wtorek, 5 października 2021

Chorwacki Szlak Długodystansowy, Sekcja C: Część 2 Izvor Cetine - Prevlaka

Tak jak już wspominałam w poprzednim wpisie nie biwakowałąm u źródeł Cetiny, gdyż było tam zbyt wiele osób i pora zbyt wczesna. Zamiast tego podeszłam jeszcze kawałek. Zarośnięty szlak sprawił mi nieco kłopotu, później także zbyt gorliwie strzegący czyjegoś domu pies. Po zachodzie słońca już gorączkowo rozglądałam się za jakimś miejscem pod namiot w ukryciu. Znalazłam idealne, choć nie pod drzewami - w tych okolicach duże nie rosły.






Żałowałam, że nie udało mi się podejść jeszcze dalej, bo choć czekał mnie teraz odcinek na nieco większej wysokości musiałam spędzić kilka godzin wspinając się, a przez te kilka godzin słońce już zaczęło mocno przypiekać. W skałach oglądałam dzikie rozchodniki, wypełniające krasowiejące otwory. Wysoko w górze królowały dawne pastwiska, wciąż stały kamienne domy pasterzy, którzy odeszli z gór.







Przy pierwszej chatce, do której poszłam zaopatrzyć się w wodę (z cysterny) spotkałam bardzo miłych ludzi, z którymi długo siedziałam i rozmawiałam. Dostałam od nich mnóstwo pysznego jedzenia i trochę porad odnośnie tego, gdzie woda jest a gdzie nie ma (więcej jest po bośniackiej stronie). Cały masyw jest bardzo ciekawy, a w czasach Jugosłowiańskich można było eksplorować go szerzej. Szlaki są nadal i ludzie nimi chodzą, ale nie wiem jak to jest z legalnego punktu widzenia. Popularnym celem wycieczek jest szczyt Troglav. Ale i kilka innych jest wartych uwagi. Ten rejon wydał mi się najbardziej interesujący ze wszystkich. Bo o ile Velebit jest rozleglejszy i preferowany przez samych Chorwatów to jednak są to góry jakiś wiele, bardzo podobne w gruncie rzeczy do Karpat. Natomiast ten trawiasty masyw na granicy z Bośnią nie przypominał niczego, co bym już wcześniej widziała.










Dzikie maliny i kwitnące goryczki budziły mój zachwyt. Były też motyle i macierzanki. No i wielka, rozległa przestrzeń. Pytałam o historię tego miejsca i dowiedziałam się, że w sumie całkiem niedawno góry te tętniły życiem. Jeszcze za komuny pasterstwo funkcjonowało, ale to właśnie wtedy ludzie, szczególnie młodzi, zaczęli emigrować do miast. Z czasem tylko starzy trzymali stada, aż pomarli. Z setek tysięcy sztuk owiec nie została ani jedna. Tylko ruiny i okrągłe zagrody przypominają o dawnych czasach.












W sumie nie wiem czy całe pasmo ma jakąś nazwę. Ale jest bardzo malownicze i dobrze się przez nie wędruje, bo jest usiane gruntowymi drogami. Nieliczne szlaki poza tymi drogami są niewydeptane i dzikie. Szlak zdobył kilka szczytów, z których niektóre były trawiaste, a inne zarośnięte kosodrzewiną. Chatek jest kilka o różnym standardzie. Podstawowym problemem jest brak wody. Góry są wapienne, nie ma w nich więc żadnych naturalnych źródeł ani cieków. Jest tylko woda przy chatkach i kilka starych bunarów, które mają wodę tylko wiosną, teraz były suche.







W czasie wojny prowadzono tu intensywne walki z racji położenia na granicy. To drugi obok braku wody problem - pola minowe. Wszędzie też mnóstwo grobów i miejsc pamięci.






Poniżej chatka Pume o niezwykle wysokim standardzie. Ma wszystko, włącznie z prądem o normalnym napięciu.





Coraz więcej turystów odwiedza góry i przekraczanie granicy staje się chyba problemem, bo właśnie zaprojektowano nowy szlak, który jej nie przekracza. Stary jugosłowiański przechodzi na 3 km na stronę bośniacką i tak też dzieje się z CLDT. Pytałam o ten fragment wcześniej i powiedziano mi, że nie powinno być problemów, że można tak po prostu przekroczyć. No i rzeczywiście. Ale potem właśnie widziałam, że przy ostatniej chatce dołącza nowy szlak.







Chatka jest norwa, urocza. Ma cudowny widok na zachód słońca nad Dinarą. Podziwiałam go wieczorem, akurat zdążywszy przed zachodem. Tylko te pola minowe... Okazało się, że chatkę zbudowano w środku pola minowego! A nie ma ona wcale wc! Także rano musiałam kawałek odejść, choć wszędzie stoją tablice "nie wchodzić". Ciągnęły się one potem jeszcze całymi kilometrami.










