czwartek, 10 czerwca 2021

Warmia i Powiśle (Dawne Prusy): Szlak Kopernikowski (Część 1 Olsztyn - Frombork)

W trzecim tygodniu maja wybrałam się na kolejny polski szlak długodystansowy, już 18-ty, Szlak Kopernikowski. Ma on według PTTK 390 km (w rzeczywistości mniej, około 375, gdyż przebieg został zmieniony). Jest to najdłuższy szlak nizinny PTTK i czwarty co do długości szlak w Polsce, przy czym nie jest skończony - od 50 lat wciąż w fazie mętnych planów jest jego ostatni odcinek prowadzący do Torunia. Gdyby szlak został ukończony zostałby najdłuższym szlakiem PTTK w Polsce, prześcigając tym samym Główny Szlak Beskidzki. Póki co jednak czerwone znaki prowadzą z Olsztyna do Grudziądza, przez miejsca bezpośrednio, pośrednio lub wcale związane ze słynnym astronomem, Mikołajem Kopernikiem, ale też dawne ziemie plemienia Prusów, a później Państwa Zakonu Krzyżackiego - po drodze mnóstwo jest pradawnych grodzisk jak i krzyżackich zamków, które można zwiedzać. 

Bardzo się na ten szlak cieszyłam, bo planowałam jego przejście od dawna, tylko jakoś się nie składało. Pokonaliśmy go w 15 dni, zwiedzając co się dało. Z wyjątkiem Olsztyna i okolic nigdy jeszcze nie byłam na Warmii, nigdy nie widziałam Zalewu Wiślanego, nawet w Malborku byłam tylko przelotnie - była to więc dla mnie kraina do odkrycia. Na szlaku ponownie towarzyszył mi kolega Andrzej. Przyjechaliśmy do Olsztyna dzień przed wyruszeniem, korzystając z propozycji noclegu znajomego znajomego (dzięki!). W ten sposób mieliśmy czas na zwiedzenie miasta. Rozpoczęliśmy od Wysokiej Bramy, przy której zaczyna się szlak (Andrzej zadzwonił do PTTK Olsztyn i dowiedział się, że kropki szlakowej nie ma - została usunięta wraz z drzewem, na którym została wymalowana w trakcie remontu trakcji tramwajowej. Nowej kropki nie będzie, dopóki nie wyrosną nowe drzewa (!). 




Przeszliśmy przez rynek, podziwiając ratusz i piękne murale z PRL na kamienicach, a następnie udaliśmy się na zamek i do muzeum.






W tym miejscu musi się znaleźć zarys historii Prus - inaczej dalsza relacja mogłaby być niezrozumiała :-)

Osadnictwo ludów uznanych za protoplastów późniejszych plemion bałtyjskich na ziemiach położonych nad Morzem Bałtyckim kwitło już we wczesnej epoce żelaza. W czasach rzymskich kwitł handel i Prusom (a także sąsiednim, spokrewnionym z nimi Jaćwingom i ludom które zamieszkiwały dzisiejszą Litwę i Łotwę) wiodło się dobrze. Handel podupadł dopiero w wyniku konkurencji ze strony Wikingów. Prusowie byli bardzo waleczni, a że dawniej funkcjonowanie opierało się na nieustannych bojach z sąsiadami, w których pozyskiwano łupy i niewolników, mieli oni w zwyczaju napadać na sąsiadujących z nimi od południa Mazowszan. Mazowszanie nie pozostawali dłużni, choć to Prusowie odnosili na polu bitwy większe sukcesy - zapędzali się aż do Małopolski. Wraz z przyjęciem chrześnijaństwa Polska zyskała nowy oręż - krzyż. Osłabiona rozbiciem dzielnicowym Polska nie była w stanie skutecznie walczyć i Konrad Mazowiecki sprowadził na pograniczne regiony Krzyżaków. Osiedlili się oni najpierw na Ziemi Chełmińskiej, później zajęli Ziemię Dobrzyńską i pod pretekstem nawracania Prusów kontynuowali krwawe walki. Była to jednak z tzw. północnych krucjat, niezwykle brutalna i potworna. Polscy władcy sądzili, że Krzyżacy pomogą im pokonać Prusów, tak że zyskają ich ziemie, tymczasem Prusów owszem pokonano (zginęło 70 000 ze 170 000 Prusów), ale uzyskane ziemie Krzyżacy sami zajęli. Stopniowo zawojowali większość obszarów, zajmowanych przez ludy bałtyjskie. Pierwotni mieszkańcy uciekli na Litwę, część została przesiedlona na inne tereny Prus, a na ich miejsce sprowadzono osadników, głównie z Niemiec i Polski. Język Prusów był w użyciu do XVII w., a nawet do XVIII. Ponieważ pozostało kilka tłumaczeń na ten język udało się go odtworzyć - obecnie włada nim 30 osób.

