niedziela, 5 czerwca 2022

Szlak Karpacki - część 2: Ustrzyki Górne - Grybów

Ustrzyki Górne jakoś tak naturalnie wypadają w połowie Szlaku Karpackiego. Jest to też miejsce, gdzie należy zaopatrzyć się w większą ilość prowiantu przed najdzikszym odcinkiem szlaku, zwanym czasem szlakiem granicznym. Następny sklep jest dopiero w Wysowej, po drodze tylko stacja benzynowa w Barwinku. Rano musiałam więc zrobić zakupy, a że sklep otwierano o 7, a ja musiałam jeszcze zjeść śniadanie, w końcu wyszłam o 8:30. Trawę okrywała rosa, było chłodno - nic dziwnego w tak głębokiej dolinie. Szkoda, że nie ma dalej porządnego szlaku - Bieszczadzki PN powinien zrobić jakąś równoległą do drogi ścieżkę wzdłuż rzeki, mogłaby być dostępna dla tych, którzy nie są w stanie wejść na Tarnicę, a też chcą doświadczyć Bieszczadzkiej przyrody. Na razie jest kawał asfaltu.





W końcu szlak odbił w las i następny odcinek był prześliczny. Zaczął się przy ujściu mniejszego strumienia i potem się wznosił. Widać było, że bywa oblężony przez turystów. Całe szczęście, że powstały schodki i kładki w miejscach podmokłych, inaczej całe hektary byłyby rozdeptane. Na grzbiecie pas kamieni bez gleby miał szerokość kilku metrów.








Już blisko szczytu Wielkiej Rawki, gdzie las nieco rzednie i karłowacieje, pojawił się śnieg. Było go wciąż dość sporo, przeważnie zbity, ale parę razy się zapadłam, bo słońce mocno grzało i go rozmiękczało.





Wielka Rawka nie jest na niebieskim szlaku, ale jest do niej bardzo blisko i praktycznie płasko, więc uważam, że warto wejść. Byłam tu dotąd tylko raz i to przy zerowej widoczności, więc byłam bardzo zadowolona, mogąc rzucić okiem na okolicę. To ostatnia duża połonina na szlaku. Zawsze mnie te połoniny dziwią, ich istnienie pomimo tego, że już od dawna nie prowadzi się wypasu. Być może już w neolicie ktoś próbował użytkować te tereny, bo badania pyłków wykazały ślady wypalania lasu w tym właśnie okresie, ale później Bieszczady były zupełnie odludne. Dopiero W XVI wieku pojawili się tutaj wołoscy osadnicy, a intensywniej zaczęto gospodarować dopiero od wieku XVII. A już w XIX w. gospodarka przestała być taka intensywna, by w połowie XX w. zaniknąć zupełnie po czystkach etnicznych. Nie wiadomo dokładnie skąd pochodzą Wołosi, ale prawdopodobnie były to plemiona dackie, iliryjskie lub trackie i stopniowo z Bałkanów lub Rumunii rozprzestrzeniły się na wszystkie góry od Grecji do Polski, po drodze ulegając wpływom sąsiadujących ludów. U nas z czasem mocno się zrutenizowali i spolonizowali. A jednocześnie my wchłonęliśmy ich góralski folklor. Zostały też nazwy miejsc, które sobie wynotowałam przed wędrówką: magura (samotna góra), bardo (topór), berdo (góra, na moje oko ma coś wspólnego z toporem i porębą), czerteż (miejsce prześwietlone, wykarczowane), kiczora (góra zarośnięta), przehyba (przełęcz). Wieś Wołosate i strumień Wołosaty mają tą samą genezę co tatrzański Wołoszyn i Rusinowa Polana (z czasem górscy Rusini i Wołosi zlali się w jeden naród karpatoruski) - to fascynujące.







Tylko krótki fragment szlaku prowadzi granicą z Ukrainą, nie jest udostępniona dla turystów. Ale chociaż tyle - na koniec niezbyt urodziwy monument z czarnego granitu, oznaczający trójstyk granic Ukrainy, Polski i Słowacji. Zawsze jak jestem przy jakimś trójstyku to obchodzę go dookoła, nie inaczej było tym razem. Dziwnie było patrzeć na spokojne góry, wiedząc że dalej toczy się wojna. 







