niedziela, 25 października 2020

Sverige på längden - Sprzęt

W pakowaniu nabrałam już pewnej rutyny, więc mimo, że przejście Szwecji nie było długo planowane, nie miałam większych kłopotów ze skompletowaniem sprzętu. 

Waga bazowa wyszła fatalnie, bo niosłam aż 6567 g. Mogłam spakować się lżej, tak jak na poprzednich wyprawach, ale nie było takiej konieczności - jestem w tak dobrej formie fizycznej, że na stosunkowo krótkiej i łatwej trasie jaką było SPL wiedziałam, że dam sobie radę z nieco cięższym plecakiem. Nie bez znaczenia był fakt, że możliwości zaopatrzenia jak i dostęp do wody były częstsze, w związku z czym waga całego plecaka nie różniła się w stosunku do wagi z poprzednich wypraw, gdzie musiałam nosić więcej wody i więcej jedzenia.



Ultralight jest zresztą pojęciem względnym - choć umownie wyznacza go bagaż ważący poniżej 5 kg, trudno oczekiwać żeby była to stała wartość dla wszystkich stref klimatycznych. Jest to bardziej idea i sposób pakowania się i minimalistycznego podejścia do wędrówki. Sprzęt na SPL był wystarczająco minimalistyczny.



Rzeczy które uważam za zbędne, a które zdecydowałam się mimo to zabrać można wymienić wiatrówkę i statyw. Butelka Nalgene, cięższy model aparatu fotograficznego i cięższy zestaw przeciwdeszczowy też nie były konieczne. Zupełnie zbędne, bo nieuzywane były trzecie ogniwo do powerbanku i dodatkowa bateria do aparatu (razem 70 g). 


Sverige på längden - Lista sprzętowa
Waga bazowa - sprzęt podstawowy (bez wody, jedzenia, paliwa)
Sprzęt Nazwa Waga (g)
Plecak OnMyWay Triple Crown 720
Worek na śmieci Trash compactor bag, Walmart 56
Namiot MLD Solomid XL 652
6 śledzi V Hilleberg DAC 70
Folia pod namiot Folia polycryo 20
Materac dmuchany Thermarest NeoAir Xlite Women's 354
Śpiwór Roberts Zebra 550 802
Worek wodoszczelny na śpiwór Lifeventure Ultralight Dry Bag 15 l 40
Garnek tytanowy Evernew ECA267 900ml 100
Łyżka tytanowa Aliexpress 18
Palnik gazowy BRS 3000T (zmodyfikowany) 24
Zapalniczka Mini BIC 10
Kartusz 250 148
Butelka Nalgene OTF, nakrętka klasyczna 110
Butelka PET 1l Biedronka, woda Polaris 38
Butelka PET 1l Biedronka, woda Polaris 38
Butelka PET 1l Biedronka, woda Polaris 38
Worek wodoszczelny na jedzenie Zpacks Blast Food Bag 46
Kurtka puchowa Roberts custom 310
Kurtka przeciwdeszczowa Arc'teryx Alpha FL Women's 280
Spodnie przeciwdeszczowe Arc'eryx Alpha SL Women's 328
Łapawice wodoodporne Arc'teryx Beta AR Women's 88
Skarpety wodoodporne Rocky GTX Socks 78
Wiatrówka Arc'teryx Squamish Hoody Women's 128
Bluza Kwark Polartec Power Strech Pro 252
Getry Kwark Polartec Power Strech Pro 204
Skarpety do spania Smartwool Hike Ultralight 50
Majtki Icebreaker Sprite Hot Pants 35
Czapka OnMyWay Technostrech 28
Rękawiczki Kwark Polartec Power Strech Pro 32
Worek wodoszczelny na ubrania Zpacks Medium Plus Dry Bag 24
Moskitiera na głowę Sea to Summit Head Net 22
Piłeczka do masażu Easy Yoga, korek, 5 cm 20
Kosmetyczka z zawartością OnMyWay cuben 176
Apteczka i zestaw naprawczy W torebce strunowej 70
Sznurek Bezalin 1 mm, 6 m 6
Szmatka do okularów Ściereczka z mikrofibry, Biedronka 2
Papier toaletowy W torebce strunowej 8
Portfel Zpacks Zip Pouch "Wallet" 26
Notatnik j.w. 32
Długopis j.w. 6
Mapy (niektóre odcinki,waga zmienna) Wydruki A4 100
Scyzoryk Victorinox Classic 20
Czołówka Petzl e+Lite (stara wersja) 23
Smartfon w etui Motorola Moto G7 Power 210
Kabel USB do telefonu 24
Ładowarka do telefonu 53
Ładowarka 2 USB Rossmann 30
Aparat fotograficzny Sony RX100 VII 306
Zapasowa bateria do aparatu 24
Kabel USB do aparatu 14
Uchwyt na aparat do kijka trekkingowego Stick Pick 12
Statyw Joby Gorillapod 325 50
Mikrofon Saramonic SR-XM1, deadcat 10
Powerbank Miller ML-102 32
3 ogniwa 18650 Panasonic 138
Kabel USB do powerbanku 14
Karty SD i adapter do kart SD SanDisk 8
Torebka na elektronikę OnMyWay cuben 10
Waga bazowa 6567
Ubrania i rzeczy niesione na sobie
Koszulka z krótkim rękawem Icebreaker Tech T Lite 100
Spodnie długie Arc'teryx Palisade Pant Women's 250
Daszek Dynafit React Visor Band 28
Biustonosz sportowy Panache Sports Bra 112
Majtki Icebreaker Sprite Hot Pants 35
Rękawiczki rowerowe Fox Ranger Gel Short Gloves 58
Skarpety Injinji Toe Socks Micro 30
Skarpety Smartwool PhD Outdoor Light Crew 64
Buty do biegania Altra Lone Peak 4.0 534
Stuptuty biegowe Wanda Sarapata 36
Stabilizatory na kolana (2) Cho Pat Knee Strap 176
Zegarek Casio 16
Chusteczka do nosa Bawełniana 5
Kijki trekkingowe Leki Corklite 572


