czwartek, 11 stycznia 2024

Pieszy trawers Japonii: Tsumago - Matsuida (Alpy Japońskie) i wizyta w Tokio (nieudane przedłużenie wizy)

Tego ranka, kiedy wystraszył mnie o świcie człowiek, który zniknął w przepaści długo było zimno, chłód zawisł w dolinie. Droga prowadziła wiele, wiele kilometrów na południe, ja jednak z niej skręcałam nieco na wschód i mocno pod górę. Przez kilka godzin minęły mnie tylko dwa auta, aż się zaczęłam zastanawiać czy aby znowu nie idę jakąś dawno zamkniętą drogą. Na mapie były zaznaczone szlaki i pole namiotowe, tymczasem wszystko to było zarośnięte, jakaś jedna jedyna ścieżka była ledwo widoczna. Okolica była chyba zbyt odległa od miast żeby ktoś tam przyjeżdżał na niedzielną wycieczkę. Pokonałam wysoką przełęcz Odaira Pass (1358 m n.p.m.) i trochę niezadowolona, że za nią muszę tracić wysokość żeby potem znów podchodzić dotarłam do czegoś, co myślałam, że będzie wsią, ale było opuszczone. W dawnej osadzie stało wiele starych domów, a tablica informacyjna wskazywałam, że była tam jedna ze stacji dla podróżnych, takich jak na Nakasendo. Widocznie był to inny stary szlak przez przełęcz, prowadzący na wschód przez alpejskie pasmo. Odaira Pass musiała być najdogodniejszym punktem przeprawy na drugą stronę. Budynek stacji był otwarty i pusty, miał też WC. W WC nie było wody, ale znalazłam kranik wewnątrz domu. Wszystko tam było jak w dawnych czasach, a jednocześnie jak w schronisku, prawdopodobnie można było tam nocować jak w samoobsługowej chacie, była jakaś instrukcja odnośnie palenia w otwartym palenisku. Dym, jak w średniowiecznej europejskiej chacie unosił się ku powale i wydostawał przez szczeliny na zewnątrz. Było mi żal, że jest jeszcze przed południem i w żadnym wypadku nie wychodzi mi tam nocleg. Jednak byłam też podekscytowana perspektywą alpejskiej wędrówki, więc po drugim śniadaniu skręciłam w niewielką dróżkę, która miała się wić daleko w górę, gdzie miała się zacząć ścieżka.






Asfalt skończył się szybko, zaczął wypłukany żwir, a potem była tabliczka z zakazem wjazdu. Pozostawało pytanie czy chodzi tylko o wjazd czy też o wejście. Ale przy szlabanie stało auto, a w błocie zauważyłam ślady butów, sądziłam więc że da się przejść i że może nawet kogoś spotkam (była niedziela). Wkrótce objawiła się pierwsza przeszkoda w postaci niewielkiego osuwiska. Więcej nie było, ale droga uległa erozji, tak że płynęły nią strumienie. Mosty jednak ocalały, więc nie było trzeba się przeprawiać. Ponieważ nie wiedziałam nic o źródłach z ostatniego strumienia nabrałam wody. Na dnie był ruchomy piasek, pewnie naniesiony przez ostatnia powódź. Zagłębiłam się mocno i wyskoczyłam jak oparzona. Przez kilka godzin szłam drogą. Pierwsze moim oczom ukazało się WC, już ono robiło wrażenie. Potem było doskonałe źródło i na koniec otwarta darmowa chatka, którą znalazłam wcześniej w Googlu. Była prosta, ale bardzo fajna. Tam wypadło moje 1600 km. W górze jeszcze nie było lata, ale wciąż wiosna. Modrzewie, których było tu też wiele miały soczysto zielone igły i kwitły konwalie, identyczne jak u nas i identycznie pachnące. Długo wąchałam je na klęczkach. Znów coś przekąsiłam, bo wiedziałam że wyżej będzie zimno. Za chatką zaczynał się szlak, odetchnęłam z ulgą, bo był wydeptany, a nawet zaopatrzony w automat do liczenia ludzi. Automaty były zawsze tak ustawione, że trudno było je ominąć.