Ruszyłam dalej, a tam śniegu było coraz więcej. W lesie już nie, ale na drodze tak, bo śnieg ubiły na twardy firn skutery śnieżne pograniczników i on najwolniej topniał. Trochę mnie to spowolniło. Ze śniegu wytopiły się jeszcze jedne odchody niedźwiedzia, tym razem zawierały sporo sierści. Na szczęście w miejscach wystawionych na słońce już tego śniegu nie było, a na dobre skończył się na Czerteżu.









Schodząc z Czerteża zauważyłam pozostałości jakiegoś muru ułożonego z kamieni. Przypuszczalnie to jakaś stara konstrukcja pasterska sprzed wojny, choć nie wiadomo, mogłoby to być jeszcze coś starszego. Zaraz potem ukazał się polski deszczochron i kawałek dalej słowacka utulnia. Pamiętam sprzed paru lat jej wysłużoną poprzedniczkę, spałam tam kiedyś z kolegami. Nowa jest fantastyczna, ma też stryszek i drzwi. Pobliskie źródełko tryskało obficie, zaopatrzyłam się na resztę dnia. Dość mocno wiało, więc przyjemnie było posiedzieć w drzwiach i zjeść tam lunch. Nadeszło dwóch panów na krótszej wędrówce, wybierali się do bacówki na Rawce. 







Już miałam opóźnienie, a tu zrobiło się tak pięknie i wszystkiemu chciało się robić zdjęcia. Kwitły kokorycze, a las składał się głównie z jaworów - to właśnie była pokurczona górska jaworzyna. Coś wspaniałego! Uwielbiam jawory.









Cały ten grzbiet był fenomenalny. Od czasu do czasu otwierał się widok z mniejszej lub większej polany, po niebie pędziły chmurki, w dolinach zielono. Najlepszy był oczywiście widok z Riabej Skały, ale i później nie było gorzej, Dziurkowiec i Płasza maja wspaniałe panoramy. Gdzieś dalej pojawiła się nagle burza, widziałam, że pada deszcz, ale chmura przewaliła się przez grzbiet przede mną i zniknęła. Szłam szybko, miejscami nawet biegnąc, bo było już późno i chciałam trochę przyspieszyć. Wydawałoby się, że przez to stracę coś z widoków, ale przeciwnie, szybkie tempo sprawiło, że było jeszcze piękniej, coraz to nowy widok, nowe malownicze pasma, schowane jedne za drugimi.











Przełęcze były jakby coraz niższe, drzewa coraz wyższe, więcej buków, mniej jaworów.










Miałam nadzieję być na Okrągliku o zachodzie słońca, ale to mi nie wyszło. Wprawdzie nie było jeszcze ciemno i było wszystko widać, ale kolory zbladły zupełnie. Dopiero na ostatnim kilometrze przez Przełęczą nad Roztokami (po słowacku Ruské Sedlo) musiałam włączyć czołówkę. Końcówka dłużyła się okropnie, szczególnie że było bardzo stromo i musiałam iść ostrożnie. Węszyłam czy nie czuć dymu z ogniska, ale wiatr wiał w przeciwnym kierunku. Dopiero przed samą wiatą zobaczyłam światło. Przy ognisku siedział wielki pasjonat niebieskiego szlaku, Krzysiek, z którym się umówiłam. Krzysiek prowadzi znakomity kanał na YouTube. Podejrzewał już, że mogę się w ogóle nie pojawić, ale na szczęście nie zdążył zjeść całego boczku i kiełbasy :-) Cudownie było spocząć przy już rozpalonym ogniu, byłam tam nawet ławeczka, a utulnia równie przytulna jak poprzednia. Najpierw rozłożyłam legowisko, a potem wzięłam się za herbatę i jedzenie. Nie mogliśmy siedzieć do bardzo późna, bo rano trzeba było jednak wstać w miarę wcześnie. Zaplanowaliśmy, że pójdziemy razem do Łupkowa.







Wędrówka zapowiadała się równie pięknie jak dotąd. Poranne grzebanie pod wiatą jest jeszcze fajniejsze niż w namiocie. Na podłodze pojawiły się jajka na twardo, sery, masło... Oboje wychyliliśmy po kubku kawy. Na koniec nabraliśmy wody z pobliskiego źródła i ruszyliśmy na zachód.









Niestety Słowacy wyasfaltowali zabytkową drogę, która schodzi w dół ze przełęczy. Było tam swego czasu przejście graniczne, murek pamięta czasy granicy między Węgrami, a  III Rzeszą.