Polecam fajny artykuł w Przeglądzie Bałtyckim.

Prusy za czasów pruskich dzieliły się na szereg obszarów zasiedlonych przez poszczególne plemiona pruskie. Ten podział był też obecny w Państwie Zakonnym, a nawet jest widoczny do dzisiaj. Szczególnie jest to wyraźne w przypadku Warmii, ziemi Warmów, regionu, który w czasach krzyżackich posiadał pewną autonomię, mianowicie władzę sprawowali tam biskupi, nie będący Krzyżakami, mianowani przez papieża - to właśnie Kapituła Warmińska, do której należały warmińskie zamki. Warmia jednak nadal należała do Krzyżaków i była od nich zależna, choćby w kwestiach militarnych (obrony przed Prusami). 

Konflikt polsko-krzyżacki trwał praktycznie od momentu sprowadzenia Krzyżaków aż do  połowy XVI w. W wyniku I Pokoju Toruńskiego w 1466 ziemie zakonne zostały podzielone na Prusy Książęce, pozostające w rękach Zakonu Krzyżackiego i Prusy Królewskie, przyznane Polsce. Warmia i Powiśle znalazły się więc w rękach Polskich. Miało to miejsce 7 lat przed narodzinami Mikołaja Kopernika, a konflikt z Krzyżakami cały czas rozgrywał się w tle w czasie jego życia. Kopernik był związany z Kapitułą Warmińską i na jej zamkach rezydował, sporadycznie odwiedzając inne miasta Prus Królewskich.



Weszliśmy na zamek. Tablica informująca jakoby historia Warmii zaczęła się w roku 1243 wzbudziła nasze zdumienie. Chyba raczej 12430, przed naszą erą... Niestety, nigdzie nie wspomina się o Prusach i ich tragicznej historii.




Na zamku w Olsztynie trzeba przede wszystkim zobaczyć jedyny ocalały przyrząd astronomiczny, jaki pozostał po Koperniku. Jest to tablica astronomiczna wymalowana na ścianie, do której było jeszcze w komplecie lustro, odbijające słońce. Przyrząd służył do przedstawienia pozornego ruchu słońca w dniach bliskich równonocy wiosennej i jesiennej. Był połączony ze swoistą formą zegara słonecznego.




Poza tym jest bogata kolekcja rzeźb z warmińskich kościołów, a przy okazji można podpatrzeć jak dawniej konstruowano więźbę - na belkach widać żłobienia, którymi je numerowano. Jest też oryginał odręcznego listu Kopernika.







W dziedzińcu stoi tzw. Baba Pruska, która wcale nie jest babą, tylko wizerunkiem rycerza z rogiem obfitości i ponoć znajdowała się kiedyś na czyimś grobie. Nie wiadomo czy jest oryginalna ani jaki był naprawdę cel jej wyrzeźbienia.





Zwiedziwszy muzeum poszliśmy do katedry, gdzie znajduje się oryginalne średniowieczne tabernakulum. Niestety odbywały się właśnie jakieś nauki dla dzieci pierwszokomunijnych i choć mogliśmy wejść to nie mogliśmy się do tabernakulum zbliżyć - zdaje się, że księdza raził widok moich gołych kolan... Wróciliśmy zatem do naszego mieszkania, zahaczając o cudowny PSS Społem z wielkim wyborem słodyczy. Wieczorem zasiedliśmy do kolacji, na którą składały się m.in. jajka od moich kur i chleb upieczony przez Andrzeja (na prawdziwym zakwasie!).








Rano wróciliśmy pod Wysoką Bramę i uroczyście rozpoczęliśmy wędrówkę. Szlak pojawił się zaraz za bramą, był dobrze oznakowany, poprowadził nas piękną trasą przez liściasty las porastający brzegi dzikiej rzeki Łyny. Choć zabrakło słońca i błękitnego nieba, było cudownie.