Wielka Trójka

Plecak

Testowany na PCT prototyp ultralekkiego plecaka polskiej firmy OnMyWay, który miałam przyjemność projektować miałam już w Szwecji jako ostateczny produkt pod nazwą Triple Crown. Na YouTube jest też moja recenzja filmowa. Wszystkie poprawki zostały uwzględnione i plecak był idealny, dokładnie taki, jaki chciałam mieć. Wszystkie szczegóły znajdziecie w recenzji, więc przypomnę tylko krótko, że plecak jest klasycznym workiem rolowanym u góry, nie posiada żadnego usztywnienia  plecach, które uważam za zbędne (sprzedawany jest też z usztywnieniem z pianki, więc zwracajcie na to uwagę). Ma obszerne kieszenie boczne mieszczące po dwie wąskie litrowe butelki PET z każdej strony, bardzo duże kieszenie na pasie biodrowym i obszerną kieszeń streczową na froncie.



Plecak doskonale sprawował się także w Szwecji. Jego pojemność to ok. 45 l, mieści więc z powodzeniem tygodniowy zapas jedzenia. Waga całego plecaka w najgorszym przypadku osiągnęła jakieś 16, może 17 kg i plecak był nadal wygodny. Dzięki wyżej wszytym szelkom nie obciąża już ramion. Ma także całkiem niezłe możliwości troczenia na zewnątrz.


Bardzo cenną właściwością było nie nasiąkanie wodą - materiał XPac, z którego plecak jest uszyty chłonie niewiele wody i bardzo szybko schnie, co bardzo przydaje się w tak deszczowym kraju jak Szwecja. Plecak nie jest wodoodporny, bo szwy nie są podklejane (co jest standardem dla tego materiału). Do środka dostaje się minimalna ilość wody, jednak zabezpieczam rzeczy znajdujące się w środku zarówno za pomocą worków wodoszczelnych w przypadku bardziej narażonych na zawilgocenie rzeczy jak i dużego worka na śmieci.


Namiot

Od początku wiedziałam, że namiotu będę używać bardzo rzadko - finalnie wyszło 12 noclegów w namiocie - jednak planowałam też noclegi pod wiatami, gdzie w sezonie komarowym niezbędna jest moskitiera. Dlatego nie zdecydowałam się na lżejszy ZPacks Solplex, ale wzięłam MLD Solomid XL, który z tego samego powodu zabrałam na Appalachian Trail, gdzie w namiocie spałam tylko 9 razy. Solomid składa się z osobnego tropiku i podwieszanej sypialni, którą można wyjąć i podwiesić, ponieważ ma u szczytu odpowiedni haczyk. Operacja wymaga użycia linki (6 m to aż nadto).




Z pełną świadomością zabrałam ze sobą namiot, który ma w podłodze nieszczelności. Będę wymieniać podłogę, a póki co zdecydowałam się zabrać po prostu większy kawałek folii polycryo, której używam jako footprintu, odpowiadający rozmiarom podłogi. Zdarzało się, że podłoga miejscowo nasiąkała wodą, jednak nie do tego stopnia żebym spała w kałuży. Nie uważam tego za jakiś specjalny problem.

Bardziej zależało mi na odporności na wiatr, a tutaj Solomid ma przewagę nad Solplexem, bo jest prostą piramidą stawianą tylko na jednym kijku, co minimalizuje opór. W przeszłości narzekałam na niedostateczną ilość miejsca w środku, ale problem rozwiązało wydłużenie odciągów. Trzeba oczywiście pamiętać, że mierzę tylko 160 cm.




Przez trzy miesiące nie spotkałam nikogo, kto używałby ultralekkiego namiotu, piramidy. Prawie wszyscy dźwigali wielkie, stabilne Hillebergi. Ale też nikt nie wędrował na długich dystansach. Używając ultralekkiego namiotu przyjmuje się za oczywiste, że najważniejsza jest lokalizacja biwaku, a nie sam namiot. Napisałam już o tym cały artykuł. Szwedzi przeciwnie, zawsze rozbijali się w najgorszych, najbardziej mokrych, zimnych i wietrznych miejscach. Przedziwne upodobanie. Prawdopodobnie chodzi o ładne widoki... Raz zdarzyło mi się rozbić namiot w ładnym miejscu nad jeziorem (zgodnie z przewidywaniem było zimno i mokro). 



Jest wielu przeciwników lekkich namiotów w Skandynawii. Argument jest zawsze ten sam: trudny teren. Już po zakończeniu głównej wyprawy miałam okazję dowieść, że spokojną noc zapewnia umiejętność dobrego zakotwiczenia namiotu i znalezienie osłoniętego miejsca (tu akurat miałam szczęście, ale namiotu i tak by stał, nawet gdybym nie schowała go za skałą, byłby po prostu hałaśliwy).





Śpiwór

Od czasów przejścia CDT niezmiennie towarzyszy mi customowa Zebra Robertsa. Opisywałam ją już wielokrotnie (najszerzej w podsumowaniu sprzętowym CDT): to śpiwór bez zamka i bez wypełnienia w plecach, przymocowywany do materaca za pomocą taśm. Wypełniony 550 g najlepszego polskiego puchu naturalnego o sprężystości 850 cui, pokryty Pertexem Quantum GL wewnątrz i na zewnątrz. 



Zebra jest już sprawdzona i jestem z niej niezmiennie zadowolona. Pomimo trzech lat intensywnego użytkowania nie straciła loftu i jeszcze jej nie prałam. W Szwecji nie było wielkich chłodów, jedynie przymrozki na zewnątrz namiotu, nie miałam więc okazji testować minimalnej komfortowej temperatury użytkowania. Więcej okazji miałam do walki z wilgocią, ale nie miałam z tym dużych kłopotów, bo rzadko sypiałam w namiocie. W dobrze wentylowanych wiatach czy chatkach mogłam zapomnieć o zawilgoceniu.