Fajnie było widać przebieg GSB, na co sama bym nie wpadła, ale Krzysiek mi pokazał. Zresztą było więcej fajnych widoków, bo wciąż zdarzały się polany. Było ich mniej, tutaj szybciej zarastają, ale to też dobrze. Przypatrywaliśmy się pilnie starym słupkom granicznym, bo większość jest bardzo stara, przeważnie niemiecka, ale szukaliśmy na Czereninie szczególnego - starego monumentu postawionego w miejscu trójstyku Słowacji, Węgier i III Rzeszy, przeniesionego tu z Przełęczy Użockiej, po tym, jak Węgry zagarnęły kawałek Słowacji. Okazało się, że nie jest wcale na szczycie, tylko na zboczu, jakieś 900 m dalej. Brakuje czubka z literami, który najpewniej ktoś ukradł.





Krew na szlaku! Ukłuł mnie w palec jakiś kolec.







Wydawało się, że do Balnicy niedaleko i zaraz będzie przerwa, a tymczasem szlak odbił w głębokie jary i debrza. Granica nie biegnie chwilowo wododziałem, tylko schodzi na czarnomorską stronę. Jest tak dlatego, że zmieniono jej przebieg tak, aby poaustriacka linia kolejowa znalazła się cała w Polsce.






W końcu dotarliśmy do Balnicy, gdzie w budynku dawnego dworca znajduje się małe prywatne schronisko. Można tam też coś zjeść. Zamówiliśmy po bigosie, do tego ja wzięłam dużą Kofolę, a Krzysiek podobną ilość słowackiego piwa. Zalegliśmy na wymoszczonej poduszkami ławce na ganku i w ogóle nie chciało nam się już ruszać. Podobno większość wędrowców przebywa w jeden dzień tylko taki dystans z Przełęczy nad Roztokami do Balnicy. Przestałam się dziwić, tak tam było miło. Ale jednak plan trzeba było zrealizować i kolejne atrakcje szlaku czekały. Wywlekliśmy się więc ze strefy komfortu i zagłębiliśmy znów w las.










Dalej była prawdziwa galeria słupków granicznych. Nie wszsytkie są użtkowane, wiele leży na ziemi. Widać wyraźnie, jak przerobiono D (Deutchland) na P. Trafiliśmy też na mogiły żołnieży z I wojny swiatowej, dalej miało ich być jeszcze więcej.










Pod wieczór odbiliśmy z pasma granicznego w dół, do nieistniejącego Zubeńska. Ta wieś ucierpiała jeszcze bardziej niż inne, bo znalazła się na linii frontu. Późniejsze wysiedlenia sprawiły, że nie ma tu dosłownie nic. Tylko miejsca po czymś. Po cerkwi, po domach, pewnie i po młynie, bo przez wieś płynie spory strumień. Ostały się niszczejące krzyże przydrożne. W złotych promieniach zachodzącego słońca wyglądało to niesamowicie. Był to świetny moment dla drona, którego Krzysiek wypuścił w niebo. A kiedy słońce zaszło zrobiło się zaraz bardzo zimno. W polach, w dolinie, zawsze jest bardzo zimno. Tak samo było w Łupkowie. Rozglądaliśmy się i widzieliśmy pojedyncze drzewa owocowe, a w terenie wyraźne wypłaszczenia i podcięcia wzgórz, gdzie kiedyś stały domy, stodoły i obory. 








Ciemność nastała w momencie, kiedy dotarliśmy do schroniska Koniec Świata w Łupkowie. Gospodarz łapał sygnał w polu, ale właśnie też nadszedł. Pokazał nam co i jak, mogliśmy przystąpić od razu do smażenia kiełbasy i boczku na patelni. Moja wylądowała w grochówce.



Spaliśmy na strychu, tylko pod folią dachową, bo dach schroniska był w remoncie. Spałam tego ranka długo. Śniadanie zjedliśmy w głównej sali. Krzysiek już właściwie kończył, kiedy zeszłam...








Pobyt zakończyliśmy łowiąc zasięg, a następnie ruszyliśmy nowym przebiegiem szlaku na stary cmentarz. Teraz szlak prowadzi przez jego środek. Mało brakowało, że zostałby zniszczony, bo zaplanowano przeryć go gazociągiem, ale na szczęście protesty tym razem poskutkowały. Poniżej cmentarza nawet wykonano jakąś odkrywkę archeologiczną, a przy wejściu jest tablica informacyjna - zdecydowanie lepsze wrażenie to robiło niż w poprzednich miejscach.