Zatrzymaliśmy się na chwilę w miejscu, gdzie około VIII-IX wieku istniało pruskie grodzisko. Potem szliśmy dalej lasem, całkowicie po miękkim, praktycznie bez żadnego asfaltu, aż do Cerkiewnika. W Barkwedzie zrobiliśmy przerwę na drugie śniadanie i pohuśtaliśmy się na wiejskiej ławeczce.













Tego dnia trafiliśmy na jeszcze jeden ślad pradawnej historii - największe na Pojezierzu Olsztyńskim cmentarzysko kurhanowe kultury kurhanów zachodniobałtyjskich i było użytkowane we wczesnej epoce żelaza, w VII - IV wieku przed naszą erą. Warto zauważyć, że Bałtowie mieszkali na Pobrzeżu półtora tysiąca lat wcześniej zanim w Europie środkowej pojawili się Słowianie, więc ich kultura jest znacznie starsza od naszej.




Przyrodniczo na szlaku też było bardzo ciekawie - przeszliśmy obok bobrowego bajorka, a potem słuchaliśmy pluskania żab w małym jeziorku. Tam zdjęłam pierwszego małego kleszcza (na całym szlaku miałam ich kilka, ale wszystkie to mikroskopijne nimfy, które ledwo się zaczepiły i nie mogły wyrządzić żadnego uszczerbku na zdrowiu).







Na skraju Cerkiewnika zwróciliśmy uwagę na ładne zabudowania (ach gdyby ten bez miał kwiaty...), a i sama wieś była śliczna. Pozostał pomnik niemieckich żołnierzy poległych w I wojnie światowej, ładny kościół, budynek który dawniej pewnie był gospodą, kilka ładnych gospodarstw i bardzo starych, może nawet gotyckich, kapliczek. Bardzo ciekawe było to, że na Warmii często na jedną kapliczkę przypadała więcej niż jedna figura, a wszystkie były wyraźnie wiekowe. 














Zachmurzyło się, zerwał się wiatr i z siedzenia nad Jeziorem Limajno nici. Wlazłam na łódkę, poczyniłam kilka uwag na temat pruskiej nazwy jeziora i poszliśmy dalej je okrążać.






Słońce już się zaczęło zniżać nad Głotowem i jego gotyckim kościołem. Stamtąd czekał nas już tylko asfalt do Dobrego Miasta.









W Dobrym Mieście byliśmy umówieni z Anitą, wspomnianą znajomą znajomego, ale zamiast prosto do niej, poszliśmy jeszcze kilka kilometrów przez miasto, bynajmniej nie z własnej woli, a z powodu mojej pomyłki... Zamiast na Grudziądzką poszliśmy na Grunwaldzką, a ta znajdowała się na drugim końcu miasta! Litościwa dusza odwiozła nas potem do Anity, tak że nie musieliśmy wracać. Czekał na nas wygodny pokój, łazienka, miłe towarzystwo i mnóstwo pysznych pierogów! Także i śniadanie było wspaniałe. Po nim ruszyliśmy zwiedzać Dobre Miasto z Anitą.






Zaczęliśmy od gotyckiej bazyliki, która góruje nad miastem. Ocalało w niej trochę zabytków, malowane ławy i kilka figur. 











Pierwotna pruska nazwa Dobrego Miasta to Gudde albo Poguddia. Krzyżacy zrobili z niego Gutstadt, co później Polacy przetłumaczyli na Dobre Miasto. Niestety zostało ono w znacznym stopniu zniszczone przez Armię Czerwoną. Zostało kilka domków wbudowanych w miejskie mury (jeden drewniany!) i stara baszta. W mieście jest jeszcze stary spichlerz i trochę poniemieckich domów - wiele z nich ma zachowane stare, pięknie rzeźbione drzwi.








Dalej za miastem był jeszcze jeden starożytny zabytek - pruskie grodzisko. W Polsce rzadko się zdarza żeby grodziska były wpisywane na listę zabytków, więc czerwona tabliczka z napisem "obiekt chroniony" bardzo nas ucieszyła. 




Niestety dalej nawierzchnia czekała nas utwardzona, aż do Smolajn, gdzie spoczęliśmy w parku pałacu w którym mieszkał Ignacy Krasicki (zresztą nie był to jego jedyny pałac). Główny obiekt jest w remoncie, a pozostałe (pałacyk myśliwski i brama z wieżą) są cokolwiek zaniedbane.