Rano na pylastej ziemi były odciśnięte świeże ślady niedźwiedzia. Szkoda, że tym razem nie udało mi się go zobaczyć.









Za nieczynnym schroniskiem Sveti Jakov nastały szutrówki. Teren był płaski, co przyjęłam z ulgą, a szuter raczej drobny, więc wyjątkowo szło się dobrze. Upał doskwierał, ale trochę wiało. Dopiero po południu zrobiło się okropnie parno, a kiedy doszłam do wsi nad rzeką przyszła burza. Kotłowała się jakiś czas, pokropiło, ale główna chmura została w górach, a ja byłam już w kotlinie.






Zaledwie dwa dni minęły od wizyty nad źródłem Cetiny a teraz byłam tylko kawałek niżej i rzeka była ogromna. Powyżej jest zapora, która gromadzi wielką ilość wody. Wypuszczali z niej właśnie bardzo duże zapasy. Woda była krystalicznie czysta, przejrzysta, wyglądała na przyjemnie chłodną. Cieszyłam się, że będę wzdłuż tej rzeki szła długo i mam szansę na kąpiel.





Ale najpierw 1800 km! Napis robiłam da razy, bo pierwszy rozjechał mi traktor...







Wieczorem znalazłam idealne miejsce biwakowe nad rzeką. Wykąpałam się na brzegu, bez wchodzenia do wody. Okazało się to niemożliwe. Raz że temperatura wody była zbyt niska, dwa że rzeka była głęboka, nurt bardzo szybki i niebezpieczny. Wiele osób relaksowało się nad brzegami, ale o pływaniu nie było mowy. Poziom wody był bardzo wysoki, drzewa zalane. Rozbijając się przy brzegu zastanawiałam się czy to możliwe żeby jeszcze wzrósł. Okazało się, że opadł. Rano było o metr wody mniej! Burza i deszcz jeszcze postraszyły, ale nie było to nic wielkiego.









W drodze do Trilja znalazłam na ziemi figi. Jeszcze nie wiedziałam czy są dojrzałe czy nie, czy może opadły bo są robaczywe. Spróbowałam jednej i była cudowna, słodka i podsuszona. W miasteczku moją uwagę zwrócił tablica kierująca do Međugorje, gdzie miały mieć objawienia Matki Boskiej, nigdy nie uznane przez Watykan. Brak oficjalnego uznania nie przeszkadza licznym pielgrzymom, którzy odwiedzają bośniacką wioskę. Co ciekawe, z Trilja to jeszcze dobre 100 km do Međugorje, trudno więc stwierdzić, czemu drogowskaz postawiono akurat tam.








Główną atrakcją miasteczka pozostaje rzeka Cetina. Część brzegu jest obetonowana, ludzie przechadzają się bulwarem. A potem bulwar się nagle kończy... A ścieżka zamienia w dzikie chaszcze, kolejne dzikie chaszcze trzeba powiedzieć. Znów bezsensownie traciłam czas, próbując się przedzierać. Do punktu widokowego jeszcze jakoś się dało, widać było że ktoś kiedyś był tam z sekatorem, ale potem były już tylko zwierzęce ścieżki nad urwiskiem. Udało mi się dobrnąć do zapomnianej dróżki, którą ewakuowałam się do wsi i dopiero stamtąd dobijałam na powrót do szlaku.








Resztę dnia spędziłam wędrując drogami. Na horyzoncie ukazał się dym, jak nic pożar lasu. Miałam podejrzenia, że właśnie w tym kierunku się udaję, ale na razie się nie martwiłam. Było straszliwie gorąco, a brak cienia dawał w kość. Przy moście zeszłam nad rzekę, było tam cudowne miejsce do pływania. Popularną rozrywką turystów są spływy kanionem Cetiny i właśnie w tym miejscu pontony są spuszczane na wodę. Woda była bardzo zimna i długo nie wytrzymałam. Kiedy pontony odpłynęły z drugiego brzegu przyszedł facet wysłany przez kolegów dowiedzieć się kim jestem i co tam robię. Mogłam więc zapomnieć o spokojnym pluskaniu się. Spakowałam rzeczy i ruszyłam dalej.







Po południu dotarłam do miejsca, gdzie szalał pożar. Od dłuższego czasu obserwowałam jak po niebie latają gaśnicze samoloty. U podnóża góry stało kilka wozów strażackich i widziałam jak leją z węży w płonące zarośla. Upały i wielka susza sprawiły, że las był brązowy jak w październiku. Liście po prostu wyschły. Nic dziwnego, że wybuchł pożar. W pobliżu były wsie, ale ich nie ewakuowano, wyglądało na to, że sytuacja jest opanowana.