Za cmentarzem rozstaliśmy się z Krzyśkiem, który musiał wykonać marszobieg do Komańczy na jedyny autobus. Już z powrotem sama poszłam na dworzec kolejowy. Wspaniały CK budynek ma doskonałe pod względem noclegowym zadaszenie z arkadami. Linia kolejowa jest czynna (choć nie do końca, bo nie do Medzilaborców na Słowacji, pociągi kończą bieg w Łupkowie. Nie żeby było tych pociągów wiele, ale w weekend majowy były. 





Powrót na grzbiet graniczny przebiegł łagodną trasą. Na Przełęczy Łupkowskiej (od której zaczyna się Beskid Niski) stoi mała słowacka chatka. Przeszłam na słowacką stronę obejrzeć zabytkowy tunel kolejowy i poszukać źródła. Był to raczej wysięk spod tunelu i trudno dostępny, bo w murowanym kanale. Ale kawałek dalej dało się do tego kanału dojść i woda okazała się czysta i zimna, więc warto było. Schronisko w Łupkowie ma wodę studzienną, niezbyt smaczną.







Przebieg szlaku był dalej może nieco mniej ekscytujący. Las niezmiennie piękny, słowacki rezerwat, ale skoro teren łatwiejszy to i łatwiej o wycinkę. Pojawiło się dużo poręb, szczególnie po słowackiej stronie. Minęłam chyba jeszcze dwie fajne chatki, ale noclegowo celowałam w pole namiotowe w Jasielu. Po drodze była niemiecka wieża obserwacyjna z II wojny światowej, na którą wlazłam tylko po to, żeby się przekonać, że z góry nie ma widoku, bo korony drzew sięgają wyżej niż wieża.













To był krótki dzień, pokonałam tylko nieco ponad 22 km, ale miałam ochotę na odpoczynek i pole w Jasielu należy do takich miejsc, których się nie omija. Leży nad strumieniem (warto podejść do miejsca, gdzie mniejszy wpływa do większego żeby tam nabrać wodę), posiada miejsca na ogniska i wiaty, w tym świetną wiatę zamykaną, w której się rozłożyłam.







Spało się doskonale, rano obudziłam się wyspana i wypoczęta. Po śniadaniu nabrałam jeszcze wody i w drogę. Jasiel robił wrażenie podobne do poprzednich wyludnionych wsi, czyli niezwykle smutne. Przechodząc przez strumień wyobrażałam sobie dzieci, które musiały się tu kiedyś radośnie bawić.









Choć na GSB Beskidu Niskiego nie należy lekceważyć, na Szlaku Karpackim jest on rzeczywiście niski i płaski. Nawet nie odczułam tego, że wspięłam się znów na grzbiet, a na samym grzbiecie były bardzo ciekawe torfowiska. Znalazłam dwa fajne słupki, na jednym zostały wyraźne "S" i "D" w okręgach, a na innym były wyryte litery "TSH". Podobało mi się stare liternictwo. Wygląda na to, że to przedwojenny słowacki słupek triangulacyjny, a TSH oznacza triangulácie štátnej hranici.






Na następnym odcinku znajduje się ogromna ilość mogił poległych zimą 1914/15, kiedy na granicznym grzbiecie Galicji i Węgier znajdowała się linia frontu. Rosjanie dotarli aż tutaj i dopiero wiosną zostali poprzez armię austro-węgierską wyparci. Później walki skoncentrowały się w rejonie Twierdzy 
Przemyśl i Lwowa.





Pod Kamieniem trafiłam na księgę gości, więc jak zawsze wpisałam się i poczytałam kto jeszcze się wpisał. Nikt jeszcze się w tym roku nie wpisał ze Szlakiem Karpackim, ale było sporo osób z zeszłego roku, zwłaszcza z sierpnia i września.





Tam, gdzie szlak znów odbija od grzbietu płynie strumyk z dobrą wodą. Natomiast wiata, która jest na końcu wiaty nie nadaje się na nocleg, bo jest dziurawa.





