro, ale Wisła to Wisła!









Lewy brzeg rzeki zajmuje o wiele mniej ciekawa, przemysłowa dzielnica. Na szlaku mija się Biodronkę, Lidl i stację benzynową, a potem czas jakiś idzie się ulicami aż do torów kolejowych, gdzie szlak skręca w cokolwiek podejrzaną okolicę.








Piaszczysty trakt zmierza do lasu, mijając starą wieżę przerobioną na nadajnik i liche poletka. Za wsią Dzierząznia zanurza się w lesie na dłużej. Wieś jak to wieś, ale pod samym lasem... Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Na ciasno zabudowanym osiedlu nowych nieciekawych domów królowała posiadłość będąca kopią XIX-wieczngo dworku. Jeżeli już kogoś stać było na taką inwestycję to dlaczego nie ma ona ogrodu, a jedynie parę paskudnych tuj? Dwór powinien mieć przecież park.






Wkrótce niesmak zastąpił zachwyt. W lesie było jak w dżungli. Drzewa różnych rozmiarów i zwalone pnie. Zaczęłam wypatrywać małp zwieszających się z gałęzi robinii i tygrysów zaczajonych za wykrotami...







Ostatni etap leśny biegł przez tereny Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego nad zarośnięte już niestety bardzo Jezioro Sendeńskie i rezerwat nad nim położony. To fajne, odludne miejsce. Na skraju rezerwatu stoi stary mazowiecki drewniany dom. Jest pomalowany na biało, ma zielone okna. Wygląda na to, że ktoś w nim mieszka.








Żeby nie było zbyt idyllicznie - dalej jest kilka betonowych ruin z późniejszej epoki. Epoki pustaka kładzionego. 




Zabudowania należą do wsi Sendeń Duży. Wieś jest bardzo stara, ma nawet swoją legendę o tym jak dokonano podziału na Sendeń Mały i Duży. O historii miejscowości można poczytać na tablicy informacyjnej. Szukałam drewnianej chaty o konstrukcji zrębowej widocznej na zdjęciu, ale już jej nie ma. 






Już będąc w Płocku umówiłam się z Michałem, że tego wieczoru spotkamy się na biwaku. Kolega nie wybrał się na cały szlak, ale miał mi towarzyszyć na końcówce. Towarzystwo było mile widziane - zapowiadał się kolejny mroczny i wilgotny wieczór. Pędziłam co tchu, ale zmierzch i tak zastał mnie między Jeziorem Białym a Dniezno. Czerwone znaki zaczęły zlewać się w jedno z pniami drzew, ale nie chciałam tracić czasu na wyciąganie czołówki. Michał wybrał już miejsce biwakowe nad Jeziorem Sumino i jak w dobrej powieści przygodowej na ścieżce miał czekać tajemny znak - wbity w grunt kijek trekkingowy. Znalazłam go już prawie po ciemku, ale od jeziora dochodził blask. W lewo i w górę i oto spomiędzy pni sosen błysnęło czerwone światło czołówki, jak latarni morskiej.

Rozbiliśmy się jak za dawnych dobrych czasów przedsion w przedsion, a resztę wieczoru zajęła gorąca dyskusja o sprawach bieżących. Nieodzownym elementem tego typu posiadówy jest kubek żuru z kiełbasą. Zagryzłam go dwiema bułkami. Późną porą ktoś zajechał nad jezioro, ale nie zostaliśmy wykryci, a ja nawet nie usłyszałam kiedy odjechał.

Ciemności rozproszyły się dopiero po 7, wtedy też ruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw jednak zajrzeliśmy nad jezioro, było naprawdę śliczne. Szlak nieprzerwanie prowadził lasem, minęliśmy ładne stare gospodarstwo.







Michał dojechał na szlak Albańczykiem, swoim mieszkalnym autem. Zostawił je na parkingu w Kruku. Trzeba było coś z nim zrobić, więc ustaliliśmy, że Michał zaparkuje na dłużej w Gostyninie, a ja dojdę tam sama. Do Gostynina było trochę lasu, a na sam koniec problematyczny odcinek wzdłuż torów kolejowych. Rów był pełen wody, w pewnym momencie pojawiło się bajoro, musiałam więc wyjść na tory. Linia Sierpc - Kutno jest w remoncie, ale tylko na końcowym odcinku, a pociągi jeżdżą jeden z a drugim, więc trzeba się było streszczać.







Przed dworcem kolejowym wisiały stare szlakowskazy. Odtąd oznakowanie nie było już takie dobre, bo część prowadząca przez województwo łódzkie nie została odświeżona. 





Nie spodziewałam się tego, ale właśnie w Gostyninie znalazłam to, czego poszukiwałam, czerpiąc inspirację do przejścia tego szlaku z wiersza Juliana Tuwima "Rzuciłbym to wszystko". 