Na niebie pojawił się wielki cumulonimbus. Poszłam poprosić o wodę i spytałam też o prognozę. Jak dla mnie to chmura wyglądała na deszczową, natomiast nikt nie chciał w to wierzyć - "tu nie pada". Rozpoczęłam podejście na grzbiet. Nie było wygodne, ale widoki były świetne, przystawałam więc co jakiś czas popatrzeć na dolinę i kolejne pasma, które się odsłaniały.











Za przełęczą było równie pięknie. W pobliżu była chatka, ale było za wcześnie i z żalem ruszyłam dalej. Chmury zatrzymała grań, kłębiły się teraz wysoko. Zostało mi tylko zejść na sam dół. Szlak był stary, chyba pasterski, bo dobrze ułożony.






We wsi nabrałam wodę na wieczór i pomknęłam szukać biwaku. Znalazłam wśród czarnych śródziemnomorskich sosen. Wtedy nadeszła burza, ale przeszła akurat tak że tylko musnęło mnie kilka kropel. Natomiast na niebie działy się niesamowite rzeczy. Zwłaszcza kłąb chmur mamma pod cumulonimbusem robił fenomenalne wrażenie, zabarwiony kolorami zachodzącego słońca. Widać też było ścianę ulewnego deszczu.








Po dobrym śniadaniu czas było ruszać w dół, do poziomu morza. Tutaj też szlak był bardzo widokowy. Dostrzegłam wstęgę Cetiny, która uchodzi do morza po pokonaniu ciasnego przełomu w miejscowości Omiš. Właśnie tam zmierzałam.






Omiš to bardzo turystyczne miasteczko i chyba bardzo ładne, choć nie spędziłam w nim tyle czasu żeby móc to stwierdzić. Zakupy, szybkie ładowanie i dalej na szlak. Czekało mnie tego dnia tyle podejść, że nie sądziłam, że uda mi się je wszystkie wykonać. Według mapy na 35 km przypadało 4000 m  przewyższenia. Rzeczywistość okazała się jeszcze trudniejsza. Na początek podejście po skałach na zamek.







Pasmo Górskie Biokovo słynie z trudności, ale ponieważ nie zrobiłam researchu nie wiedziałam o tym. Póki co nie było źle, widokowa trasa trawersowała zbocza. Na drugie śniadanie miałam wielką ilość owoców, więc w moim interesie było to drugie śniadanie spożyć jak najszybciej i odchudzić plecak.









Jak to często bywa, podejście było łatwiejsze niż wędrówka grzbietem. Na grzbiecie bardzo prażyło słońce - właśnie nadchodziła fala  najgorszych tego lata upałów. W tym czasie na Sycylii odnotowano europejski rekord gorąco, ponad 48 stopni. W Chorwacji był to dopiero początek fali. Szlak był trudny, kamienisty, mozolnie kładłam nogę za nogą, męcząc się bardzo.






Za ślicznie położonym kamiennym kościółkiem szlak stał się jeszcze trudniejszy, choć z początku był znakowany. Grań przypominała pokryty kostnymi wypustkami grzbiet dinozaura. Tempo było wybitnie słabe - pokonywałam kilometr na godzinę. W pewnym momencie szlak nagle się skończył. Dochodził do mało znaczącego szczytu i się urywał. A ślad prowadził dalej, w linii prostej. Krążyłam po grzbiecie zdezorientowana, ale nic tam nie było. Kilka kopczyków prowadziło na przełęcz, a dalej była już tylko skalna ściana. Nie była aż tak trudna żebym nie była w stanie na nią wejść, ale nie miałam pojęcia co dalej. Czy dalej da się iść? Czy trzeba będzie zawrócić? Napisałam do Matiji z pytaniem co robić, czy jest tam szlak. Okazało się, że nie ma, że ta trasa to nowość, nikt jej nie sprawdził, ktoś z lokalnego biura turystycznego powiedział, że da się iść grzbietem i tak poprowadzili ślad. O tym, że nie ma tam wody, a przejście całości w stylu wspinaczkowym zajmuje dwa dni nikt nie pomyślał. O tym, że tacy jak ja znajdą się tam z dużymi plecakami, zapasem jedzenia, bez wody i będą próbowali znaleźć drogę na grzbiecie też. Byłam strasznie zła, że tak marnuję czas na coś, czego nie da się przejść. Trzeba było zawrócić i zejść nad morze. Na szczęście kilkaset metrów wcześniej odchodził szlak z grzbietu w dolinę. 700 metrów w pionie... Na dole asfalt, sklep - nakupiłam mleka, soku. A potem podreptałam do jedynego w tej części Chorwacji hostelu. Byłam zdesperowana. Zjawiłam się tam już po zmierzchu, podobno mój wygląd mówił wszystko. Nie było miejsc, ale dostałam materac na tarasie w dobrej cenie. Potem zerwał się wiatr i zaczął rozwiewać wszystkie rzeczy. Nie dało się spać. Nadmuchałam więc materac i o północy przeniosłam się na klatkę schodową.
