Jedno z fajniejszych miejsc na niebieskim szlaku, tablice z odległościami do Babadag i Nordkappu. Przechodząc podejrzewałam, że musi to mieć związek z Andrzejem Stasiukiem, bo Beskid Niski pojawia się w "Jadąc do Babadag". Kawałek dalej zmierzyłam się z klasyką Beskidu Niskiego, czyli brodem na strumieniu. Zwykle woda jest płytka, ale tu była podpiętrzona przez bobry i sięgała więcej niż do pół łydki. Na ten jeden raz postanowiłam zdjąć buty i przejść boso, bo Timpy wolno schną.








Niebo podejrzanie zszarzało, widać było, że zbiera się na burzę. Zaczęło kropić jeszcze zanim doszłam na Przełęcz Dukielską, ale w końcu poszło bokiem. Ostatni kawałek szlaku przez asfaltem prowadzi przez porębę, dlatego że omija samo przejście graniczne. Gdzieś tam było napisane, że Przełęcz Dukielska to najniższy punkt na Łuku Karpat, ale okazuje się, że dotyczy to tylko polskiej części Karpat, bo na Słowacji jest niżej, nawet poniżej 400 m n.p.m., czyli ponad 100 metrów niżej.





W tej okolicy jednak najbardziej interesował mnie Barwinek, a ściślej rzecz biorąc stacja benzynowa, na której można kupić hot doga. Dorzuciłam batonika, ciastka i colę. Niestety nie było wifi, ale nabrałam wody z kranu do wszystkich butelek, bo tego dnia nie miało już być żadnej wody po drodze.




Główną drogą z ciężarówkami niezbyt fajnie się szło, ale szlak zaraz skręcił do wsi, a potem oczywiście do lasu. Podejście było bardziej wyczuwalne. Na grzbiecie trafiłam najpierw na otwartą wiatę na granicy Magurskiego Parku Narodowego, a potem weszłam na Baranie, gdzie wiata była zamykana. Tam właśnie planowałam nocleg. Niestety okazało się, że wieża widokowa rozpadła się i nici z oglądania zachodu słońca. Ale wiata była naprawdę super. Tylko nie miała zamknięcia w drzwiach, a sznurek nie trzymał dobrze i wiatr nocą otwarł drzwi.










Już wcześniej były znaki E3, ale tutaj wyjątkowo ładne. Pomyśleć, że oba główne niebieskie polskie szlaki górskie leżą na E3!




Trzecia magurska wiata na Przełęczy Mazgalica, bez drzwi.





Obok pomnika natknęłam się na drugą i ostatnią księgę gości. Tutaj było więcej wpisów "karpackich", zwłaszcza osób idących od strony Grybowa - pewnie pełni entuzjazmu mają ochotę się wpisywać, ale już przy drugiej księdze im ta ochota przechodzi :-)






Silniejszy wiatr, jaki wiał poprzedniego dnia strącił gniazdo, chyba zięby. Spełniło już swoją rolę, więc strat w pisklętach nie było, dawno wyleciały.





Nad Ożenną szlak znów odbił od głównego grzbietu i skierował się do wsi. Łąki wyglądały przepięknie, ale wieś była brzydka. Dominowały w niej zabudowania dawnego PGR-u, drewniany dom był tylko jeden. Ale za to cmentarz łemkowski był zadbany, właśnie ktoś go kosił. Obok jest również cmentarz wojenny. Przy drodze warto spojrzeć na szczególnie udane kapliczki, jedna jest bardzo duża i przedstawia Świętą Rodzinę. Kiedyś w Ożennej był sklep, ale niedawno został zlikwidowany. Po wodę udałam się do Ośrodka Edukacji Ekologicznej. Nie mają tam wodociągu, tylko studnię.












Dokładnie w miejscu, w którym szlak opuszcza asfalt by podążać za słupkami granicznymi przez las spotkałam Sebastiana, który Szlakiem Karpackim wędrował od Grybowa. Nie miał ze sobą sprzętu biwakowego i robił długie dystanse od cywilizacji do cywilizacji. Właśnie stracił godzinę na poszukiwania telefonu, ale na szczęście udało się go znaleźć. Pogadaliśmy chwilę i życząc sobie powodzenia ruszyliśmy każdy w swoją stronę.