Zaskoczyło mnie jak las w centralnej części Honsiu różni się od wszystkich pozostałych, które widziałam. Był bardziej iglasty, jakiś taki już trochę syberyjski, azjatycki, ale północny, górski, nie tropikalny. Już nie było palm ani pnączy. Szlak był dobry i wędrówka sprawiała mi ogromną przyjemność, zwłaszcza po takiej dawce asfaltu jaką miałam przez ostatnie dwa tygodnie. W najbardziej stromym miejscu spotkałam idącego w dół mężczyznę. Mówił trochę po angielsku i zdołałam się dowiedzieć, że chatka do której zmierzam istnieje i że w pobliżu jest źródło. Mężczyzna nie potrafił nic powiedzieć na temat dalszej części szlaku, wody ani schronisk, robił tylko pętlę i wracał. W każdym razie wiedziałam, że tego dnia już kłopotów nie będzie. Podejście było męczące. Jedna drabina, jedno małe osuwisko, bardzo stromo. Szłam dość wolno, a kiedy dotarłam na grzbiet już robiło się mroczno. Nadciągnęły chmury i zaczęły spowijać całe pasmo, ledwo udało mi się zobaczyć dalszy jego ciąg.















Grzbiet porastał rzadki, skarłowaciały las iglasty, a w runie były wiosenne kwiatki, takie jak szczawik zajęczy. Nie brakowało też trawy bambusowej. W ciemniejszych miejscach była niska, ale na polanach tworzyła nieprzebyty gąszcz. Z tego gąszczu niespodziewanie wychynęła chatka. Bardzo miło mi się zrobiło na duszy kiedy ją zobaczyłam. Nie mogłam z początku odgadnąć jak wejść do środka. Były trzy osobne pomieszczenia. Lewe to była mała graciarnia, środkowe to właściwa chatka, ale wchodziło się do niej z prawego pomieszczenia. Był to przedsionek bez podłogi, z wilgotnym klepiskiem i jakimiś połamanymi ławkami. Okno było łatwo otworzyć z zewnątrz, więc rozważałam wejście przez okno. Główne drzwi było trudno ruszyć. Popularne w Japonii drzwi przesuwne kompletnie nie nadają się do montażu w chatach w górach, gdzie sypie śnieg, pada deszcz, wszystko murszeje i rdzewieje. Także te ciężkie drzwi trzeba było siłą uchylić, a od środka nie dało się ich zamknąć. Drzwi chatki dało się przymknąć, a okna były szczelne. Podłoga już chyba zaczynała próchnieć, bo była krzywa. W połowie prób otwarcia drzwi przerwałam i pobiegłam po wodę, żeby zdobyć ją zanim zrobi się ciemno. Z najbliższej przełęczy prowadziła ścieżka w dół, zgadłam więc że to ona prowadzi do źródła. Nie było to daleko, ze stromego zbocza wypływał mały strumyk, trzeba było zejść aż zrobi się na tyle duży, żeby podstawić butelki. Po powrocie udało mi się sforsować drzwi i zamelinować w środku. Prognoza zapowiadała +3 stopnie, już było zimno. Ubrałam wszystko co miałam i opatuliłam się syntetycznym śpiworem, jakich kilka wisiało w chacie. Była też karimata. Jak miło było się tam schronić, mając świadomość, że w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nikogo nie ma. Ugotowałam kolację z najcięższych rzeczy, zrobiłam makaron z kurczakiem i kukurydzą.










Spało się cudownie, nie zmarzłam, obudziłam się wraz ze świtem. Było tak lodowato, że podgrzałam kawę. Zeszłam jeszcze raz po wodę, ponieważ nie wiedziałam, gdzie może być następne źródło. Szlak już nie był tak dobrze wydeptany, dawno go nie koszono i sięgające miejscami ramion trawy bambusowe zasłaniały ścieżkę, tak że musiałam rozgarniać je rękami. Tak było aż do Mount Anpeiji (2363 m n.p.m.), gdzie szlak ostatecznie zniknął. Długo go szukałam, znalazłam różowe wstążki i poszłam za nimi, sądząc że to znaki szlaku. Ale po chwili i one się urwały. Nie było śladu ścieżki, brodziłam wśród traw. W dół jakoś mi się udało, ale kiedy zdecydowałam o odwrocie przekonałam się jak trudno iść przez nie "pod włos", po stromym i bez maczety. Musiałam się ich chwytać i podciągać w górę. Od miejsca, w którym do grzbietu dochodził prawdopodobnie inny szlak dzieliło mnie 4 km. Nie wiedziałam sensu w próbie przedzierania się, skazanej na niepowodzenie. Pokonanie 100 metrów zajęło mi pół godziny. W 5 godzin mogłam pokonać kilometr. Do skrzyżowania dwa dni, bez wody. Byłam bardzo zawiedziona i zła, ale musiałam wrócić. W sumie półtora dnia w plecy!