Ponieważ wiersz nie jest długi, pozwolę sobie zacytować go w całości.


      Rzuciłbym to wszystko, rzuciłbym od razu,
      Osiadłbym jesienią w Kutnie lub Sieradzu.

      W Kutnie lub Sieradzu, Rawie lub Łęczycy,
      W parterowym domku, przy cichej ulicy.

      Byłoby tam ciepło, ciasno, ale miło,
      Dużo by się spało, często by się piło.

      Tam koguty rankiem na opłotkach pieją,
      Tam sąsiedzi dobrzy tyją i głupieją.

      Poszedłbym do karczmy, usiadłbym w kąciku,
      Po tym, co nie wróci, popłakał po cichu.

      Pogadałbym z Tobą przy ampułce wina:
      "No i cóż, kochana? Cóż, moja jedyna?

      Żal ci zabaw, gwaru, tęskno do stolicy?
      Nudzisz się tu pewno w Kutnie lub Łęczycy?"

      Nic byś nie odrzekła, nic, moja kochana,
      Słuchałabyś wichru w kominie do rana...

      I dumała długo w lęku i tęsknicy:
      - Czego on tu szuka w Kutnie lub w Łęczycy?

Siódma jesień, 1922











Malutki był ten Gostynin. Lepszy parking jest koło dworca autobusowego, ale już nie kombinowaliśmy. Zanurzyliśmy się w ciekawy kompleks leśny. Szlak miał teraz prowadzić po kilkunastokilometrowym polodowcowym ozie - podłużnym wale z piasku i żwiru. Oz był wprost książkowy, z płaskim grzbietem i stromymi ścianami. To oczywiście naprowadziło nas na rozmowę o czasach bardzo starożytnych. Zajęłam się nią bardziej niż fotografią.







W pewnym momencie ni stąd ni zowąd pojawiło się mnóstwo tablic z napisem "teren prywatny". W absolutnych krzakach również. Musieliśmy uważnie nawigować, bo właściciel terenu zdrapał znaki szlaku. Konieczny jest gps. Potem należało skręcić w jeszcze gorsze krzaki, przeprawić się przez zarośnięty jeżynami ugór na skraju mizernej sośniny. Wyszliśmy na drogę, ale znów mieliśmy skręcić i znów zakaz wstępu. Michał, na szlaku zwany Shakespearem zrobił minę typu "Shakespeare frasobliwy". Dokładnie tak pomyślałam, zrobiłam mu zdjęcie, a potem on popatrzył i powiedział to samo :-)





Potem była przeprawa z przeszkodami. Pień to pikuś, za nim rozciągało się bagno. Była ścieżka, coraz bardziej podmokła. Michał zamoczył buty, ale ja nie miałam na to najmniejszej ochoty. Na szczęście ten newralgiczny fragment dało się obejść lasem. Reszta ścieżki wystawała już ponad poziom rozlewiska. Przeczołgaliśmy się przez wielkie zwalone drzewo i już jak normalni ludzie przekroczyliśmy drugi z kolei mostek na Skrwie Lewej. Z zaaferowania nie zrobiłam zdjęć, a zakątek był uroczy i rzeczka ładna. Mieliśmy już jej więcej nie zobaczyć.




Nazbierałam zielska :-)







Kiedy wyszliśmy z lasu w Sierakówku przestało być tak przyjemnie. Okazało się, że wieje i zbiera się na deszcz. Złapał nas on jeszcze przed przystankiem, ale sam przystanek był miłą niespodzianką, bo byliśmy głodni, a nie mieliśmy gdzie usiąść. Nie chciało nam się stamtąd ruszać, ale była tam tak absolutna mizeria, że trzeba było. Akurat lunęło i uderzyło w nas wiatrem. W Marianowie Sierakowskim już było trochę lepiej, w Zarannej przestało padać. Na przeciwko przemysłowej kurzej fermy była jedna z tych absurdalnych siłowni na świeżym powietrzu. Z wiatą. Za płotem. Nieśmiało sprawdziłam klamkę, ale była zamknięta. Stała tylko żeby stać, żeby wydać na nią unijne pieniądze. Pociągnęliśmy dalej do Niedrzewia Drugiego. Jak na "nie-drzew" było tam całkiem dużo drzew... Ale i przystanek autobusowy, a nawet dwa, więc usiedliśmy.




Wiedziałam już z góry o problematycznym przejściu pod Autostradą Bursztynową A1 i rzeczywiście był to nie lada kłopot. Szlak stracił ciągłość w momencie jej wybudowania i trzeba kombinować. Próbowaliśmy dojść do szlaku po drugiej stronie, lecz drogę zagrodził nam szeroki rów melioracyjny. Musieliśmy zawrócić i przejść kawałek asfaltem, a następnie skręcić w las. Tam już się całkiem rozgadaliśmy. 