W tej właśnie stronie, w którą zmierzałam zaczęło mrocznieć, a kształty chmur wskazywały, że niedługo będzie burza z piorunami. Miałam nadzieję zdążyć do Koniecznej i przeczekać ulewę. Szlak jednak poprowadził łąkami na sam skraj wsi, a nie do centrum jak dawniej (cerkiew niestety omija), a potem na przejście graniczne. Myślałam, że schowam się właśnie na przejściu, ale było nieczynne, a brama zamknięta. Grzmiało coraz częściej i poczułam pierwsze krople deszczu. Po słowackiej stronie dostrzegłam zamknięty sklepik z małym wystającym daszkiem i tam pognałam. W momencie kiedy dobiegłam, lunęło. Lało jak z cebra, kilka piorunów uderzyło bardzo blisko. A ja, sucha, siedziałam sobie na kamieniu i czekałam aż przestanie. Trwało to godzinę, pół godziny jeszcze padał drobny deszcz i dopiero można było kontynuować.











Szczęśliwie szlak był teraz leśną drogą. Chwilami było teraz błotniście, kałuże się wypełniły, a z drzew kapało, ale nie było co narzekać, bo schronienie trafiło się w samą porę. Minęłam jeszcze jeden cmentarz wojenny (tysiące ofiar tylko na takim skrawku terenu, jakim jest Beskid Niski).







Najgorsze, co mnie czekało, to podejście na Jaworzynę Konieczniańską. Tutaj Beskid Niski pokazał pazur. Nie spodziewałam się takiej stromizny, a na koniec dnia było to dość męczące. Trzy razy wydawało mi się, że to już, a było wciąż dalej i wyżej... Przystanąwszy, dostrzegłam salamandrę, która wyszła po deszczu. Widok ze szczytu był między drzewami, ale bardzo ładny, już zaróżowiły się chmury, bo zbliżał się wieczór.







Na zejściu widać było kanały po płynącej wodzie. Takie niestety są skutki prowadzenia szlaków bez zakosów. Z czasem robią się rynny i tunele. Ale na razie nie ma tam aż takiego ruchu turystycznego. 

Do wiaty było już blisko, ale najpierw trzeba było zdobyć wodę - strumyk płynął ledwie 50 metrów od szlaku, miał doskonałą wodę. Wiata okazała się być dość przewiewna, bo nie miała ścian. Owszem, stół nadaje się do spania, ale po deszczu było tak wilgotno i taki chłodny powiew schodził z góry, że postanowiłam rozbić namiot pod dachem. Było tam akurat tyle miejsca, żeby zmieścił się mój mały Solplex. Ławka zatarasowała wejście i musiałam się wczołgać, ale spałam tam znakomicie i nie żałowałam.





Wyrafinowana kolacja z dodatkiem oliwek.







Nadszedł ostatni pełny dzień wędrówki. Było chłodno i wietrznie, ale słońce już wychodziło. Szlak niebawem odbił od grzbietu granicznego już po raz ostatni, teraz zamiast iść na zachód, trzeba było skierować się na północ. Od razu zrobiło się mniej dziko, pojawiły się uczęszczane drogi do wywozu drewna i drwale. Zapachniało Beskidem Sądeckim. Przed Wysową pojawiły się osiedla domków letniskowych, a w samym miasteczku, które jest uzdrowiskiem, wiadomo: restauracje, pensjonaty... Zrobiłam zakupy w sklepie i poszłam zjeść drugie śniadanie do parku zdrojowego. Nabrałam tam wody mineralnej, ale była tak mineralna, że aż ohydna. 










Niezwykła kapliczka!




Mieszkańcami pobliskich Ropek, podobnie jak Koniecznej, jest mniejszość łemkowska, stąd dwujęzyczna nazwa. To właśnie w tej miejscowości znajduje się niebieski dom, w którym starsza pani serwuje domowe ciasto, kawę i herbatę. Koniecznie wypada tam wstąpić. Nie byłam sama, przy niedzieli byli i spacerowicze, i rowerzystka. Pogadałam chwilę z właścicielką i dowiedziałam się, że to jej dom rodzinny, z którego została wygnana w Akcji Wisła, ale jej rodzinie udało się wrócić. Teraz mieszka w Wysowej, a w niebieskim domku tylko latem.






Tuż przed skrzyżowaniem z GSB skręciłam na cmentarz. Też jest zadbany, nagrobki naprawione.






Ropki niestety intensywnie się zabudowują. Nie mają już atmosfery opuszczonej wsi. W Siwejce znajduje się chatka dla wędrowców, tak dla GSB-owiczów, jak i dla "Karpatowców".





Na podejściu na Dzielec, po rozstaniu z GSB, znalazłam taki kamień, który miał ślady rzeźbienia.