Rano miałam jeszcze trochę zaległości do nadrobienia, maili do napisania, wyszłam więc z lekkim opóźnieniem. Szlak, który wybrałam żeby dostać się z powrotem na grzbiet na szczęście okazał się łatwy. Zabawa zaczęła się dopiero dalej - najpierw po prostu w górę, a potem dość mocno w górę, wśród głazów i wysokich traw, stromo, nieuczęszczanym szlakiem. Po drodze miało nie być wody. Były dwa źródła, pierwsze było w aplikacji, suche. Natomiast drugiego nie było w aplikacji, ale była w nim odrobina wody, co przy wapiennych skałach zakrawało na cud. Całe szczęście że była ta woda, bo następnym źródełm było obrzydliwe krowie bajoro, w którym więcej było odchodów niż H2O. Dawniej była tam jakaś chatka dla turystów, ale stratowały ją krowy. Na ziemi walały się resztki ścian, drzwi, dachu.











Teraz czekała mnie najładniejsza część Biokova, ze szczytem Sveti Ilija. Prowadzi tam "knifes edge", ostry i wąski grzbiet, chociaż nie aż tak znowu wąski. Przy silnym wietrze może być niebezpiecznie, ale wiatru nie było. Szlakowskaz pokazywał godzinę, mnie zajęło dwie, ale w każdym razie bez problemu się udało. Dalej choć dalej było skaliście to już bez dodatkowych atrakcji. O zmierzchu odnalazłam bunar w jaskini i z latarką wydobyłam wodę wiadrem, płosząc przy tym nietoperze. Jak co noc zerwał się bardzo silny wiatr i szukałam zacisznego miejsca pod namiot. Rozbiłam się w starej zagrodzie.


















To był mój ostatni nocleg wysoko w górach. Ostatni raz jadłam śniadanie w kamizelce puchowej i w czapce - ostatni raz było chłodno. Tym razem miałam tosty z dżemem morelowym - pycha!






Szlak na granicy był popularny, ale po pierwszym skrzyżowaniu, z którego większość turystów schodzi w dół znowu zdziczał. Na dodatek zdegradował się przez pożar. Bez końca pięłam się po skałach jak kozica. Kozic zresztą nie brakowało. Spotkałam tego poranka turystę, jednodniowego, Czecha. Rozstaliśmy się w chatce. Była otwarta, bo była sobota i przyszedł opiekun coś naprawić. Mówił, że zwykle jest zamknięta, bo jest za fajna. Był dumny z tego co z niej zrobili, wszystko jak w prawdziwym domu. Więc już nie mogła być otwarta dla każdego. Turyści by woleli, żeby był tylko dach nad głową, ale dla każdego, a nie żeby w środku był luksusy dostępne dla wybranych. Nie zrobiłam zdjęcia, tak mnie to przygnębiło. Dowiedziałam się też, że tego dnia upał będzie najgorszy. Już rano było 29 stopni. Jeszcze kilka godzin i miałam się jednak znaleźć na asfalcie, na co czekałam z nadzieją.







Asfalt był tak cudowny po tych koszmarnych głazowiskach, że mało się nie rozpłakałam. Uczucie było takie jakbym szła po miękkiej wacie. Nie sądziłam, że to możliwe, ale tak rozkosznie gładki był ten asfalt. Mijały mnie auta, wiele miało polskie rejestracje. Większość zatrzymywała się przy "sky-walku", krótkiej trasie ze szklaną podłogą, przez którą można było patrzeć w przepaść. Naturalnie też tam poszłam. Atrakcja była darmowa.







Kilka kilometrów dalej przekroczyłam 1900-ny kilometr.






Im niżej tym było goręcej, a światło odbijało się od jasnych skał, więc nawet w cieniu było ponad 40 stopni. Ile było w słońcu nie chciałam wiedzieć, ale już nawet oddychać było trudno. Szlak prowadził przez zdziczałe sady i gaje oliwne, dużo drzewek rosło po rowach i tam pierwszy raz narwałam dzikich dojrzałych fig. Były tak obłędnie smaczne! Rosły też granaty i migdałowce.











Szłam wzdłuż morza, patrząc na wodę. z wysoka było słychać plusk fal. Na każdej dzikiej plaży ktoś się kąpał. Zazdrościłam... W końcu słońce zaszło i zrobiło się odrobinę mniej gorąco. Musiałam główną drogą ominąć miejsce, gdzie straż pełnią groźne psy. Minęłam mały średniowieczny kościółek, przy którym fajnie byłoby się rozbić,a le postanowiłam podejść do następnego, korzystając z łatwego szlaku - zwykle nie dało się chodzić nocą, to był wyjątek.