W Głogowcu byliśmy już zmęczeni i nie mogliśmy się doczekać noclegu - a ten planowany był przy leśniczówce w Nowym Raciborowie. Zapukaliśmy do leśniczówki i faktycznie, był leśniczy i to bardzo miły. Dał nam wodę i zaproponował nocleg w arboretum. Znajdowało się ono za bramą, więc byliśmy odgrodzeni od nieproszonych gości. Chwilę zajęło wyszukanie suchego miejsca, ale znalazło się takowe pod okazałą sosną.




Może i jestem perfekcjonistką, ale otaczam się zawsze straszliwym bałaganem, zwłaszcza jeśli porównać do tego, co ma wokół siebie Michał :-)





Las był podobny do leśniczego - też całkiem miły i swobodnie rosnący. Ładnie utrzymany, z drzewostanem w różnym wieku. A więc można. Tutaj też był strumyk do przejścia, już na sam koniec. Prawie bym w niego zjechała z oślizłego pnia. Zielony tunel był zachwycający.







W pobliżu stacji benzynowej wyszliśmy na przedmieścia Kutna. Stację zaliczyliśmy - czemu nie. Ulicą Tadeusza Kościuszki pociągnęliśmy do centrum po starych znakach. W końcu zniknęły, więc byliśmy usprawiedliwieni i mogliśmy do rynku dojść deptakiem. Kutno to ładne miasto, ma trochę zabytkowych budynków - czytaliśmy tablice informacyjne i usiłowaliśmy te zabytki znaleźć w miejskim krajobrazie. W kiosku na rynku rozczuliła mnie oferta czasopism, był miesięcznik towarzysko-matrymonialny Kontakt i pismo gejowskie Gejzer. Wystawa zdjęć promowała Kutno jako "miasto róż". Tylko cały ten cyrk maseczkowy psuł trochę przyjemność zwiedzania.












Przed pałacem na rynku też była informacja, w której napisano, że zachowało się wiele wnętrz, w tym sala balowa. Oczywiście nabrałam ochoty zobaczyć tą salę, a że drzwi były otwarte to weszliśmy. Od razu przy drzwiach stała dziwnie wmurowana w ścianę działową drewniana kolumna - bardzo ciekawa. Niestety wtedy z jakiegoś zakładu fryzjerskiego czy dorabiania kluczy wyszła jakaś pani i powiedziała, że nie wolno fotografować i oczywiście zwiedzić sali balowej też nie wolno :-/ Wzruszyliśmy ramionami i wyszliśmy.

Mimo tego incydentu Kutno zrobiło na mnie dobre wrażenie. Nawet słońce wreszcie postanowiło się pokazać i uśmiechnąć zza chmurki.





Szlak miał się kończyć przed dworcem kolejowym i tak rzeczywiście było. Jednak okazało się, że kropka się zdematerializowała. Musiała kiedyś być, ale niedawno dworzec był remontowany wraz z otoczeniem i zniknęła. Z konieczności pamiątkowe fotografie wykonaliśmy z ostatnim znakiem na słupie.






18 komentarzy:

  1. Jasny gwint!!! Mieszkam na Mazowszu, gdy byłaś w Płocku to dzieliło nas jakieś 25 km. No kto by pomyślał że będziesz się kręcić w tych rejonach?!!

    Pozdrawiam
    Robert

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się często zdarza, zanosi mnie tam gdzie mieszka czytelnik, a dowiaduję się po fakcie :-)
      Bardzo ładna okolica.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. lubię jak piszesz z kanapy (czy hamaka?), nie w pospiechu z jakiejś biblioteki :)
    Miałaś rację ciekawy szlak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To na czym siedzę nosi chyba nazwę tapczanu. Pochodzi z lat 70. i ma kolor brunatny. Hamak jest w ogrodzie i nawet nie sięga do niego domowe wifi...

      Usuń
  3. Niektóre fragmenty rozbroiły mnie dokumentnie. Na czyją rzecz należy wpłacać tę "wysoką karę" i które niby przepisy to regulują? Widzę w Twoim tekście nieco większą niż zwykle dawkę zjadliwości i piętnowania absurdów, czyżby po powrocie ze Szwecji nastąpiło zderzenie cywilizacji? ;) Sierpc do tej pory kojarzył mi się tylko z serem, po Twojej relacji dojdzie kolejna dawka wiedzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwe! Przyzwyczajenie sprawia, że nad pewnymi rzeczami przechodzimy do porządku dziennego. Pomyślałam, że relacje będą ciekawsze jeśli wplotę w nie trochę obserwacji społecznych :-)

      Usuń
  4. Na zdjęciu to jest petrochemia płocka :) super że pokazujesz czytelnikom takie nieoczywiste szlaki. Na bezśnieżną zimę będzie jak znalazł.
    Pozdrawiam
    KZ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak petrochemia :-) Zimą koniecznie rączki!
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Oczywiście że petrochemia, to jest gigantyczny zakład, zerknij sobie na zdjęcia satelitarne. Powierzchnią niewiele ustępuje samemu miastu do którego przylega od północy.