A na samym Dzielcu zrobiłam znak z patyków, który oznaczał, że właśnie przeszłam 33 000 km :-)




Reszta dnia upłynęła na wędrówce niższymi, zalesionymi pasmami. Przez jakiś czas widać było zalew Klimkówka. Słonce zaszło za łąkami, a ja zabiwakowałam w ostatnim lasku na Taniej Górze. Nie było tam ładnie, gęsta i ponura świerczyna, ale ptaki pięknie i długo śpiewały. Wpadłam w sentymentalny nastrój, było mi bardzo żal, że koniec wędrówki jest już tak blisko.









Ostatni dzień zaczęłam w miarę wcześnie, chyba tuż przed 7. Chciałam mieć dość czasu na zwiedzanie Grybowa i filmowanie, a obawiałam się podejścia na Chełm. Niepotrzebnie, ostatni szczyt Szlaku Karpackiego nie jest aż tak trudny do zdobycia. Las był pełen pachnących fioletowych kwiatków, a na ziemi widać było całe pokłady żółtego, chyba jodłowego, pyłku, z którego deszcz oczyścił powietrze.







Końcówka szlaku jest asfaltowa, choć z ładnymi widokami. Trafiłam akurat na mszę w drewnianym kościele. Słuchacze mszy obsiedli murki, parking, stali na drodze. Najlepsza była wyraźnie zniecierpliwiona ekipa spod flagi.









W Grybowie same ciekawe rzeczy. Najpierw gipsowy Kolos...




A potem wspaniała niespodzianka. Na drzewie w czyimś ogrodzie wisiały drewniane medale z niebieskimi kropkami, które kończący niebieski szlak mogą sobie zabrać na pamiątkę. Ależ się ucieszyłam. Kropki robi pan Antoni, którego syn jest na zdjęciu. Pan Antoni akurat był w Gorcach, choć poprzedniego dnia podobno mnie wypatrywał. Nie byłam dość szybka :-) 






Nieprędko pewnie znowu będę w Grybowie, więc poszłam zobaczyć centrum. Przy pochyłym rynku stoi kościół, którego wieże widać z całej okolicy. Przed kościołem stały stragany, aż spytałam czy jest jakieś święto. Sprzedawca odpowiedział, że przecież jest niedziela. Nie wiedziałam, że wciąż jeszcze gdzieś odbywają się niedzielne jarmarki! Ta wesoła atmosfera przykro kontrastowała z tym, co zobaczyłam na równoległej do rynku ulicy. Stoi tam synagoga, która przetrwała wojnę, ale jest w bardzo złym stanie technicznym. Wielka szkoda.






Przeszłam przez Białą, wróciłam na szlak i już myślałam, że nic ciekawego nie będzie, aż tu na słupie ogłoszeniowym odkryłam taki prześmieszny repertuar patriotyczno-cyrkowy. Nie mogę powiedzieć żeby Grybów zachęcał do ponownych odwiedzin...




Jeszcze drewniany domek i już prawie, prawie dworzec...





I kropka, a nawet dwie kropki: jedna dla kończących, a druga dla rozpoczynających wędrówkę. Klepnęłam obie :-) Udało się przejść szlak dokładnie w dwa tygodnie, jeśli wziąć pod uwagę, że zaczęłam po południu 1 maja, a skończyłam przed południem 15 maja.



Koniec... Co za szkoda. I jeszcze pociąg, który spóźnił się 100 minut. A na szlaku było tak dobrze! Nie mogłam trafić na lepszą pogodę ani lepsze warunki, nie mogłam wybrać lepszego terminu. Szlak okazał się być najnormalniejszy w świecie, miał tylko drobne braki w oznakowaniu, nie było chaszczy, za to wspaniałe miejsca noclegowe. Na pewno wpisuję go do pierwszej piątki najlepszych polskich szlaków długodystansowych.


13 komentarzy:

  1. to chyba będzie trzeba się wybrać :) Gratulacje z okazji 33000!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nawet niż inni rowerzyści wiedzą, że ten szlak to "poważne halo" i że nie takie szlaki ma Pani w małych butach. Pozostaję z głębokim uznaniem. Łapy całuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten jest jednym z lepszych, jakie mam w butach. Pozdrowienia!