Jak dbać o długowieczność puchowego śpiwora opisałam w tym artykule.



Całkowitą porażką okazał się worek wodoszczelny Lifeventure Ultralight Dry Bag. Już w połowie drogi całkowicie złuszczyła się taśma, którą był podklejony szew. Śpiwór przez to zawilgł kilkakrotnie, kiedy woda dostała się do worka na śmieci.


Materac

Tak jak i na poprzednich thru-hike'ach, które odbywały się w porze letniej tak i podczas przejścia Szwecji spałam na zrecenzowanym już przeze mnie materacu dmuchanym Therm-a-Rest NeoAir XLite Women's. Jego termika, zapewniająca komfort także podczas lekkiego mrozu, na warunki arktycznego lata jest doskonała. Miękki i wygodny, zapewnia spokojny sen również na twardej podłodze wiaty.

Na zdjęciu materac z siedmioma kwiatami jak nakazuje tradycja wigilii najdłuższego dnia w roku.




Kuchnia

Mój zestaw kuchenny jest prosty i funkcjonalny, od lat się nie zmienia.



Tak jak na CDT i PCT przez całą drogę używałam małego gazowego palnika rodem z Chin BRS 3000T. Miałam wątpliwości co do jego współpracy z kartuszami kupowanymi w Polsce, bo w przeszłości nie zawsze chciał się na nie nakręcać. Nie wiem do dziś czemu tak było, prawdopodobnie to coś z gwintem, który zdążył się wyrobić. W świetle tych problemów miałam w planie testować tego lata nowy palnik (Kovea Supalite), jednak jeszcze na treningowym przejściu Szlaku Trzech Pogórzy zdążył się on zepsuć i tuż przed wyjazdem do Szwecji odesłałam go do reklamacji (rozpatrzonej pozytywnie - dostałam zwrot pieniędzy). Finalnie to BRS okazał się najbardziej niezawodnym z moich dotychczasowych palników (przypomnę, że w MSRe padł gwint). BRS w odróżnieniu od wielu chińskich produktów nie jest kopią, ale produktem własnym. Aż dziw, że żadna z wiodących firm nie wyprodukowała dotąd żadnego lekkiego palnika z tytanu.

Używałam kartuszy o pojemności 230 g - zużyłam w sumie trzy. Do odpalania gazu słuzyła mi zapalniczka Mini BIC.

Niezmiennie używam garnka o pojemności 900 ml Evernew Titanium Ultralight 900 ECA267, do tego tytanowej łyżki z Aliexpress. Choć tytan zasadniczo nadaje się tylko do gotowania wody, można mieszając gotować w nim makaron, a z powodzeniem smażyłam też na maśle grzyby.





W tym sezonie wróciłam do parzenia herbaty w butelce z tworzywa Nalgene OTF (z nakrętką wymienioną na zwykłą - OTF cieknie i jest ciężka). Możliwość przygotowywania posiłku i gorącego napoju jednocześnie to było coś, czego mi w Stanach brakowało. Butelka z szerokim wlewem służyła mi też jako pojemnik na jagody.



Do transportu wody używałam butelek PET po wodzie alkalicznej Polaris z Biedronki. Na południu Szwecji często musiałam nosić dużo wody, na północy zaś nie zawsze spałam przy źródle. Nawet jeśli zresztą spałam to nie lubię po prostu chodzić po wodę wiele razy - wszystkie 4 butelki dają razem 3,7 l pojemności, co uważam za idealną ilość.


Odzież

Poradnik na temat tego, jak rozwiązać kwestię małego a funkcjonalnego zestawu ubrań na trekkingi w Skandynawii napisałam już kilka lat temu. Nie zmieniłam od tego czasu poglądów na ten temat i mój szwedzki zestaw wyglądał dokładnie tak jak w tym artykule. Początkującym thru-hikerom to własnie skompletowanie ubrań sprawia najwięcej problemów. Filozofia ultralight wymaga aby ubranie było ograniczone do niezbędnych elementów, ale co dla kogo okazuje się niezbędne pokazuje dopiero doświadczenie. Trudno coś tutaj polecać z góry, bo każdy ma inne odczucie temperatury. Ogólnie jednak przepis jest zawsze taki sam. Powinniśmy mieć ze sobą tyle ubrań żeby mając je wszystkie na sobie zachować komfort w najgorszych warunkach, jakie jesteśmy w stanie przewidzieć. Nie nosimy niczego na zapas ani na zmianę, unikając noszenia w plecaku zbędnych sztuk odzieży.

To, co decydujemy się zabrać musi być uniwersalne i maksymalnie funkcjonalne i wytrzymałe.


Warstwa bazowa

Mianem warstwy bazowej określam to, co noszę codziennie jak podstawę, a więc koszulkę, spodnie i bieliznę. Majtki z wełny merino które miałam już w szafie sprawdziły się jak zwykle, podobnie syntetyczny, dobrze podtrzymujący biustonosz Panache Sports Bra. Jego jedyną wadą jest wolne schnięcie.

Koszulka z krótkim rękawem ze 100% wełny merino Icebreaker Tech T Lite nie jest już produkowana - obecnie Icebreaker wypuszcza na rynek jedynie mieszanki. Wełna w warunkach wilgotnych i chłodnych sprawdza się lepiej od syntetyku, który w takim przypadku bardziej chłodzi niż grzeje. W czasie 30-stopniowych upałów, które panowały przez trzy tygodnie było mi w niej dość gorąco, ale nie przesadnie. Kiedy w lipcu zrobiło się chłodno stanowiła przyjemnie ciepłą bazę pod bluzę z Powerstrechu. 




Doceniłam to, że ubranie z wełny o wiele dłużej wytrzymuje bez brania i nie śmierdzi tak jak syntetyk - rzadko miałam okazję zrobić pranie. W czasie upałów płukałam koszulkę wieczorami z soli i do rana wysychała.