Niestety drugi kościół okazał się bardziej współczesny, duży i użytkowany. Przed bramą stały porzucone samochody bez rejestracji. Obeszłam cmentarz i znalazłam ustronne miejsce za cmentarnym murem. Liczyłam na wiatr od morza, ale tym razem panowała cisza. Dochodziły tylko dźwięki dyskoteki z plaży. Szybko usnęłam. Spałam zupełnie bez żadnego przykrycia, to była najgorętsza noc na szlaku.




Do śniadania oczywiście figi!





Następny odcinek był naprawdę fajny. Tak sobie właśnie wyobrażałam wędrówkę wzdłuż wybrzeża - drogi przez zagajniki, wioski, widoki na morze. Bardzo fajnie było przejść przez wakacyjne miejscowości, zatrzymać na plaży i pójść się kąpać, tak jak inni turyści. Woda była zaskakująco chłodna, dno żwirowe. Fal prawie nie było - idealnie. Mogłabym spędzić na plaży cały dzień...















W najgorszym upale przyszło mi znowu piąć się w górę. Cały czas pamiętałam, że czeka mnie jeszcze jeden paskudny odcinek szlaku, który jest nieoznakowany, ale we właściwym momencie o tym zapomniałam. Na całe szczęście wzięłam dodatkowy litr wody - coś mnie tknęło. Na malowniczą przełęcz szło się nawet w miarę dobrze, był wiatr i widoki. Później starą kamienną drogą, też nienajgorzej, choć osoby nie mające doświadczenia w chodzeniu po kamieniach pewnie klną na czym świat stoi. Na koniec jednak szlak odbijał w bok. Był kiedyś znakowany, ale bardzo dawno temu. Lokalni znakarze wmówili członkom CLDTA, że znakowany był niedawno, ale farba wyblakła w palącym słońcu. To nieprawda. Słońce jest tam takie samo jak wszędzie i gdyby nzaki były świeże byłyby widoczne. Pogubiłam się totalnie dość szybko. Tą samą trasą wiedzie Via Adriatica, więc od czasu do czasu trafiałam na ślady ścieżki. Po godzinie nagle pojawiły się nowe znaki, nie wiadomo skąd, a potem odeszły w swoją stronę, ale wtedy byłam już na starej ścieżce, która była względnie widoczna. Zaczęło się ściemniać, wiedziałam że nad jezioro, nad które chciałam dojść nie dojdę, ale znalazłam fajne miejsce biwakowe w pradawnej wiosce. Było kilka ruin i rosły cyprysy. One zawsze świadczą o dawnym osadnictwie. Tam akurat były znaki i wskazywały nawet stary bunar z wodą.














Pyszne śniadania w Chorwacji na pewno zostaną mi w pamięci na długo. Serek kremowy i świeże figi, do tego kawa, całe 0,7 litra - mmm...






Rano poświęciłam chwilę na zwiedzanie wymarłej wioski. Ile lat minęło od kiedy wyprowadził się ostatni mieszkaniec? 50? Czasy świetności przypadały na czasy austriackie i napoleońskie. Dachy zawaliły się pierwsze. Po  sprzętach nie było ślady, zostały tylko mury, powoli rozsadzane przez rosnące drzewa. Podziwiałam kunszt architektów, widać włoskie wpływy, kamienne detale w oknach, specjalne podstawy na jakieś sprzęty, może kapliczki?










Nad zaporą wieś była zaludniona. Podglądałam jak ludzie tradycyjnym sposobem suszą figi.






Bocznymi drogami doszłam do Ploce, gdzie zrobiłam zakupy, a potem poszłam kupić bilet na prom. Tutaj bowiem szlak przechodzi na półwysep, opuszczając "stały ląd", którego fragment należy do Bośni. Myślałam, że prom jest zwykłym środkiem transportu, używanym przez mieszkańców i że kursuje często, ale okazało się, że wcale nie i tylko turyści (głównie z Polski) nim pływają. Miałam wielkie szczęście, bo mimo że nie sprawdziłam rozkładu jazdy trafiłam idealnie. Prom był lekko opóźniony, więc bez problemu weszłam i dopiero po kilku minutach odpłynęliśmy. Godzina relaksu bardzo dobrze mi zrobiła. Zjadłam lunch i trochę odetchnęłam. Na półwyspie ku mojemu przerażeniu panował jeszcze większy upał.












Szybko opuściłam miasteczko Trpanj. Wyszłam na winnice. Winogrona jeszcze nie były dojrzałe. Nie kusiły zresztą, bo były pokryte nalotem chemikaliów. We wsiach były winiarnie, stały beczki i cysterny.