Pamiątkowa fota ze szczytem i powrót tą samą drogą. Raz jeszcze pożegnałam się z chatką. Wiele godzin schodziłam w dół, mimo że z górki to i tak swoje to zajęło, ze względu na stromiznę. Od zachodu było tym razem widać dalsze Alpy z Mount Ontake (3067 m n.p.m.). To na tej górze zginął w zimowych warunkach w kwietniu Grzegorz Gawlik, pasjonat eksploracji wulkanów. Wciąż panowała tam zima. W moim niedoszłym paśmie już niewiele było śniegu, przynajmniej z tego strony, którą widziałam, a jednak schroniska jeszcze nie były czynne. Całkiem prawdopodobne, że nie udałoby mi się przy nich zdobyć wody.














Na pocieszenie natura ukazała mi piękną scenę - do dziupli znajdującej się przy samej ścieżce podleciała sikora i nakarmiła swoje młode.





Minęłam pierwszą chatkę i zeszłam do schroniska, gdzie zjadłam drugi lunch (zielone herbaciane ciasteczko na deser). Miałam ochotę tam zostać, ale czułam potrzebę pokonania jakiegoś dystansu, zbliżającego do celu na Hokkaido. Grzebiąc w mapie znalazłam symbol chatki, odległej o 15 km i tam postanowiłam zejść. Było to 15 km asfaltu, ale bez aut, z rzekami i wodospadami.













Świeże zwaliska skał pozostały po tajfunie. Teraz mogłam się przekonać do czego służą betonowe ściany wbudowane w koryta strumieni - mają za zadanie hamować pędzące z wodą głazy i pnie drzew. 





Chatka okazała się strzałem w dziesiątkę. Była to odpoczynkowa chatka przy magicznym źródle, woda była mineralna, na ścianie wisiały wyniki badań. Parę samochodów podjechało po wodę, ale nikt do chatki nie zajrzał, a ja nie używałam światła. Wysmażyłam potrawę z fasolką i ułożyłam się na pokrytym wykładziną podeście. Machnęłam ręką na stracony czas i skupiłam na chatkowaniu.







Niestety niemożność przejścia granią oznaczała wędrówkę asfaltem doliną. Z daleka widziałam wyszczerbione skały i zastanawiałam się czy tam ogóle dałoby się iść. Trasa była nudna, groził deszcz. Na skrzyżowaniu było 8 zebr, co mnie trochę rozbawiło. Szukałam gniazdka na stacji dla podróżnych, ale nie było. Inna zabawna scena zdarzyła się pod wieczór - po kablu elektrycznym przeparadowało 8 małp. Doszłam do Komagane i z braku innych możliwości osiadłam pod pergolą w parku nad rzeką. W pobliżu były domy i boisko, na którym odbywał się mecz. Padał deszcz, więc nie było spacerowiczów, ale ciągle ktoś podjeżdżał do WC, więc tam nie spałam. Obawiałam się trochę demaskacji, ale ostatecznie był to dobry nocleg.









Spakowałam się bardzo wcześnie. Już o 5 był znowu ruch na parkingu. Zamknęłam się w WC i tam zjadłam śniadanie, podpiąwszy się do otwartego gniazdka. Wszystko naładowałam do 100%, więc byłam bardzo zadowolona.

Ruszyłam dalej na północny wschód. Przez Nakazawę doszłam do dużej zapory, co zajęło mi pół dnia. Wsie po drodze były bardzo ładne, tradycyjne, pełne starych, ale odnowionych domów. Budynki gospodarcze były jakby tynkowane - na drewnianej konstrukcji wylepiano ściany z gliny i słomy, a potem to malowano na biało. Znalazł się i dom kryty trzciną. Najlepszym punktem programu jeśli chodzi o jedzenie była galaretka ryżowa z nadzieniem herbacianym, miałam je już jakiś czas ale dawkowałam powoli. Nie udało mi się już potem nigdy takich kupić.

















Za zaporą wybrałam mniejsza drogę, co się zaraz na mnie zemściło, bo była ona zawalona świeżymi osuwiskami. Odkryłam wtedy, że w osuwisku stagnuje woda i można zanurkować w błoto. Na szczęście zanurkowałam tylko do kostek... Dało się przejść skrajem. Dalej już nie próbowałam, zwłaszcza, że na drodze stały koparki, wiadomo było że się tam iść nie da. Most na szczęście stał i wróciłam na główną drogę. Po kilku kilometrach skręciłam w lewo w górską drogę, mającą doprowadzić mnie do szlaku na Mount Nyugasa. 