Odetchnęliśmy w lesie. Opuszczaliśmy go tylko z rzadka i na krótko, wyjąwszy połać upraw topoli, gdzie właśnie wycięto całe nasadzenie. Potem znów był las i to rozświetlony zachodzący słońcem, rozbrzmiewający ptasim chórem i rechotem żab oraz brzękaniem kumaków w bagnie.



















Długi dzień sprawił, że w Lidzbarku Warmińskim zjawiliśmy się jeszcze za jasności. Tutaj także mieliśmy zaklepany nocleg - u Moniki i jej męża. Tym razem na stół wjechały dania wegańskie, a rozmowa o podróżach i jedzeniu toczyła się do późna. Pamiątkowe zdjęcie niestety nie wyszło :-( 

Rano oczywiście nie zebraliśmy się tak wcześnie jak planowaliśmy, ale to już tradycja... Podążyliśmy według instrukcji do kolejnego pałacu Krasickiego, który stanowił też świetny punkt widokowy na miasto, z kolegiatą św. Piotra i Pawła na pierwszym planie i zamkiem biskupów warmińskich zaraz za nią. Lidzbark był dawniej stolicą Warmii, a jego pruska nazwa brzmiała Lecbarg.





Zwiedzanie zamku, którego budowę Krzyżacy zakończyli w roku 1251, było głównym punktem programu w Lidzbarku, a jak się później okazało, był też najznakomitszym zabytkiem na całym Szlaku Kopernikowskim. Polecam Wam wejście do środka, nawet jeśli nie interesujecie się za bardzo historią i architekturą - zamek nie jest tak oblegany przez turystów jak Malbork, jest znacznie lepiej zachowany i o wiele ciekawszy.

Do głównego zamku przylega jeszcze przedzamcze, obecnie zmienione na hotel, ale podobno w sposób udany. Niestety, nie mieliśmy okazji tam zajrzeć. Zamek zwiedziliśmy za to gruntownie - podziemia, sala rycerska z kolekcją zbroi, sale zamkowe z pięknymi sklepieniami i doskonale zachowanymi posadzkami - wszystko to sprawiało, że mieliśmy wrażenie, że przenieśliśmy się w czasie. Zachowało się trochę gotyckich polichromii, zebrano wiele rzeźb. Obsługa zamku też była miła, co niestety nie w każdym muzeum ma miejsce. 














Kilka eksponatów dotyczyło nie do końca rozstrzygniętej bitwy napoleońskiej pod Lidzbarkiem Warmińskim, która miała miejsce w 1807 roku na obszarze wsi Lauda. 








Św. Andrzej :-)




Wdrapaliśmy się też na wieżę, z której był świetny widok na główne zabytki.




Mikołaj Kopernik mieszkał na zamku w Lidzbarku po powrocie ze studiów we Włoszech. Tutaj także prowadził badania, a także brał udział w życiu politycznym Prus Królewskich. Jego wuj, Łukasz Watzenrode chciał żeby przyjął wyższe święcenia kapłańskie, ale Kopernik się na to nie zgodził, bo zależało mu na karierze naukowca, a w tamtych czasach księża nie mogli być naukowcami. Konflikt tak się zaostrzył, że Kopernik w końcu opuścił Lidzbark.


Pora zrobiła się obiadowa, pokrapywał deszcz, więc trochę ociągaliśmy się z wyjściem. Zahaczyliśmy jeszcze o resztkę murów obronnych z przedbramiem Bramy Wysokiej. Naszą uwagę zwróciły kule armatnie wbite w mur, ale później widywaliśmy takie i na innych obiektach i doszliśmy do wniosku, że są to elementy ozdobne.



Długi odcinek asfaltowy bardzo ruchliwą drogą 513 był okropny. Przejeżdżały ciężarówki i pędzące osobówki, które nie specjalnie się nami przejmowały. Po drodze było kilka ładnych wsi, a w końcu nadeszła burza, którą mieliśmy zamiar przeczekać na jakimś przystanku, ale która póki co poszła bokiem.









Asfalt skończył się w Runowie. Od razu zamienił się w przyjemny piaszczysty trakt. Pora już jednak była noclegowa, a że zaczepieni mieszkańcy polecili nam scenę na wiejskim boisku tam właśnie się udaliśmy. Było trochę latających krwiopijców, więc rozbiliśmy namioty, klinując śledzie między deskami sceny. Nie minęło wiele czasu kiedy niebo poczerniało i nadciągnąć ogromny ołowiany cumulonimbus. Zaczęło lać, z nieba huknęły gromy. Były tak jasne, że oślepiały mój aparat fotograficzny. Ach jak miło było nie zmoknąć!