Krajobraz był trochę nudnawy. Nosił ślady pożaru. Powoli schodziłam w dolinę, rzadko zamieszkałą. Daleko na horyzoncie, nad morzem, widać było przęsła mostu, który powstaje nad cieśniną. Kiedyś prom nie będzie jedynym środkiem umożliwiającym ominięcie Bośni, ale to jeszcze potrwa - budowa ciągnie się latami.







W aplikacji ktoś napisał, że na szczycie wzgórza są ławeczki i fajne miejsce na biwak, ale nic takiego nie było. Wręcz przeciwnie, trudno mi było znaleźć miejsce pod namiot. Szybko zrobiło się ciemno, koniec lata oznacza coraz krótsze dni, a wieczory nastają szybko po zachodzie słońca. Znalazłam płaskie miejsce, ale musiałam powyrywać kolczaste rośliny. 





Na całym południu wielkim problemem są mrówki, które wszędzie włażą. Jeśli zostawia się coś na zewnątrz namiotu, zawsze znajduje się potem mrówki. Nie inaczej było tym razem z puszką po tuńczyku. Mrówki wchodziły mi też do namiotu, bo mam dziury w moskitierze. W tej okolicy dodatkowy problem stanowiły osy, które przylatywały kiedy siadałam coś zjeść, a zwłaszcza rano. Uwielbiały pastę z tuńczyka, ale przylatywały do wszystkiego. Z tego powodu w ostatnich dniach wędrówki jadałam śniadania w namiocie.






Kolejny dzień był pochmurny i bardzo parny. Chmury wisiały nad górami, wiał wiatr. A ja osiągnęłam 2000 km. Jeszcze tylko 200!






Tego dnia miałam do pokonania mnóstwo asfaltu. Przy drodze stały budki z lokalnymi produktami dla turystów. Nie uniosłabym nic, co innego gdybym miała auto... Może kiedyś!





Po południu wędrowałam starym traktem napoleońskim. Szutrówka wciąż jest w doskonałym stanie, choć nie remontowana. Kiedyś była jeszcze lepsza. Konstruowali ją lokalni mieszkańcy, a droga łączyła nadmorskie miasteczka.





W oddali widać było salinę - poletka do produkcji soli z odparowywanej wody morskiej. 




Bliżej miasta Ston był widok na cytadelę, nazywaną chorwackim chińskim murem, choć jest to też pamiątka po Napoleonie.





Salinę można było nawet zwiedzać, przejść się po poletkach, co wiele osób robiło. Zawsze mnie dziwi, że ludzie tak chętnie spożywają sól morską, kiedy znajduje się w niej cała chemia spływająca z pól i miast. Do tej samej zatoki uchodzi kanalizacja ze Stonu...







Pod sklepem miało być starożytne ujęcie wody, ale niestety wyschło kompletnie.






Za Stonem miałam problem - roboty drogowe i remont kanalizacji. Na szczęście było po południu, więc robotników nie było i nikt mnie nie wygonił. Ale po opustoszałej drodze w wielkim pędzie przejeżdżały obładowane ciężarówki, więc trzeba było uważać.







Późny lunch.





Pod wieczór miałam zadanie do wykonania - podjęłam się rekonesansu nowej trasy, która mogłaby zastąpić beznadziejny i długi odcinek drogowy. Podpytałam czemu szlak nie biegnie ścieżką przy plaży, która jest na mapie i dowiedziałam się, że nie było okazji sprawdzić czy da się tą ścieżką przejść. W tej sytuacji postanowiłam sama sprawdzić, za pozwoleniem CLDTA. Niestety, przejść się nie dało. Pierwsza ścieżka skończyła się w gigantycznej stercie złomu i głazów - mieszkańcy zrzucają z głównej drogi śmieci właśnie na starą ścieżkę, w dół do morza. Stare lodówki, plastik, wszystko jak leci. Być może dałoby się to pokonać, może jeszcze dałoby się iść, ale bałam się skręcić nogę.




Wróciłam do głównej drogi i podeszłam do następnej ścieżki, odbijającej od "figowej plaży". Plaża wyglądała cudownie, a i ścieżka była super, pracowicie odkrzaczona. Ktoś wyciął wszystkie drzewa, tak że ścieżka prezentowała się jak 100 lat temu, kiedy była jedyną opcją komunikacji z miasteczkiem. Niestety, okazało się, że tylko pierwsze 300 m zostało oczyszczonych, a reszta to nieprzechodni gąszcz - musiałam wrócić. Chciałam zabiwakować w samotności z widokiem nad morze, ale nie dało się nigdzie wcisnąć namiotu, dopiero przy plaży, a właściwie przy kapliczce. Ale najpierw plaża. Poszłam się wykąpać, a spotkałam polskich turystów, od których dostałam wodę z lodem i jedzenie.