Pod względem wytrzymałości było tak jak zwykle - pierwsze dziury pojawiły się przed pierwszym tysiącem kilometrów, a ostatecznej wymiany na nową dokonałam po przejściu 2000 km. 

Zabrałam ze sobą zrecenzowane już na tym blogu spodnie Arc'teryx Palisade Pant, których używam na wszystkich trekkingach, na których nie mam na sobie krótkich spodenek do biegania. Muszę powiedzieć, że nie czułam się w nich w pełni długodystansowcem. Spodenki do biegania są niejako kwintesencją długiego dystansu (oprócz butów i plecaka). Nie chodzi tylko o image, ale o odczucie swobody i wolności, kiedy ma się na sobie tylko poruszane wiatrem minimum i w pełni odczuwa pęd powietrza, łaskotanie roślin, grę własnych mięśni - to odgrywa dużą rolę w przeżywaniu wędrówki. 



W długich spodniach, nawet dobrze skrojonych i lekko elastycznych - a takie są Palisade - swobodę ruchu ma się mimo wszystko ograniczoną. Kiedy pogoda nie sprzyja chronią od wiatru i chłodu, ale w czasie upałów jest w nich bardzo gorąco i nieprzyjemnie. Palisade są uszyte z cienkiego nylonu, wiem że niektórzy wędrowcy polecają chodzenie w takich spodniach nawet po pustyni, ale wydaje mi się to koszmarnym pomysłem, skoro już powyżej 20 stopni robi się nieprzyjemnie, a cóż tu dopiero mówić o 40. 

Krótkie spodnie mają też taką zaletę, że nie przemakają w mokrej trawie. W Szwecji rosną bardzo bujne trawy, a na północy kwietne zarośla - spodnie zawsze ekspresowo w nich przemakały, a ja bywałam mokra do pasa. Na szczęście Palisade schną błyskawicznie.




Kiedy pojawiły się w Laponii chmary komarów oczywiście cieszyłam się z ich posiadania i tego, że nie muszę spryskiwać nóg środkami chemicznymi. Chroniły mnie też przed drapiącymi gałązkami borówek, karłowatych brzóz i wierzb - to były powody dla których zdecydowałam się na długie spodnie. Gdybym jednak jeszcze raz miała spakować się na przejście Szwecji na pierwszą połowę wędrówki zabrałabym krótkie spodenki.

To mój drugi egzemplarz Palisade, a jego wytrzymałość wygląda na taką samą. Jeden z zamków w kieszeniach jest już nadwątlony, a jeden ze szwów puścił (od razu po zakupie, więc raczej jest to wada "wrodzona", a nie aż tak słabe nici).


Warstwa termiczna 

W ostatnich latach bluza i getry z Polartec Power Strech zagościły na stałe na moich listach sprzętowych - dowiódł że stanowi najlepszą ochronę przed zimnem, przy czym nie jest przesadnie ciepły i można go zakładać w dość zróżnicowanych warunkach temperaturowych. Jest lekki i pakowny, bardzo wygodny. Charakteryzuje się tym, że jest rozciągliwy i gładki z zewnątrz oraz futrzany od wewnątrz. Zestaw Arc'teryxa Rho AR (Zip Top i Bottom) służył mi już 6 lat - czas było wypróbować coś nowego. Do Szwecji zabrałam więc zestaw polskiego Kwarka: Bluzę i getry o enigmatycznych nazwach 080300 i 087300 tym razem z dziany Polartec PowerStrech Pro, mającej w składzie nylon, odpowiadający za większą wytrzymałość. Choć Kwarki użytkuję dopiero pół roku akurat różnicy w wytrzymałości nie stwierdziłam. Futerkowy spód nadal jest mięsisty, zbił się nieznacznie (to normalne). Tylko raz założyłam getry w ciągu dnia, było na tyle ciepło, że potrzebowałam ich tylko do spania. Obie bluzy mają podobne zmechacenia - bardzo drobne od pasa piersiowego plecaka. Na korzyść Kwarka przemawia ładniejsza gama kolorystyczna, doskonały ciepły golf i możliwość szycia na miarę. Co do kroju wydaje się, że coś można by poprawić - z jakiegoś powodu zarówno bluza jak i getry w trakcie użytkowania się rozciągnęły i skróciły, tak że bluza zaczęła odsłaniać plecy, a getry kończyć się powyżej skarpetek. Śledztwo trwa :-)




W surowych warunkach bardzo dobrze sprawdza się wiatrówka, zwana też windshirtem, czyli koszulą od wiatru. Pomarańczowa Arc'teryx Squamish Hoody pochodzi z 2013 r. - to ostatni dobry rocznik i oszczędzam ją na specjalne okazje, takie właśnie jak przejście Szwecji. Miałam ją też w Nowej Zelandii. Nowsze roczniki nie są już tak dobrze uszyte - są węższe, a kaptur mają wprost fatalny, regulowany za pomocą gumki wrzynającej się w uszy i podciągającej do góry daszek, tak że wiatr wieje pod spód. Stara była idealna. Wciąż jest w dobrym stanie i nie przybyły jej żadne uszkodzenia. Na południu stanowiła zbędny balast, ale na północy zakładałam ją bardzo często: kiedy było zimno i wietrznie oraz kiedy komary nie dawały spokoju (także bez koszulki, na gołe ciało - jest bardzo miła w dotyku, a komary się przez nią nie przebijają).



W moim zestawie sprzętu pojawiła się w tym roku nowa customowa kurtka Robertsa, która zastąpiła starą żółtą (tamta po prostu się zużyła). Służyła mi postojowo, głównie wieczorami. Rzadko było tak zimno żebym musiała zakładać ją w środku dnia, choć zdarzało się, szczególnie pod koniec wędrówki.