Burza już nie wróciła, rano była rosa, ale u nas pod dachem suchutko. Wstaliśmy wreszcie o normalnej hikerskiej porze i wyruszyliśmy o 6:40. Czekał nas bardzo przyjemny odcinek przed malownicze odludzie z wsiami ulokowanymi na śródleśnych polanach. Wsie wyrosły wzdłuż rzeki Drwęcy Warmińskiej. Miała ona szereg dopływów o piaszczystym dnie, a tu i ówdzie mieszkańcy zrobili sobie w nich kąpieliska. Gdyby było choć trochę cieplej wskoczylibyśmy z pewnością.










Krajobraz zmienił się z leśnego w rolniczy w Mingajnach. Na skraju wsi był stary poniemiecki cmentarz ze wspaniałymi nagrobkami. W centrum wsi przy głównej drodze stał kościół gruntownie przebudowany na przełomie XIX i XX w. tak że niewiele pozostało z jego gotyckiego charakteru. Ale był całkiem ładny. Zajrzeliśmy do środka, gdyż było otwarte - pracujący przy budowie płotu robotnicy urzędowali też w środku. Z wyposażenia na pierwszy rzut oka też nic bardzo starego nie było, jednak w ołtarzu wypatrzyliśmy gotyckie figury tryptyku z Matką Boską i dwiema świętymi po bokach.






Kiedy przechodziliśmy przez zebrę z samochodu, który się zatrzymał wystawił głowę jakiś facet i ni stąd ni zowąd zawołał: "ja panią znam z internetu!". Jakież było nasze zdumienie! Okazało się, że mój kanał na YouTube jest znany w Mingajnach i mam tutaj fana, Łukasza. Łukasz zaprosił nas do siebie na noc i obiecał, że odbierze nas z miejsca, do którego tego dnia dojdziemy! 







Niedługo za Mingajnami złapał nas dość intensywny deszcz. Na szczęście nie trwał długo i już bez deszczu zrobiliśmy sobie zdjęcie ze szlakową 100-ką. Szlak Kopernikowski jest tak długi, że postanowiliśmy je robić :-)




Planowaliśmy dojść do Pieniężna i to nam się doskonale udało (zdążyliśmy jeszcze zwiedzić nieliczne pozostałości po dawnym mieście - w czasie wojny zostało zniszczone w 90% i robi niesamowicie przygnębiające wrażenie, bo do dziś nie zostało odbudowane). Tutaj czekała na nas druga trail angelka, pani Teresa, znajoma znajomego Anity. Tak się złożyło, że tego samego dnia chciały nas gościć dwie osoby... Rozwiązaliśmy to tak, że u pani Teresy zjedliśmy kolację, a u Łukasza przenocowaliśmy. Kolacja była przewspaniała, domowe kiełbaski, pierogi ze zrumienionym masełkiem, sałata z ogródka... Było cudownie. A potem impreza u Łukasza z grą na gitarach i kilkoma gośćmy włącznie. Jednym z gości był Paweł, który przejechał świat dookoła motocyklem. Rano piliśmy u niego kawę z ekspresu ciśnieniowego, który Paweł przerobił na zasilany gazem.










Rano ruszyliśmy z tego samego miejsca, w którym skończyliśmy wieczorem, czyli spod kościoła. Zaraz weszliśmy do rezerwatu Dolina Wałszy. Nocą padało i teraz było mokro i parno jak w dżungli, a gęsty las i zielone zarośla nad rwącą rzeką sprawiały, że jeszcze bardziej wyglądało to jak jakieś Kongo. Piękne miejsce, warte odwiedzenia nawet niezależnie od Szlaku.













W środku rezerwatu znajduje się święte źródełko, którego moc jest znana od bardzo dawna, zapewne jeszcze od czasów pruskich. Prusowie podobnie jak Słowianie otaczali kultem święte gaje czy właśnie źródła. Obecnie znajduje się tam cokolwiek nasiąkła wilgocią kapliczka. Woda smakowała trochę nieapetycznie, ale miała korzystnie wpłynąć na układ pokarmowy - w każdym razie nie zaszkodziła.






Przebieg szlaku został w ostatnich latach zmieniony, po tym jak rzeka zerwała most.