Następnego dnia trasa była bardzo urozmaicona. Wiodła bliżej lub dalej nad morzem, przez miejscowości wakacyjne bliżej morza i niezbyt ruchliwe wsie w górze. Wszędzie były ślady dawnej świetności, wille i kościoły, kontrastujące z nowym badziewiem z betonu i pustaków. Figi nadal rosły wszędzie.














Zbliżałam się do Dubrownika, a to najbardziej zatłoczona część chorwackiego wybrzeża. Najgorszy odcinek szlaku prowadził ruchliwą główną drogą bez pobocza, jedynie z wąskim pasmem rynsztoka. Przejeżdżające auta i ciężarówki przyciskały mnie do stromego zbocza, ścinając zakręty. Delikatnie mówiąc jest to stresujący fragment. Na domiar złego wypadał mi tam biwak i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Na mapie znalazłam boczną drogę, którą poszłam, a tam od razu weszłam w dzicz - stare sady oliwne przechodzące w pastwiska. Zabudowany jest tylko wąski pas wzdłuż wybrzeża, dalej nie ma nic.







Resztę ruchliwej szosy pokonałam rano. O tej porze kierowcy mieli w głowach jakby trochę więcej rozsądku. Poprzedniego dnia nie popatrzyłam kiedy będzie sklep i przegapiłam ostatnią szansę na zakupy. Dlatego teraz musiałam zejść do Dubrownika z mostu żeby się zaopatrzyć. Dopiero potem zaczęłam wspinać się na szczyt, z którego jest znany pewnie wielu z Was widok na miasto. Były tam dzikie tłumy turystów. Ale nikt tam nie wchodził pieszo, wszyscy wjeżdżali autami.







Wszędzie maski.





Mimo wszystko fig więcej.










Reszta trasy przypominała dzień poprzedni, znów miejscowości turystyczne i zagubione w górach wioski. Droga okrążała dolinę o stromych ścianach, z których na wiosnę tryskały źródła. Teraz tylko jedno było czynne.












Na dole, nad samym morzem miało wypaść 2100 km, ale się zagapiłam i zapomniałam zrobić znak. Zaangażowałam się w poszukiwanie plażowego prysznica, ale darmowego nie było, a płatny nie wyglądał na sprawny. W Cavtacie zrobiłam już ostatnie zakupy na szlaku. Zaopatrzyłam się w litr lemoniady, którą chciałam następnego dnia uczcić zakończenie przejścia. Oznaczało to, że będę musiała ją dźwigać, ale postanowiłam to przecierpieć.






Cavtat to bardzo popularna miejscowość, położona przy lotnisku. Mnóstwo też było odnowionych ścieżek, po których plątali się spacerowicze, biegacze i rowerzyści. Tam mnie olśniło z 2100-ką.








Znowu miałam problem z krótkim dniem, ale na ostatni nocleg upatrzyłam sobie szczególne miejsce - skalistą plażę. Szłam z czołówką dobrą godzinę, ale warto było. Od szlaku odchodziła betonowa ścieżka z barierką, prowadząca tuż nad urwiskiem. Łoskot fal dochodził z dołu, a ze ścieżki był wspaniały widok na lśniące srebrzyście morze. Księżyc wzeszedł, nikogo nie było, dzika plaża była cała dla mnie. Fale były ogromne, nie byłam pewna jak to wygląda z przypływem, więc położyłam się bez namiotu na skałach, ale pogryzły mnie komary, nie mogłam zasnąć i jednak zeszłam rozbić namiot na piasku o północy. Tam spało mi się znakomicie. Rano wstałam bez pośpiechu i zjadłam śniadanie, siedząc na konarze wyrzuconym przez morze. Wtedy też przyszli inni turyści. Pomachałam im na do widzenia i wróciłam na szlak.










Ostatni dzień był ciężki. Najpierw było dużo asfaltu, co nie było problemem, tylko panujący na nim upał. Spotkałam dwójkę rowerzystów z Niemiec, którzy jechali do wschodniej Azji. Zazdrościłam im, że cały czas czują wiatr na twarzach. Spotkaliśmy się pierwszy raz kiedy suszyłam włosy po tym jak je umyłam w przydrożnym kranie. Pytali czy wszystko ze mną w porządku, podobno wyglądałam na zagubioną.







Mycie włosów to zawsze bardzo przyjemna rzecz i chciałam nią uczcić ostatni dzień. Bardzo poprawiło mi to samopoczucie, choć niedługo potem znów zgrzytałam zębami. Przez 13 km musiałam się męczyć na kamienistej drodze, choć można było szlak poprowadzić już do końca asfaltem i byłoby to znacznie przyjemniejsze. Chorwackie drogi nieasfaltowe są naprawdę koszmarne. Erozja sprawia, że są na nich całe rzeki kamieni, a nogi osuwają się po nich nie znajdując oparcia. Trzeba by 10 cm pianki w podeszwie żeby to amortyzować.