Projekt nowej kurtki powstał na bazie starej: pozostawiliśmy komory dystansowe (dlatego to kurtka a nie sweter puchowy), minimalistyczne wykończenie, dwie kieszenie. Wypełnienie polskim puchem gęsim o sprężystości 850 cui w ilości nieco powyżej 100 g (prawdopodobnie 110 g, dosypka nastąpiła na etapie wypełniania). Materiał to tym razem Pertex Quantum, nie GL, ponieważ GL nie było już w magazynie. Usunęliśmy kaptur, bo okazał się niepotrzebny. Krój jest dość obszerny, co wpływa na to, że puch może się w pełni rozprężać. Na wyprawach zawsze chudnę, po czym na wiosnę wszystkie ubrania są na mnie za małe. Większy rozmiar to próba rozwiązania tego problemu... Kurtka jest mocno przedłużona, co wyszło w zasadzie przypadkiem, ale sprawiło, że było mi zawsze ciepło.



Naturalnie miałam też ze sobą czapkę i rękawiczki. Czapka służy mi też do spania, jako że mój śpiwór nie ma kaptura. Wzięłam tym razem cieplejszą, a bardzo lekką czapkę OnMyWay z Technostrechu, którą miałam w zeszłym roku jak drugą na PCT. Rękawiczki pochodzą od Kwarka i są wykonane z Polartec PowerStrech. Mieszczą się pod rękawiczkami rowerowymi.



Ochrona przed deszczem

Zeszłej zimy zakupiłam nową kurtkę przeciwdeszczową Arc'teryx Alpha FL - to prosta kurtka o kroju wspinaczkowym, bez wywietrzników pod pachami, które są mi zbędne i z jedną tylko kieszenią. Wybór padł na nią z powodu materiału - 3-warstwowego GoreTex Pro Shell i jednocześnie niskiej wagi - 280 g w rozmiarze S. Niestety po dwóch miesiącach kurtka zaczęła przemakać, głównie na ramionach, dole pleców i pod pasem biodrowym, ale w uporczywym wielogodzinnym deszczu przemokłam w niej do suchej nitki.

Spodnie przeciwdeszczowe Arc'teryx Alpha SL mam już bardzo długo. Od początku lekko przemakały i przemakają nadal, ale nie tak bardzo żeby nie dało się w nich chodzić. Cóż, nie darmo mówi się, że hardshelle służą tylko ochronie przed zimnem, a nie przed przemoczeniem.



Łapawice (od dawna nie produkowane Arc'teryx Beta AR Mitt) były niezbędne, nie ma nic gorszego niż mokre ręce i przemoczone rękawiczki.



Opisałam już dawniej skarpety wodoodporne Rocky Gore-Tex Socks. Nie wyobrażałam sobie przejścia Szwecji bez nich. Choć buty do biegania wydają się jedynie właściwym wyborem na tego typu trekking jakoś trzeba sobie radzić z brodzeniem w bagnach w czasie chłodów. Cały lipiec był bardzo deszczowy, bagna były pełne wody, a skoro słońce nie wychodziło zza chmur było też zimno. Przez pierwsze półtora miesiąca, zanim weszłam w góry, Rocky siedziały w plecaku, ale później służyły mi dzielnie. Zaczęły w końcu przemakać, ale wciąż wpuszczały do środka tylko niewielką ilość wody, tak że na skarpetkach znajdujących się wewnątrz widać było tylko mokre plamy. Jeśli rzeki nie były głębokie,a  brody wystarczająco krótkie, udawało mi się przejść je bez nalewania wody do wnętrza skarpet. Suche skarpetki były na wagę złota w niekończących się torfowiskach czy też właśnie w lodowcowych strumieniach Parku Narodowego Sarek - trwało ochłodzenie, woda tam jest lodowata, a strumieni wiele.




Przed pęcherzami na dłoniach chroniły rękawiczki rowerowe - te same, które miałam na PCT. Od słońca daszek Dynafit. Nie zabrałam nakładek przeciwsłonecznych na okulary - moje oczy nie są wrażliwe na słońce i lepiej się czując widząc świat w naturalnych kolorach. Popełniłam jednak błąd nie zabierając kremu z filtrem - przez pierwsze tygodnie na rękach pojawiały się pęcherze od poparzeń słonecznych.


Na nogach

Rzecz oczywista nic nie zmieniłam w kwestii obuwia i jak zawsze całą trasę pokonałam w butach biegowych Altra Lone Peak 4.0, wersji męskiej, bo szerszej. Wszystkie szczegóły znajdziecie w recencji, wpomnę tylko, że to buty o specyficznej naturze, bo zero drop, ale nie minimalistyczne. Mają dość grubą i równomiernie rozłożoną warstwę pianki w podeszwie, dzięki czemu stopy się nich nie męczą i nie są obolałe (chyba że w grę wchodzi szwedzki tłuczeń!). Zużyłam dwie pary, pierwsze wymieniłam po 2000 km, drugie jeszcze mi służą.

Nie wyobrażam sobie długiego dystansu w butach innych niż biegowe i nawet w konserwatywnej pod względem sprzętowym Szwecji widać już zmianę - na dłuższych szlakach tak jak np. na Kungsleden spotykałam wielu hikerów w lekkim obuwiu. Wędrujący Gröna Bandet na nogach mieli bez wyjątku buty trailowe, a Emily i Valtera rozpoznawałam po śladach na ścieżce - Emily nosiła damską wersję Lone Peaków 4.0. Na krótkich trasach więcej było tradycjonalistów w ciężkich skórzanych butach wysokich. Nie trzeba dodawać, że dystanse pokonywane przez nich były bardzo krótkie, a zmęczenie wielkie. Nie ma to żadnego uzasadnienia - na znakowanych szlakach ani na trasie którą opracowałam nie ma żadnych lodowców, na które trzeba byłoby przypinać raki. Nie można też mówić o indywidualnych preferencjach, skórzane treki stanowią w Szwecji element górskiego krajobrazu, podobnie jak w Norwegii, Niemczech czy Polsce.