Było to znów odludzie, jakieś zapomniane. Widziałam jak ludzie sadzą ryż ręcznie (w Tokio nie chcieli mi wierzyć, że jeszcze gdzieś się tak robi). Sadziła cała rodzina. Największe wrażenie zrobiła na mnie matka, która pochylała się z dzieckiem na plecach, zawiniętym w chustę. Za każdym razem obracało się ono do góry nogami, ale nie wypadło do błota. Odwiedziłam też buddyjską świątynię. Późnym popołudniem skręciłam według mapy w gruntową drogę, była bardzo rozwalona. Niestety, szlaku po raz kolejny nie było. Było tylko źródło i jakiś pomnik. Próbowałam penetrować las, ale bezskutecznie. Musiałam znów wrócić. Po drodze 1700 km.







Zatrzymałam przejeżdżający samochód i poprosiłam o radę. Pani była bardzo życzliwa, zadzwoniła do sąsiada i wszyscy się naradzali gdzie powinnam pójść. Powiedzieli, że tą górską drogą nie dojdę, jest zniszczona i zamknięta. Radzili obejście tunelem i daleko główną drogą. Czarna rozpacz... Ale co było robić. Za tunelem znalazłam się w głębokiej i ludnej dolinie. Między wsiami nie było właściwie przerw i nie wiedziałam gdzie spędzić noc. Nawet żadna świątynia się nie nadawała. Szczęście się do mnie uśmiechnęło akurat jak zaczęło się robić ciemno. Spotkałam panią na spacerze z psem, która spytała gdzie idę i gdzie planuję nocować, bo tam nawet żadnych miejsc noclegowych nie było. Napomknęłam o namiocie, a wtedy ona zaprosiła mnie do siebie. Poszłam z nią bez wahania. Zaoferowała mi stryszek nad garażem, przygotowany dla gości. W domu wzięłam gorącą kąpiel w japońskim stylu. Zjadłyśmy razem kolację i trochę rozmawiałyśmy. Moja gospodyni mówiła odrobinę po angielsku. Mąż był nieobecny, dzieci się wyprowadziły. Były dwa psy, jeden tak agresywny, że musiał zostać zamknięty w ogrodzie. 

Rano dostałam śniadanie i jedzenie ze sobą - własnoręcznie przez gospodynię ulepione onigiri z czarnym sezamem i omlet. Poszłyśmy na policję zapytać o stan dróg. Wszyscy radzili żebym wróciła w masyw Nyugasa i poszła jakoś małymi drogami leśnymi. Policja o takich drogach nic nie wiedziała, ale poszłam tak jak radzili.









Niewielka droga wiła się pod górę. Rosły przy niej irysy. W ostatniej osadzie się zaplątałam, znów musiałam wracać sprzed zamkniętej bramy. Potem szło lepiej. Las był pełen kwitnących krzewów, przejechała terenówka - dobry znak. Doszłam nad sztuczne jezioro, a tam spotkałam całą wycieczkę szkolną. Był tam fajny darmowy biwak. Zjadłam tam omlet, bo już się zaczął rozpadać.








Leśna droga była zabarykadowana szlabanem, ale chyba tylko dla aut, bo hurra, dało się nią zejść aż do następnej doliny.









Znów znalazłam się w cywilizacji. Znalazłam się gdzieś na południe od Chino i kluczyłam, chcąc trafić pod kolejny masyw - Mount Tateshina. Korzystając z dobrodziejstw miasta wpadłam do supermarketu na dobry lunch. Nad Tateshiną juz kłębiły się chmury, po południu miało zacząć lać, ale deszcz się opóźniał. Czekało mnie gigantyczne podejście, bardzo pędziłam. Znalazłam na mapie zamknięte od lat schronisko, myślałam, że może uda mi się rozłożyć pod jakimś daszkiem. Jednak było ono wciąż bardzo daleko. Jeszcze na drodze minęłam "linię Wenus", ale do dziś nie wiem co to było. Może linia od której na półkuli północnej wschodzi ta planeta?







Było wiele mylących znaków, nawet jeden znak długodystansowego "super trail", należącego do sieci Japan Long Trail, ale nie kontynuował się. Okazało się, że podnóże góry usiane jest domkami letniskowymi i jest tam cała sieć małych dróg, od krótych miały odbijać ścieżki. W domkach nikogo nie było, wyglądały na dawno opuszczone, a ich tarasy na bardzo kuszące. Zaczęło lać, a ja miałam jeszcze kilka km do schroniska, o ile szlak by istniał. Pokusa była zbyt wielka - wściznęłam się pod daszek jednego z domków i ułożyłam tam swój bałagan. Lało potwornie całą noc, a ja byłam suchutka. Co za szczęście.