      Usuń
  3. Ogólnie: podziw, uznanie i podziękowania za to, że dzielisz się swoją pasją i wiedzą. I inspirujesz. I motywujesz. I też budzisz dobre wspomnienia tak, że odszukałam nawet stare zdjęcia. 7.maja 2011 szłam z Moszczańca przez Jasiel na graniczny, a potem schodziłam do Jaślisk, bo tam miałam bazę. Tego dnia było załamanie pogody. Najpierw padał deszcz, potem śnieg, temperatura koło 0. Miałam na sobie poncho, ale od kolan w dół byłam kompletnie przemoczona. Na szczęście na granicy trafiłam na niedogaszone ognisko, nad którym się podsuszyłam i ogrzałam. A na Haburskim Raselinisku kwitły już wełnianki i robiło się zielono. W tym roku wiosna najwyraźniej przyszła później...
    A teraz pytanka: 1. Czy w schroniskach w Ustrzykach i w Łupkowie trzeba wcześniej zarezerwować nocleg? 2. Z jakiej aplikacji korzystasz do mierzenia kilometrażu? 3. Czy w Jasielu ta folia NRC była w 'wyposażeniu' wiaty 😉?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brr, brzmi nieprzyjemnie z tym podsuszaniem :-) ale fajnie, że wspomnienia wróciły:-)
      Nie, nie trzeba rezerwować. Trafiłam na kompletną pustkę w górach, ale Łupków to chatka z materacami więc nie powinno być problemów, a w Ustrzykach są inne opcje

      Usuń
  4. Poniższy link to bardzo ciekawa rzecz w kontekście wycieczek językowych. To a propos wołochów, dowiesz się co wspólnego z nimi mają wałach, Włosi i inne pokrewne słowa. Świetna rzecz. Zawsze mnie interesowały takie smaczki:
    https://youtu.be/hgov-FdPdeU

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, obczaję sobie w wolnej chwili, to jest bardzo ciekawy temat

      Usuń
  5. Świetna trasa!
    Oczywiscie, nigdy nie zrobiłem jej (i pewnie nie zrobię nigdy) w całości, ale poszczególne odcinki na terenie Beskidu Niskiego, Bieszczad i Pogórza sa mi znajome. Także te dawno nie istniejące na skutek poważnych zmian przebiegu, jak w Bieszczadach w rejonie Moczarnego czy w Beskidzie Niskim na obszarze Magurskiego PN. Twoja relacja pokazuje mi, co się zmieniło od czasu moich bytności, tych jeszcze względnie niedawnych, jak i tych ledwie pamiętanych. Niektóre przemierzane wiele razy, inne raz w życiu...
    Trójstyk węgiersko-słowacko-hitlerowski za Czereninem ;) widzę podniesiony z błota. Za moich czasów, jeszcze niedawnych, leżał całkiem. Gdzieś na tym odcinku (pod Czerteżem? a może to było całkiem dalej na zachód gdzieś za Balnicą?) przy szlaku walały się zetlałe, ale wciąż w prawie jednym kawałku kartonowe pudełka z nabojami do Mosina. Czy odsłonięte przez ruchy gruntu, czy też może raczej odgrzebane przez poszukiwaczy militariów i pozostawione przy ścieżce? Skorodowane naboje nie pozwalały ustalić, czy pamiętały I-szą, czy II-gą WŚ...
    Tymczasem Ty już znów gdzie indziej, w dalekiej drodze... W tamtym nowym wątku i tutaj - powodzenia!
    Pozdrawiam
    -J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raz na jednej mogile była łopata i naboje, są na zdjęciu. Widać że ludzie się interesują, wszystkie te wojenne pamiątki są zadbane.
      Szlak się bardzo zmienił, przecież nie jest stary.
      Dziękuję!

      Usuń
  6. Cześć,
    gratulacje z przejścia szlaku :)
    Czy istnieje szansa, że masz kontakt do wspomnianego kolegi, który szukał noclegów w cywilizacji? Chciałbym przejść kawałek tego szlaku, ale jednak bez namiotu...
    Robert

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć. Dzięki :-) Nie mam kontaktu, ale pamiętam że się udzielał na grupie na FB Od kropki do kropki. Wiele osób tam pisało o takich przejściach z noclegami w cywilizacji, warto zajrzeć

      Usuń
    2. https://podrozebezosci.pl/szlak-karpacki-rzeszow-grybow-niebieski-porady-mapa-wyposazenie-noclegi-wyzywienie-odznaka/ Ten kolega wyszczególnił kilka miejsc noclegowych. 🙂

      Usuń