Lone Peaki są szerokie, a więc dają dobre oparcie. Ich miękkość pozwala dostosowywać się do bardzo nierównego podłoża manewrując wszystkimi stawami stopy i stawem skokowym, oszczędzając przy tym kolana. Istnieją buty biegowe o lepiej trzymających podeszwach, jednak Lone Peaki moim zdaniem są wystarczające, a w Szwecji skały były chropowate i nie było problemu z poślizgami. Jedynie na omszałych głazach można się było pośliznąć.



Najbardziej techniczny fragment mojej wędrówki to kilkukilometrowe bezszlakowe piarżysko, którym wspięłam się tam i z powrotem na szczyt Kebnekaise, najwyższego szczytu Szwecji. Altry sprawdziły się na nim znakomicie, także tam gdzie trzeba oprzeć się rękami. Kopuła szczytowa znajdowała się pod śniegiem, ale nie było bardzo stromo, a śnieg rozmiękł, więc z łatwością wybiłam sobie stopnie.



Wersja 4.0 ma cienki materiał zewnętrzny, więc po nasiąknięciu wodą nie przybiera na wadze tak jak poprzednie. Błoto łatwo się z nich wypłukuje. W zupełnie mokrych butach zdarza się, że przemieszczają się wkładki. Stabilność Altr jest wielką zaletą podczas przechodzenia rzek. Przechodzenie rzek w butach to większe bezpieczeństwo, ale też mniejsze wychłodzenie niż z gołymi stopami w samych sandałach czy crocsach.



Niezbędnym dodatkiem do niskich butów są stuptuty, chroniące przed dostawaniem się do środka piasku, kamyków, igieł tp. Już w zeszłym roku testowałam stuptuty Wandy Sarapaty, a przed wyjazdem do Szwecji trafiła do mnie nowa wersja. Okazała się dużo bardziej wytrzymała - nie zrobiły się żadne dziury, materiał się nie rozciągnął. Sprawdziły się znakomicie. Musiałam scyzorykiem rozciągnąć haftki, bo wzmocnienia z przodu są tak solidne, że nie zostało miejsca na sznurówki.



O używanych przeze mnie skarpetkach i filozofii ich zestawiania pisałam już wielokrotnie - na wierzch noszę skarpetki Smartwool PhD Outdoor Light tym razem w wersji Crew, czyli ponad kostkę, z tego prostego powodu, że zakupiwszy je kiedyś w promocji miałam w zapasie dwie pary. Na spód, jako linery chroniące przed pęcherzami i otarciami szły niezmiennie Injinji Run Lightweight No Show. Linery w tak mokrych warunkach są wręcz niezbędne. Zużyłam dwie pary skarpet zewnętrznych i jedną parę linerów (jeszcze nie mają dziur).


Kijki

Niezmiennie od lat w trakcie wędrówki wspieram się na kijkach Leki Corklite. Kojek służy mi też jako stelaż do namiotu. Z nowymi jest problem - słabe taśmy na nadgarstki. Urwałam je na PCT. Ponieważ miałam też starsze z taśmami z cordury wzięłam starsze. Miały już wymieniane groty, które wytrzymały całą drogę.

Kijki w Skandynawii są bardzo przydatne. Pomagają złapać równowagę kiedy trzeba balansować między kamieniami na ścieżce czy na piargach, a także zapewniają pewne oparcie podczas przekraczania rzek. Mimo to, znakomita większość Szwedów chodzi bez kijków. Często kończy się to kąpielą.






Elektronika

W elektronice w tym roku najwięcej zmieniłam, kupiłam nowy aparat fotograficzny i nowy telefon. Aparat to nowsza wersja starego Sony RX100, wersja VII. Wzięłam do niego zewnętrzny mikrofon oraz mały statyw Gorlilla. Jestem zadowolona z tego upgrade'u, ale przeszkadza mi trochę zbyt ciepły odcień zieleni w automatycznych zdjęciach i prześwietlenia (w starej wersji prześwietlenia też stanowiły problem, za to zieleń zawsze wychodziła bardzo chłodna). Futro mikrofonu nie likwidowało całkiem szumów, ale udało mi się nagrać więcej niż zwykle odgłosów natury - efekty niebawem na YouTube.

Nowy telefon po prostu kupić musiałam. Nabyłam go w ostatniej chwili i padło na Motorolę G7 Power. Ma niezwykle żywotną baterię. Na odcinkach gdzie nawigowałam z mapami papierowymi przeważnie telefon trzymałam wyłączony i włączałam tylko kiedy chciałam sprawdzić swoją pozycję lub posłuchać muzyki. Tam gdzie nawigowałam telefonem (jako elektroniczną mapą, bez sprawdzania pozycji) bateria też trzymała się znakomicie. Nie udało mi się nigdy zejść poniżej 89% między jedną miejscowością a drugą! Z powodu pojemnej baterii telefon jest jednak ciężki.

Sądząc, że nawigacja będzie bardziej skomplikowana zabrałam 3 ogniwa do Powerbanku (Miller ML-102), zamiast 2 - to była przesada i tego trzeciego nigdy nie użyłam, podobnie jak dodatkowej baterii do aparatu (stara i nowa wersja mają takie same, więc wzięłam).

Mimo, że latem na północy Europy noce są bardzo krótkie potrzebna mi była czołówka. Jak zawsze była to stara Petzl e+Lite, mająca bardzo długi czas pracy na jednym zestawie baterii - ten jeden zestaw wystarczył na całą wędrówkę i bynajmniej się nie wyczerpał. Używałam czołówki nawet w czerwcu, w mrocznych czeluściach wiat, a później w chatkach, które mają małe okna aby nie tracić ciepła.


Pozostałe

Kosmetyczka jak zwykle zawierała: skróconą szczoteczkę do zębów, pastę do zębów Ajona (10 ml, bez fluoru), grzebień, lusterko (niezbędne przy wyciąganiu kleszczy), woskowe zatyczki do uszu, kawałek mydła, mini szampon i mini dezodorant (uzupełniane raz z większego opakowania) oraz gumkę do włosów (w ciągu dnia spinam włosy plastikowymi żabkami).