Jak pewnie się domyślacie, tego szlaku nie było. Czerwone wstążki prowadziły na manowce i znów straciłam godzinę na szukanie. Wróciłam, poszłam inną drogą i znalazłam inny szlak, który tym razem był bardzo dobry i zaprowadził mnie aż na przełęcz wśród pięknego górskiego krajobrazu. Po deszczu wszystko było mokre, wisiała mgła i chmury, było zimno. Ale i tak pięknie.


















Na przełęczy też było schronisko, ale zamknięte. Można było zamówić przez telefon nocleg i wtedy ktoś przyjeżdżał otworzyć. Nie było tam gdzie spać, jednak było gdzie usiąść. Schowałam się w przedsionku, osłoniętym plastikowymi ściankami i siadłam na schodach. Dach przeciekał, ale awaryjnie można by tam może przeczekać noc. Wiał potworny wiatr, jak to po deszczu w Japonii. Przez chmury nie było nic widać, więc nie poszłam na szczyt, tylko właśnie przełęczą. Po drugiej stronie pogoda się poprawiła, nadal wiało, ale pokazało się słońce i widoki. Schodziłam długo małymi drogami, wśród bardziej wypasionych letniskowych domów. Rosły tam ogromnie modrzewie, nigdy nie widziałam takich dużych. Miałam nadzieję, że po drodze wejdę znów na szlak, ale go nie było. Na szczęście była jeszcze opcja zejścia leśną drogą i tak zrobiłam. Po drodze widziałam ciekawy radar.












Akurat tak wyszło, że nocleg już nie wypadał w lesie, a we wsi, czy raczej miasteczku. Wsie minęłam i zeszłam na samo dno doliny, gdzie przebiegała autostrada. Wybierałam się do dużego parku nad rzeką, ale był to kiepski pomysł, bo nie było tam wiele drzew, za to jakaś atrakcja w postaci atrapy rakiety kosmicznej. Bardzo szczęśliwie się ułożyło, że przedtem był ośrodek sportowy, a obok niego jakieś zapomniane boisko, mała toaleta i i mały park na wzgórku z pergolą o podłodze z ziemi. Idealną żeby rozbić namiot. Ściemniało się, więc rozbiłam się od razu. Ktoś chodził drogą, miałam nadzieję, że mnie nie widzą. Nikt nie zajrzał. Spałam świetnie, choć było tam znacznie cieplej niż w górach.





Byłam w takim miejscu, gdzie nie było żadnych sklepów (takie to i miasteczko, gdzieś na północ od Sakuho), tylko konbini, 7/eleven. Nie miałam innego wyjścia jak tylko zaopatrzyć się na następne dni właśnie tam. Dobrze że mieli otwarte jeszcze przed 7. Potem poszłam obejrzeć ruiny zamku na planie pięciokąta, z XIX wieku. Drugi taki zamek jest w Hakodate na Hokkaido, gdzie miałam zamiar być za jakieś niecałe dwa miesiące.







Szłam potem drogą numer 93 przez bardzo spokojną okolicę nad rzeką, najwyraźniej obfitującą w pstrągi. Inaczej nie ostrzegano by przed niedźwiedziami - chodziło o wędkarzy, których spotkałam też po drodze. Niedźwiedzi nie. Na małej polance ułożyłam 1800 km i cieszyłam się, że nie pada, choć taka była prognoza.






Bardzo się bałam, że następnego szlaku nie będzie, ale był. Ach, jak się ucieszyłam, bo miał być długi i fajny - w okolicach Mount Arafune są wulkaniczne skały i urwiska. Ścieżka była ledwo widoczna miejscami, ale nie byłam na niej jedyną osobą - minął mnie bez słowa biegacz. Nie odpowiedział na moje powitanie, tak był zaangażowany w trening. Potem już nikogo nie spotkałam, a szlak okazał się porywająco piękny. Już myślałam, że więcej nie zobaczę azalii, a tu znowu dogoniłam wiosnę! Tym razem kwiaty były różowo-łososiowe, o ciepłym odcieniu. Azalie porastały cały grzbiet. A nie był to grzbiet łatwy. Biegł prosto, ale niektóre kulminacje dało się obejść. Na pewno był to dobry trening, cały czas ostro w górę i w dół. Zbierały się chmury, ale załapałam się na jeden widok, który mi przypominał Park Jurajski. Niektóre miejsca były strome, ale te najgorsze były zabezpieczone. W deszczu byłby to koszmar, ale było w miarę sucho i żadnej gleby nie zaliczyłam.