Niedaleko znajdowało się pruskie grodzisko z wyraźnym wałem i miejscem, w którym stała wieża strażnicza. Powiedział nam o nim Łukasz, który bardzo interesuje się historią regionu. Inaczej byśmy tam nie trafili. Takich grodzisk jest na Warmii mnóstwo i warto będzie kiedyś wybrać się tam specjalnie żeby je wszystkie zwiedzić.







W Wojnitach zjedliśmy lunch pod kapliczką, siedząc na jej schodach. Łypał na nas młody cielaczek. Potem maszerowaliśmy dalej polnymi drogami, wśród złotych pól rzepaku.












Kolejny przystanek zrobiliśmy w Długoborze. Jak to na Warmii, wieś była mała, ale miała wielki kościół, który od razu nas przyciągnął. Panowała tam jakaś przyjemna aura, tak jakby miejsce to było święte od wieków i samo zachęcało żeby się w nim zatrzymać. Siedliśmy zatem na schodach, kontemplując urodę starej budowli. Wielokrotnie ją nadbudowywano po wojennych zniszczeniach i każdy fragment był z innej epoki. Najstarsze fragmenty ścian były zbudowane z granitowych głazów.






Zaraz potem nadeszła gwałtowna burza. Wielka chmura rozdzieliła się i jej główna część poszła bokiem. Trochę zmokliśmy, ale zaraz się przejaśniło i oglądaliśmy już tylko oddalające się pioruny.





Przechodząc przez most na Pasłęce (resztki dawnego mostu wysadzonego przez Armię Czerwoną wciąż tkwią w dnie rzeki) opuściliśmy Warmię, choć mieliśmy do niej niedługo wrócić.





Choć dziwnie zlokalizowane w dolinie, widocznie poniżej obwałowanie wydawało mi się oczywistym wałem grodziska. Fakt, że wszędzie wokół widzę grodziska albo kurhany... A natknęliśmy się na nie tylko dlatego, że przegapiliśmy skręt szlaku i nadłożyliśmy drogi przez Bardyny. Weszliśmy potem na wzgórze, z którego była szeroka panorama, ozłocona słońcem, które przegoniło chmury i cudnie zaszło.








Szliśmy tego dnia na lekko, zostawiwszy ciężkie rzeczy u Łukasza, który zaoferował nam jeszcze jeden nocleg i przyjechał po nas do Sopotów. Tym razem udało się pójść spać odrobinę wcześniej, a rano zrobiliśmy jeszcze mały objazd okolicy celem obejrzenia kilku zabytków. Bardzo dziękujemy!









Z Sopotów ruszyliśmy asfaltem. Był to długi, twardy i niezbyt przyjemny odcinek. Niestety znaczna część szlaku jest asfaltowa - od Lidzbarka aż do Malborka procent utwardzonej nawierzchni jest znaczny.









Odgłos pił i innych maszyn oznaczał, że zbliżamy się do lasu. A i owszem, był las i nawet ścieżka przyrodnicza, a na jednej z tablic wyszczególniono trzy rodzaje drzew: "dorodne", "pożyteczne" i "szkodliwe". Szkodliwe drzewa! Coś takiego są w stanie wymyślić tylko Lasy Państwowe... Głowa boli!




W tym to dziwnym lesie znajdowało się bardzo interesujące pruskie cmentarzysko kurhanowe. Widać było wyraźne wzniesienia, kamienne kręgi, pozostałości po grobach skrzynkowych. Prusowie w odróżnieniu od Słowian nie bali się swoich zmarłych i lokowali cmentarze blisko osad. Zapewne więc dawniej istniała tutaj osada, gdzieś nad brzegiem Pasłęki.






Obecnie najbliższa miejscowość to Chruściel, gdzie posililiśmy się pod sklepem, a potem znów przekroczyliśmy Pasłękę przy zaporowym jeziorze i znów byliśmy na Warmii. Niestety oznakowanie szlaku całkiem się popsuło, a na dodatek już zupełnie nie współgrało z leśną rzeczywistością - drzewa ze znakami jak i ścieżki poznikały, las przeorały maszyny, szlak całkiem zniknął i długo przebijaliśmy się do niego polami. Być może przebieg został zmieniony, ale nic o tym nie wiedzieliśmy. Drugiego dnia wędrówki zrobił mi się pęcherz na podeszwie stopy, a teraz jeszcze się powiększył i mocno dawał w kość. Brnęliśmy przez trawy, osty (całą mnie okleiły), aż wreszcie osiągnęliśmy asfalt.