Wciąż niezastąpiony jest scyzoryk Vitorinox Classic. Jedna z niewielu rzeczy, z którymi zrobiłam wszystkie 5 swoich długich dystansów.


Apteczka i zestaw naprawczy ważyły razem 70 g, a zawierały:

plastry na pęcherze
plaster tkaninowy (ma dobry klej i doskonale oddycha, co jest bardzo ważne kiedy stale wędruje się w przemoczonych butach)
plastry do ran ciętych
igła i nici
łaty do materaca
paracetamol/ketonal w razie poważnej kontuzji
nifuroxazyd

Po drodze zakupiłam jeszcze srebrnaą taśmę, której potrzebowałam do zaklejenia zapiętków w zużytych już butach.

Niezbędna była moskitiera na głowę. Wzięłam tym razem starą moskitierę SeaToSummit, ale okazało się, że ma za duże oczka i przepuszcza drobne meszki. Kiedy spotkałam się z Danielem na Vasaloppsleden wypożyczyłam od niego lepszą. Połowa była zielona, a połowa czarna - zdaje się, że przez czarną lepiej widać w dni słoneczne, a przez zieloną w pochmurne. W dni parne na materiale pojawiała się kondensacja, ale to nic w porównaniu z chodzeniem w maseczce, więc tak naprawdę nie ma o czym mówić.



Sprzęt na zmianę - mail drop

Na każdym z poprzednich thru-hike'ów oprócz sprzętu, który niosłam ze sobą w plecaku miałam też sprzęt dodatkowy, na wymianę, czy też potrzebny tylko na niektórych odcinkach i przechowywałam go zawsze w paczce pocztowej, przesyłając na poste restante jako tzw. bounce box. Tym razem nie mogłam przesyłać paczki od poczty do poczty, bo po pierwsze na Szwedzkiej prowincji bardzo niewiele jest urzędów pocztowych oferujących poste restante, a po drugie jak wszędzie w Europie poczty przechowują przesyłki tylko przez 14 dni. Ponieważ trasa nie była bardzo długa, sprzętu na zmianę też było niewiele - postanowiłam wymiany dokonać tylko raz i wysłałam paczkę od razu na 2000-y kilometr (błędnie obliczyłam, że to 1800-y) do kempingu, z którego właścicielką wcześniej się na to umówiłam. Okazało się, że we wszystkich miejscowościach przyszlakowych jest to powszechnym zwyczajem wędrujących Gröna Bandet (przejście szwedzkich gór) i właściciele hoteli, stacji benzynowych itp. przechowują paczki hikerów. Na kempingu więc była cała lista paczek, gdzie się pokwitowało ich odbiór. Wędrujący Gröna Bandet to przeważnie początkujący, którym wydaje się, że bez przesyłania paczek nie da się uprawiać długich dystansów. W związku z tym wysyłali sobie na całą trasę jedzenie, mimo iż paczki odbierali przeważnie w sklepach spożywczych...




Podsumowanie

Podsumowując, nie było najlżej, ale było dobrze. Tylko baterii miałam za dużo, cała reszta się przydawała. Gdybym miała przejść Szwecję jeszcze raz na południową część spakowałabym się bardziej na letnio, z krótkimi spodenkami, a długie spodnie, łapawice i wodoodporne skarpety wysłałabym do Dalarny. Czy coś bym wymieniła? Oczywiście. Marzę o nieprzemakających hardshellach. Zastanawiam się nad gumowym płaszczem... 




18 komentarzy:

  1. Agnieszka
    Twój opis sprzętu potwierdza, że jesteś perfekcjonistką i jedyną prawdziwą podróżniczką (co dla nas jest od dawna oczywiste).
    Bez względu na warunki pogodowe "ciągasz się" całymi miesiącami po świecie praktycznie z tym samym minimalistycznym sprzętem (modyfikowanym tylko w bardzo niewielkim zakresie) i TO Ci wystarcza...
    Twój opis potwierdza również, że odpowiednio dobrany sprzęt jest ważny, ale ważniejsze od sprzętu są: wiedza, umiejętności i doświadczenie, a w tym temacie jesteś również niepodważalnym autorytetem (potrafisz przewidywać różne sytuacje i nie pakujesz się niepotrzebnie w kłopoty)
    Jak bladziutko wypadają przy Tobie inni "podróżnicy" którzy przed tzw. "wyprawą" sprawdzają długoterminową prognozę pogody, dobierają do tego odpowiedni zestaw sprzętu i wyruszają na kilka dni , czy tygodni...., a przy załamaniu pogody wracają do domu ..., bo np. wichura potargała im namiot ( a przecież nikt nie wygra z "żywiołem")
    :-)))
    A najfajniejsze jest to, że bez względu na otaczające Cię warunki ZAWSZE jesteś uśmiechnięta ...

    Krzychu z Basią

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak zawsze cieszę się, że macie o mnie tak dobre mniemanie :-) Ha, ostatnio zaczęłam się zastanawiać dlaczego nie miewam kłopotów, o których mogłabym opowiadać na prelekcjach...

      Usuń
    2. Przecież to co piszemy to czysta prawda !!!
      Nie miewasz kłopotów, bo to "...trening czyni mistrza..." Jest wielu różnej maści tzw."survivalowców", którzy uczą różnych dziwnych sposobów jak wyjść z najtrudniejszych opresji , np. jak wydostać się z bagna (chyba najprościej to wyciągnąć się samemu za swoje włosy.. hi, hi) ,
      a Ty posiadasz umiejętność o wiele bardziej przydatną "...jak nie wpakować się w bagno..."
      I TO jest prawdziwa wiedza i umiejętność przewidywania, poparte Twoim doświadczeniem.
      Dlatego nie miewasz kłopotów.
      :-)))
      A ponadto, Agnieszka Ty często nie widzisz kłopotów, tam gdzie inni wzywaliby ratunkowy śmigłowiec.
      Przykład scenka z Twojego filmiku .
      Stoisz mokra w deszczaku przed kamerką i mówisz
      "... cały dzień padał deszcz..., jestem przemoczona do suchej nitki..., a teraz jest zimno i zaczyna padać grad..., a Norweg zapowiada , że jutro będzie jeszcze gorzej..., a ja mam jabłuszko.., zawsze to coś dobrego..." i uśmiechasz się...
      :-))))
      Ta scenka zwala nas z nóg i często ją wspominamy i cytujemy Twoje słowa.. i ryczymy przy tym jak bawoły..
      Jesteś bezkonkurencyjna !!!