Nie było to konieczne, ale zrobiłam małe odbicie na szczyt Mount Arafune (1353 m n.p.m.). Spowijała go mgła. Kontynuowałam szlakiem, który dalej był bardzo mocno wydeptany. Było nadal przepięknie, dziki liściasty las jak w Appalachach. I ta ścieżka! Gdyby całe przejście Japonii było takie, zrobiłabym je ponownie.











Popularny szlak gdzieś odbił, ale i mój był dobry. Wił się oszczędzającymi kolana serpentynami, miał też część ze schodami, ale nie długą i ratującą życie. Na dole ktoś nastawiał wiele zabawnych "rzeźb", a natura pozostawiła wulkaniczne skały.








I znowu wyszedł mi nocleg "nie wiadomo gdzie". Szybko pokonałam drogowy odcinek w okolicę Minaminomaki, z którego chciałam pójść ścieżką na przełęcz. Miałam nadzieję, że ktoś mnie zaprosi, ale w ogóle nikogo we wsi nie spotkałam. Świątyni wyglądała cudownie, ale była w środku wsi. Doszłam do końca, szykując się na nocleg w deszczu, ale wciąż mając nadzieję na cud. I cud ten nastąpił - na samym końcu drogi stał opuszczony domek, rudera. Była tam chyba jakaś przepompownia przy nie użytkowanym już źródle wody. Drzwi były otwarte, wnętrze pokryte grubą warstwą kurzu, ale były tam prycze. Odkurzyłam jakoś, przyniosłam wodę ze strumienia i ułożyłam się do snu. Gdyby drzwi były zamknięte rozbiłabym namiot w sąsiednim otwartym budynku, ale był tam straszny bród i smród. Wkrótce się wyjaśniło co było tego przyczyną - dziki. Usłyszałam hałas i chrząkanie, więc poszłam sprawdzić czy to nie niedźwiedź - zawsze dobrze wiedzieć - ale okazało się, że na foliach śpi jak zabity warchlaczek. Matka i reszta rodziny przyszły później, całą noc ocierały się o blaszane ściany i chrumkały. Pewnie tak samo się cieszyły z suchego miejsca do spania jak ja. Nad ranem zaczął padać paskudny, drobny, ale bardzo obfity deszcz. Trochę się ociągałam z wyjściem, miałam nadzieje że dziki znikną. I faktycznie zniknęły, został tylko warchlaczek. Szybko ruszyłam pod górę. 







Niestety po 200 metrach stary szlak zniknął. Część wylana betonem wciąż się trzymała, ale wyżej nie dało się iść. Z początku szłam obrywającą się zwierzęcą ścieżką, ale zjeżdżałam w błocie i dałam za wygraną. Założyłam spodnie przeciwdeszczowe i wróciłam do wsi. Spotkałam panią dzikową, strasznie się przestraszyła i w panice pobiegła do chatki sprawdzić czy jej małe jeszcze żyje. Człowiek dla zwierząt oznacza tylko jedno - śmierć.

Obeszłam ten niewielki masyw asfaltem i dołączyłam do szlaku Metropolitan Nature Trail, okrążającego Tokio górami. Miał nawet znaki. Prowadził niewielką drogą w górę, do przełęczy. Kiedy trafiła się toaleta i parking stanęłam, bo była to jedyna opcja na lunch, zresztą byłam już głodna. Zdjęłam spodnie i stabilizatory z kolan, a wtedy zobaczyłam, że z moich kolan strugami leje się krew. To wyglądało fatalnie. Nie czułam żadnego bólu, myślałam więc, że rozkwasiłam pod stabilizatorami jakieś robaki, które może były w chacie. Wytarłam krew i znalazłam jakieś strzępy skóry. Ale to nie była moja skóra. Natomiast krew sączyła się ewidentnie ze mnie, w kilku miejscach. Znalazłam też kilka innych piekących ukąszeń, z których krew się nie lała. Myślałam, że to coś świeżego, że krew zaraz zakrzepnie jak trochę posiedzę. Siedziałam więc, z nogami na wysokości serca, żeby krew do nich nie płynęła i uspokajałam tętno. Jednak krew nie przestawała płynąć. Nie wiedziałam co by to mogło być, bardzo się przestraszyłam, miałam tylko nadzieję, że to nie jakieś tropikalne robaki pasożytujące. Przeszukałam internet, ale nie znalazłam niczego - jedyne co pisali że gryzie w Japonii to kleszcze i komary. Zrobiłam zdjęcie i opublikowałam na Instagramie z zapytaniem czy ktoś wie co mnie ugryzło. Wydawało mi się najważniejsze uzyskać jakąś diagnozę, wtedy mogłabym sprawdzić co powinnam zrobić. Sprawa się zaraz wyjaśniła i dostałam kilka odpowiedzi - pogryzły mnie pijawki drzewne, prawdziwa plaga lasów wschodniej Azji. Krew miała się lać jeszcze kilka godzin, bo pijawki wstrzykują ofierze substancję przeciwdziałającą krzepnięciu krwi. Jednak miało przejść samo, nie groziło żadnymi konsekwencjami poza rzadką infekcją. Nie chciałam jednak ubierać brudnych stabilizatorów na ranie, więc dalej poszłam bez nich. Nie byłam jeszcze przekonana co do diagnozy, bo nie widziałam tych pijawek, tylko rany, a były też ukąszenia bez krwi. Okazało się, że niedaleko jest świątynia szintoistyczna, gdzie w biurze poszłam się poradzić. Obok w jadłodajni pracował facet, który się znał na lesie i pijawkach, orzekł że to na pewno one. A kiedy stałam w biurze pijawki zaczęły wypełzać z moich butów. Pracownicy przynieśli sól, soliliśmy je i wyrzucaliśmy na plac. Powiedzieli żebym zdezynfekowała i zakleiła rany plastrami, wtedy krew szybciej przestanie płynąć. Tak rzeczywiście było.