Słońce zaszło i w Bemowiźnie zastała nas noc. Dziwna to była wieś, po PGR-owska. Przy blokach spotkaliśmy kobietę, którą poprosiliśmy o wodę, a potem poszliśmy na boisko szukać miejsca do spania, ale było tam nierówno i mokro. Wróciliśmy zapytać o nocleg w ogrodowej altanie, a właściciel altany pomyślał chwilę i zaproponował nam nocleg w domku myśliwskim! Cudowne zrządzenie losu! Obiecaliśmy, że nic nie zmalujemy i rozgościliśmy się w luksusowym domku.





Nowy dzień przywitał nas mżawką, ale udało nam się bardzo nie zmoknąć. Nieprzerwanie asfaltem doszliśmy do Braniewa. Braniewo również bardzo ucierpiało w czasie wojny. Z zamku została tylko wieża z kaplicą, nie zbombardowana chyba tylko z tego właśnie powodu, że był a w niej kaplica. Obok monumentalny kościół, w którym znajdował się grobowiec biskupa, poprzednika Łukasza Watzenrode, wuja Mikołaja Kopernika (ozdobną część grobowca widzieliśmy w muzeum w Olsztynie).








Pani, która wpuściła nas do wieży poleciła nam jeszcze lokalne muzeum. Nie spodziewaliśmy się niczego wielkiego, a tymczasem Towarzystwo Miłośników Braniewa zgromadziło tam wielką ilość wszelkiego rodzaju staroci i eksponatów. Najbardziej podobała mi się wystawa rzeczy z PRL, było tam dosłownie wszystko! Fajne też były wystawy związane z przesiedleńcami z Kresów Wschodnich.





Jeszcze tylko obiad i... Zrobiło się zaawansowane popołudnie. Podążyliśmy do Sanktuarium Krzyża Świętego, zaskakująco przyjemnego w środku, mimo że barokowego. Andrzej po drodze uzupełniał talk w skarpetach na środku chodnika. 






Już bez wątpliwości nawigacyjnych i po miękkiej nawierzchni szliśmy dalej aż do torów, przy których szlak skręcał znów gdzie indziej niż na mapy.cz. Akurat na tym szlaku ślad w aplikacji bardzo często nie zgadzał się z rzeczywistością. Teraz szliśmy razem z braniewskim Camino i szlakiem rowerowym, niestety w końcu asfaltowym, nad rzekę Baudę, z której bagnistego otoczenia widać było katedrę we Fromborku, a z drugiej strony szare wody Zalewu Wiślanego i odgraniczającą je od morza pagórkowatą Mierzeję Wiślaną.







Na rowerowym Green Velo znajdowała się wiata, którą upatrzyliśmy sobie na nocleg. Była już zajęta przez pliszkę siwą i parę jaskółek, budujących gniazdo, ale nie było sporów sąsiedzkich - w zgodzie zmieściliśmy się tam wszyscy. Jak tylko się rozgościliśmy zaczęło padać. Wokół było bardzo dziko - bagna i zarośla zachęcały ptactwo do gniazdowania. Tuż obok mieliśmy cały chór słowików, których śpiew nie ustawał aż do rana.





Do Fromborka mieliśmy już tylko rzut beretem i znów zanosiło się na dużo zwiedzania. Zajrzeliśmy najpierw na pocztę wysłać kartki do rodziny, a potem poszliśmy do dawnego pałacu biskupiego i do Bazyliki Archikatedralnej Wniebowzięcia NMP i św. Andrzeja, w której pochowany jest Mikołaj Kopernik.







Trudno było zlokalizować kryptę - jest ona bardzo niepozorna, trumnę schowano pod posadzką i tylko przez małą szybkę można dojrzeć portret epitafijny astronoma. Powtórny pochówek odbył się zaledwie kilka lat temu, kiedy wreszcie udało się zidentyfikować zwłoki Kopernika. 

W bazylice trwał remont, wejście było biletowane, a przez panujący hałas nie można się było skupić. Muzeum też nie wywołało w nas zachwytu, głównie ze względu na nieprzyjemną obsługę (mieliśmy wrażenie, że turysta jest tam niepożądanym intruzem), bo wystawa była całkiem fajna. Zgromadzono resztki XIX-wiecznych witraży, trochę pism, mnóstwo portretów Kopernika i całą kolekcję portretów epitafijnych, znacznie bardziej okazałych niż ten w bazylice.