      Krzychu z Basią

      Usuń
    3. Przyznam, że nie pamiętam tego motywu, ciekawe gdzie to było... No tak, trzeba się umieć pocieszyć :-)

      Usuń
  2. Agnieszko, to że bluza i legginsy się skróciły wynika najprawdopodobniej z tego, że schudłaś. Na początku trzymały się ciała, widziałam, pamiętam, potem wisiały i już nie miały powodu żeby się rozciągnąć na długość. Długi dystans zawsze oznacza zmianę wymiarów ciała o co najmniej rozmiar, a ubranie pozostaje takie samo. W przypadku powerstretchu, który rozciąga się we wszystkie strony, można by prawdopodobnie zrobić je na zapas- za długie. Możemy kiedyś to sprawdzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym razem właśnie bardzo mało schudłam. Getry, owszem, były raczej obcisłe, natomiast bluza była od początku zbyt obszerna, więc mnie to rozciągnięcie się zdziwiło. Myślę, że chodzi o to, że materiały rozciągają się na skutek używania i trzeba by właśnie zastosować jakieś triki zapobiegawcze.

      Usuń
    2. Jak chcesz możemy zwęzić bluzę i zobaczymy po jakimś czasie co się dzieje. Szkoda, że jej nie zmierzyliśmy przed wyjazdem. Była na miarę, więc nie porównamy z formą.

      Usuń
    3. Spróbujmy, chciałabym ją doprowadzić do stanu idealnego. Zmierzyłam przed wyjazdem, ale tylko długość a nie szerokość. Nie wyrzucajcie moich form na przyszłość :-)

      Usuń
    4. dobrze, tylko wtedy nie możesz zmienić rozmiaru :)

      Usuń
    5. Postaram się... [pozdrawiam znad talerza ciastek korzennych]

      Usuń
  3. Jestem pod wrażeniem ... jak zawsze gdy Cię czytam :)
    A teraz pytanie o przyszłość ... o czym myślisz? I czy gdzieś między dłuższymi trasami może GR20 na Korsyce? Wiem, że to dla Ciebie kilkudniowy spacerek, ale może dla początkujących przydałaby się Twoja relacja?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) Teraz myślę niewiele, rozkoszuję się moją ulubioną porą roku. Jak już się gdzieś ruszę, pewnie będzie to znów niedaleka północ - tam jakoś bezpieczniej i łatwiej wrócić, co w obecnej sytuacji ma dosyć duże znaczenie. Korsyka niestety zupełnie mnie nie pociąga. Ogółem trasy techniczne nie pozwalające na rozwinięcie prędkości trochę mnie nudzą, ale może się przemogę... Tylko nie zimą!

      Usuń
  4. Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam, zdjęcia dokładnie obejrzałam. Daje mi dużo do myślenia, bo choć moje "wyprawy" to może wyprawki hi hi to muszę zredukować zdecydowanie mój plecak...ciśnie mi się:" Beata na co ty tyle bierzesz?" A potem i tak wiele wraca na półki nieużywane.
    Dużo od Ciebie można się nauczyć. Dzięki. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, tak to właśnie jest, trzeba sprawdzić co się nadaje do wywalenia i następnym razem tego nie zabierać - proste a skuteczne :-)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Nieustannie kibicuję i czytam z zainteresowaniem. A to co napisał ktoś wcześniej, że nie robisz wielkiego halo i dramatu z każdej niedogodności to twój największy atut. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję za podsumowanie sprzętowe - rzeczowe, wnikliwe i kompletne. Chyba tylko Twoje relacje czytam od deski do deski, bo nie znajduję tam nic niepotrzebnego, a to co jest, to opis jaki lubię i doceniam.
    Piękna tabelka i zawsze jakoś suma wagi wychodzi bardzo rozsądna :-)
    Cieszę się, że palnik BRS-300T się dobrze sprawdza, podobnie jak mój egzemplarz na który złego słowa nie mogę powiedzieć. Trzeba tylko uważać by go równo spasować do nakręcania, bo krzywe nakręcanie szybko może zepsuć gwint.
    Także bardzo dobry telefon, na który sam się czaiłem, ale na razie nie mam tak pilnej potrzeby.
    Oczywiście świetnie sprawdza się wełna merino i dobre notowania dla warstwy termicznej PowerStretch od Kasi. Zaś co do kurtki, to sam cierpię na brak pozycji nieprzemakalnej, choć i tak u mnie za ochronę przeciwdeszczową robi poncho, ale do działań biwakowych poszukuję lekkiej i pakownej kurtki, ale właśnie chroniącej od deszczu nie tylko w pierwszym sezonie... Kazber chwali Outdoor Research Helium, choć i jej długowieczność też bywa kwestionowana. Ale może ideał już gdzieś powstaje... ;-)
    Sprzęt - jak widać - daje podstawę do udanej wędrówki, czego oczywiście się spodziewałem. A teraz zabieram się za film :-)
    Powodzenia, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za dobre słowo :-) Straszliwie długie mi wychodzą te wpisy, ale wszystko wydaje się istotne ;-)
      Wychodzi na to, że na deszcz najlepsza jest dobra wiata... Helium to taki typowy ultralight, zużywa się po jednym sezonie. Może zaryzykuję jak znajdę niedrogo, ale nie spodziewam się po niej wiele. Kazber używa jej na zachodzie Stanów, to się nie dziwię, że mu nie przemaka - nie ma jak...
      Pozdrawiam!

      Usuń