Po namyśle postanowiłam tego dnia pojechać do Tokio. Miałam w planie to zrobić, choć myślałam, że pojadę kilka dni później. Teraz jednak nadarzała się doskonała okazja, potrzebowałam wolnego, a przy okazji mogłam załatwić sprawy wizowe w urzędzie. Napisałam do Iwony czy to byłoby możliwe, a kiedy dostałam twierdzącą odpowiedź, opracowałam plan. Miałam jeszcze 10 km do stacji kolejowej Matsuida (z tej stacji było najbliżej do Tokio, więc tak naprawdę to był idealny moment). Mogłam iść drogą, ale to było takie beznadziejne, bo tyle czekałam na szlak górski i teraz mieć możliwość pójścia szlakiem i iść drogą... Nie mogłam się powstrzymać i poszłam szlakiem. Była to zła decyzja. Straszliwie lało, potoki deszczu spływały z nieba i z drzew. Szlak był piękny, skalisty, z oknem skalnym i klifami, ale bardzo trudny i śliski. Na szczęście było trochę schodów. Niestety najgorsze było to, że tam też były pijawki. Zbierałam je co chwilę z nóg, zebrałam ze 30. Mniejsze i większe. Na zdjęciu są takie małe. Wchodziły po butach i pełzały w górę. Sprzyjały im długie spodnie przeciwdeszczowe, które miałam na sobie, a które nie pozwalały mi wszystkich dostrzec. Pijawki wpełzały pod spodnie. Gdybym trzymała nogawki w stuptutach pełzłyby wyżej po spodniach. Najlepiej byłoby je zbierać z gołych nóg, tak jak to się robi z kleszczami, ale tak strasznie lało.








To popołudnie to był jakiś koszmar. Zanim doszłam na stację pomyliłam drogę i jeszcze musiałam dodatkowo przejść 3 km. Wreszcie dotarłam, na szczęście na czas. Nie umiałam kupić biletu w automacie, bo pokazywał tylko ceny, a nie miejsca docelowe, a Tokio w ogóle nie było w spisie. Poprosiłam chłopaka na stacji, ale on powiedział, że mój telefon wyświetla tłumaczenie po wietnamsku a nie po japońsku i nic nie rozumie. A przecież wszyscy inni Japończycy to rozumieli. Chyba chodziło o to, że tłumacz Google wyświetla japoński w znakach hiragana, a nie kanji. Kanji są zarezerwowane dla chińskiego. Zdążyłam jeszcze pójść do toalety, a tam, kiedy zdjęłam spodnie, do muszli klozetowej wpadła ogromna, opita pijawka, która odpadła z mojego tyłka. Nie pamiętam już zbyt wiele z tego wieczoru. Wiem, że wsiadłam do pociągu, chyba bez biletu, bo się okazało, że bilet można kupić na stacji docelowej. Tłukłam się z przesiadką ze 4 godziny. Jedną pijawkę znalazłam jeszcze w wagonie, ludzie patrzyli co robię kiedy zebrałam ją papierem toaletowym z podłogi. Na dworcu Ueno odebrał mnie Nobi. Byłam tak wykończona, że kręciło mi się w głowie. Kiedy doszliśmy do mieszkania wyjęłam wszystkie rzeczy i oglądaliśmy je w poszukiwaniu pijawek. Znaleźliśmy jeszcze kilka, zabiliśmy je solą. Wykąpałam się, ale krew ciekła do wanny.