Dopiero wejście na wieżę poprawiło nam humory. Tam akurat wpuściła nas bardzo miła pani, która zaproponowała nam obejrzenie jak nastawia wahadło Foucaulta - instrument, którego ruch pokazuje obrót ziemi. Ze szczytu wieży zaś podziwialiśmy pałac, bazylikę i widok na małe miasteczko i dużą wodę Zalewu. Przepiękny widok, koniecznie wejdźcie na wieżę! Tam wreszcie można sobie było wyobrazić dawne życie w czasach Kopernika, który tutaj spędził wiele lat życia. Mieszkał w domu obok zamku wraz ze swoją gospodynią, która była też jego życiową partnerką. Tutaj prowadził badania i tu napisał swoje największe dzieło "O obrotach sfer niebieskich". Opublikował je niedługo przed śmiercią, przez co nie groziła mu już inkwizycja.






Zjedliśmy obiad w "Domu Kopernika" (nie jest to wcale jego oryginalny dom, tylko budynek wybudowany w miejscu starego domu), a potem wreszcie zmobilizowaliśmy się do dalszej drogi. A dalszą drogę opiszę w kolejnym wpisie, gdyż zdjęć i opisu jest zbyt wiele na jeden. 

8 komentarzy:

  1. Fajny początek. Tym razem więcej zwiedzania, niż dzikich ostępów ;) Dla mnie akurat b. ciekawy, m. in. ze względu na kopernikalia. Muszę kiedyś zobaczyć to wahadło Foucalta, o tym fromborskim akurat słyszałem. Jest ich kilka czy kilkanaście w kraju, z konieczności zawsze są to b. duże konstrukcje. Kilka pięter długości wahadła co najmniej, żeby miało wystarczające parametry na dostrzeżenie zjawiska obrotu płaszczyzny wahań. Zwykle instalowane są w wieżach, pod dużymi kopułami, czasem w klatkach schodowych jakichś instytucji Mam nadzieję, że to konkretne się Wam podobało.
    Pozdrawiam
    -J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, było świetne. Pani, która je puszczała w ruch specjalnie nas zaprosiła żebyśmy obejrzeli jak to się robi - świetna sprawa. Poszliśmy potem na szczyt wieży, a jak wróciliśmy mogliśmy zobaczyć, że w tym czasie ziemia faktycznie się trochę obróciła!

      Dzikie ostępy też były, znakomite, piękne bukowe lasy i wybrzeże Zalewu. Zabytki trochę je przyćmiły, ale to przepiękny region, chyba podobał mi się nawet bardziej niż zachodniopomorskie ;-)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Super, super kibicuję i myślami z Tobą wędruję...jak oznakowanie szlaku? Ja chcę w lipcu przejść Z Braniewa do Elbląga bo ten kawałek szlaku, którym idzie zalicza się też do E9. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Niestety nie mam dla Ciebie dobrych wiadomości - na tym odcinku szlak jest źle oznakowany. Na niektórych fragmentach nie ma wcale oznakowania, na innych nie zgadza się z mapą - w mapy.cz zaznaczono go kompletnie inaczej. Jeden fragment jest wręcz nie do przebycia (część szlaku zarosła i w ogóle nie wiedzieliśmy gdzie go szukać, dalej wycinka i szliśmy przez pola na przełaj do najbliższej drogi), drugi bardzo trudny (trzeba obejść młodnik i drzeć sarnią ścieżką), na dodatek jest zakaz wstępu z powodu wycinki. Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Ojej to bardzo złe wieści i to tak wygląda tragicznie z Braniewa do Elbląga???? Załamka, bo będę szła z kimś kto ode mnie jest dużo starszy i jak tak ma to wyglądać to chyba jej i sobie wybiję z głowy. Nie wiem czy jest gotowa na takie przeżycia.

      Usuń
    3. No niestety, są takie dwa miejsca, te chaszcze za Suchaczem, ale to drugie to jest przed Braniewem, więc Was nie dotyczy. Poza tym nie jest bardzo źle, przed Elblągiem jest cudowny odcinek. Opiszę to na dniach w drugiej części relacji. Najlepsza część szlaku (najmniej asfaltu i oznakowanie lepsze) to Olsztyn - Lidzbark.

      Usuń
    4. Będę czekać na dalszy ciąg relacji....a tak na marginesie może bezpieczniej będzie mi się rzucić na szlak Kaszubski np z Sierakowic do Krzesznej?

      Usuń
    5. Kaszubski na pewno jest lepiej oznakowany i też ładny, choć nie jest na nim zbyt dziko.

      Usuń