      Usuń
    3. Wcale nie wyglądał na taki wielki, myślałam, że może są i jakieś inne no i jakoś tak za bardzo na północny wschód, ale to już mój wymysł.

      Usuń
  5. Polska jak żywa - resztki dawnej świetności i ocean nowego dziadostwa. A jednak sympatycznie. Gek.

    OdpowiedzUsuń
  6. "Czego on tu szuka w Kutnie lub w Łęczycy?"

    Dwadzieścia lat później cały ten kalejdoskop małych światów już nie istniał. Może to pochmurna aura a może jesienna depresja ale czuję jakiś smutek czytając tę relację.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda... Teraz pozostaje wyobraźnia. Nie wiem, może jedno i drugie. Było trochę smętnie, ale lubię jak jest smętnie i mi się podobało, te wszystkie wąwozy naprawdę piękne.

      Usuń
  7. Miła okolica,ładnie opisana wycieczka. W tamtych stronach w sumie nie byłem, aczkolwiek do Płocka trafię pewnie w przyszłym roku. Tyle,że drogą wodną ;) Z biegiem Wisły znaczy. Może opis krajoznawczy miasta mi się wtedy przyda (dzięki). Co prawda zwiedzanie z kajakiem w plecaku jest trochę mało wygodne, ale precedensy już kiedyś przerabiałem :P No i może da się gdzieś zostawić graty na parę godzin, z Twojej relacji wnoszę, że warto.
    Pozdrawiam
    -J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, z pewnością da się gdzieś podrzucić fanty. W Płocku jest jeszcze więcej zabytków, głównie kościołów, ale nie miałam już na nie czasu. Na spływie Wisłą warto się zatrzymać w każdym większym mieście, tyle tam starych grodów, zamków i wszystkie ładne. Planowałam kiedyś przejście wzdłuż Wisły, ale wyszło na to, że trzeba cały czas cwałować wałami przeciwpowodziowymi, więc sobie odpuściłam. Potem chciałam przejechać rowerem, ale fizjoterapeuta mi zabronił. Drogą wodną powinno być fajnie :-)

      Usuń
  8. Wyprawa bardzo ciekawa...no patrząc, a właściwie czytając o znikającym szlaku, zaraz cisną mi się słowa:" kto odpowiada za dbanie o to? Dlaczego pytam?, bo sama miałam już nie raz takie przygody, a najbardziej" koszmarną" jak na szlaku Skarszewskim utknęłam na mokradłach i powiem że kompletnie nie było mi tam do śmiechu. Temperatura 30 st...i wrażenie że przemierzam amazońskie tereny, w których zostanę na amen...
    No i te prywatne tereny...szlak biegnie...i nie biegnie...hym...tutaj zawsze mówię sobie jak mnie złapią...no cóż jestem blondynką.hi hi
    Ogólnie oznakowanie dalekie jest od "doskonałości" zdecydowanie. Dlatego jak mogę mam mapę i zakupiłam Gps, który już nie raz mnie ratował.
    Mural sfotografowany...hym...mieszkamy podobno w kraju...
    Bardzo podobała mi się aleja brzóz:) Cały szlak interesujący,aż człowiek rwałby się...o tak...o tak.
    Dziękuje, dzięki Tobie przeszłam choć wirtualnie
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Szlaku Kaszubskim też jest taki fragment. To niestety nie jest to problem nie dbania PTTK, że znaki zniknęły, ale celowego działania właścicieli gruntów. Przypuszczam, że albo się komuś odwidziało, albo, co bardziej prawdopodobne, dawny właściciel się zgodził (bo właściciel zawsze musi się zgodzić, dlatego najpewniejsze znakowania są na słupach i latarniach), teren zmienił właściciela, a ten już nie jest życzliwy wędrowcom. Jego prawo, niestety. Nie wiadomo czy się nie zgadza na cały przebieg czy tylko na oznakowanie. W innych krajach też są z tym problemy, w USA organizacje opiekujące się szlakami powoli wykupują tereny pod szlaki i prowadzą negocjacje, ale od czasu do czasu wybucha jakaś awantura.

      Mazowieckie brzeziny są przeurocze :-)

      Polecam bardzo odcinek szlaku od Sierpca do Płocka. Pozdrawiam!

      Usuń