Wymęczona dotarłam do przewężenia, z którym zostało już tylko 2 km asfaltu. Ach, co za radość. Choćby szlak był beznadziejny, ostatni odcinek zawsze sprawia wielką radość. Tak też było tym razem. Na samym końcu chorwackiego lądu jest austriacka twierdza wybudowana na skałach. Z tego powodu nie da się dojść na najbardziej na południe wysunięty punkt cypla Prevlaka. Ale prawie - szlak kończy się przy twierdzy. O 16:24 zameldowałam się na końcu śladu. Finito! Pokonałam szlak w 65 dni, a ściślej rzecz biorąc 64 dni 8 godzin i 34 minuty, co okazało się być rekordem prędkości, Fastest Known Time. Poprzedni rekord pobiłam o 8 dni. Gdyby nie upały i niewygodne buty zrobiłabym to szybciej, ale nie czas było o tym myśleć, i tak osiągnęłam świetny wynik.









Po drugiej stronie zatoki to już Czarnogóra. Sama zatoka to teren sporny, na mapie zaznaczono granicę w środku zatoki, ale żadna ze stron się z tym nie zgadza. Prowadzone są też rozmowy odnośnie zbrojeń i fortyfikowania Prevlaki - Chorwatom nie podoba się, że nie mogą uzbroić terenu wgłąb lądu tak daleko jak Czarnogóra. Właśnie renegocjują umowy.




Trudno było ustawić aparat do finiszowej fotografii...






Spędziłam na cyplu pół godziny po czym wróciłam na przewężenie, gdzie była plaża. Poszłam się wykąpać... Zasłużyłam. Niestety nie mogłam tam siedzieć zbyt długo - planowałam podejść 6 km do wsi, z której nazajutrz o 5 rano odjeżdżał autobus do Dubrownika. Poszłam do baru poprosić o wodę. A tam poznałam lokalnego Trail Angela Pero i jego żonę Snežanę. Pero zaproponował że rano odwiezie mnie do Cavtatu, poczęstował rakiją, zaoferował nocleg w ogrodzie i jeszcze pokazał mi kilka ciekawych miejsc na półwyspie. I to było doskonałe zakończenie wędrówki.








Dotknęłam latarni morskiej!






Choć w Dubrowniku spędziłam w sumie 2 godziny niewiele tam zdziałałam poza zakupami. Z okien autobusu patrzyłam jak znikały znane mi miejsca, przez które dopiero co szłam.







Obawiałam się trudności przy przekraczaniu granicy bośniacko-chorwackiej (bo teraz już nie płynęliśmy promem), ale wszystko było ok. Wystarczył dowód osobisty i nie trzeba było żadnych certyfikatów ani testów. Problem nastapił dopiero później - ze skomunikowaniem autobusów Flix Busa. Miałam kupiony bilet do Brna z przesiadką w Splicie, ale na przesiadkę spóźniliśmy się ponad godzinę. Kierowca wzruszył ramionami, choć pytałam czy jesteśmy spóźnieni to kłamał, że nie. Potem nastąpił cud - choć wcześniej nie było na drugi autobus miejsc nagle pojawiło się jedno wolne i udało mi się kupić drugi bilet i pojechać dwie godziny później czeskim Regio Jetem.







Ostatni posiłek w Chorwacji.





W Brnie odwiedziłam mojego kolegę Lukaša, z którym ostatnio widzieliśmy się w Kanadzie 2018 roku. Później restrykcje uniemożliwiły nam spotkanie, choć mieszkamy tak blisko siebie. Oby na kolejne spotkanie nie trzeba było czekać kolejne 3 lata...





Wykorzystałam limit 12-godzinnego tranzytu przez Czechy do ostatniej minuty i wieczorem pieszo przekroczyłam granicę w Cieszynie. Za mostem granicznym czekał już mój tata i za chwilę byłam w domu. Trudno było mi uwierzyć, że tak po prostu przygoda się skończyła. A z drugiej strony podobała mi się ta cała długa podróż lądowa, o wiele bardziej "namacalna" niż podróże samolotem. Pewnie jeszcze niejedna taka przede mną!





6 komentarzy:

  1. Czytało się jak zwykle z wielką przyjemnością. Gratuluję i pozdrawiam.

    ps. Czekam na kolejne dzienniki z wypraw.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ładnie, fajnie ze przeszłaś i opisałaś, może się kiedyś przyda :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super wyprawa - gratuluję kolejnego sukcesu !

    OdpowiedzUsuń