Prawie cały następny dzień przeleżałam w łóżku, liżąc rany. Był to mój jedyny prawdziwy dzień zero podczas tej wyprawy. Po południu wyszłam przejść się po mieście. Poszłam do sklepu po jedzenie, a poza tym błąkałam się po okolicy i kierując się instynktem estetycznym bezbłędnie trafiłam do słynnej świątyni Sensō-ji – najstarszej świątyni buddyjskiej w Tokio (nie wiedziałam jeszcze wtedy, że jest słynna). Sensō-ji to ważne centrum kultu poświęcone bogini miłosierdzia, współczucia i życzliwości Kannon. Bierze ona na siebie cierpienie i pomaga odzyskać siły utracone w walce. Jej kult jest w Japonii bardzo powszechny, widziałam dziesiątki świątyń jej poświęconych, ale oczywiście nie takich wielkich. Sensō-ji jest jedną z głównych atrakcji turystycznych Tokio. W pobliżu jest też wiele sklepów i cały pasaż handlowy z wartymi uwagi pamiątkami. Zrobiłam tam rekonesans, większość zakupów odkładając na później.

















Wróciłam do domu się położyć (poniżej mój bajzel), a wieczorem poszłam z Iwoną i Mirkiem na lekcję kendo. Bardzo interesujące móc zobaczyć jak się taka lekcja odbywa, mimo że nigdy nie interesowały mnie sztuki walki.










Dopiero następnego dnia pojechałam do dzielnicy Shinagawa (jeśli dobrze pamiętam) złożyć podanie o przedłużenie pobytu. Pobiera się ją ze strony urzędu imigracyjnego, wypełnia i składa osobiście. Wierzyłam, że dostanę przedłużenie - przecież kilka lat wcześniej Alan Mesfin dostał je z tego samego powodu. Odnalazłam odpowiednie okienko, pokazałam dokument, a tam pani nie bardzo potrafiąca cokowiek wykrztusić po angielsku (co trochę dziwi w urzędzie imigracyjnym, ale w Japonii jest normalne) pokręciła głową i powiadomiła mnie, że przedłużenia nie dostanę. Nawet nie przeczytała uzasadnienia i nie pozwoliła mi złożyć dokumentu. Na moje protesty odpowiedziała z uśmiechem, że mogę gdzieś pojechać i wrócić. Byłam zrozpaczona. Liczyłam się z takim obrotem sprawy, ale nie sądziłam że tak się stanie. Wróciłam do centrum i snułam się przez kilka godzin oglądając różne świątynie i parki. Słońce mnie spiekło, bo nie wzięłam chustki. Cały czas kombinowałam gdzie pojechać i co robić, bo właściwie nie zrobiłam żadnych planów na tę okoliczność. Wiedziałam, że najlepiej pojechać na Tajwan, tak będzie tanio, nie tak tanio jak do Korei, ale do Korei chciałam jechać innym razem. Miałam ochotę na jakąś tropikalną wyspę, ale tam loty były bardzo drogie. Kiedy wróciłam do domu i obwieściłam złą wiadomość Iwona i Nobi zaproponowali żebym została jeszcze jeden dzień i dobrze się zastanowiła. Następnego dnia więc cały dzień siedziałam przy telefonie i kombinowałam. Ostatecznie wybrałam Tajwan, miał być i tropikalny, i bezpieczny, i w miarę tani (choć cała eskapada kosztowała 5 000 PLN). Musiałam zdecydować na jak długo lecieć, zrobić prowizoryczny plan wycieczki i kupić bilety. Wszystko to udało mi się zrobić i jeszcze zdążyłam wyjść na mały spacer. Poniżej galeria zdjęć z dwóch dni przechadzania się po Tokio.






















Sałatka owocowa zalana śmietaną, posiłek regeneracyjny :-)










Po trzech dniach w Tokio czas był wracać na szlak. Miałam jeszcze niecały miesiąc aktualnej wizy, akurat żeby przejść niecały tysiąc km. Dobrze się złożyło, że mogłam zrobić zakupy, bo na szlaku byłoby z tym krucho. Pociągów na szlak było wiele, nie musiałam gnać na najwcześniejszy, ale w końcu się wybrałam. Podziękowawszy serdecznie gospodarzom wyszłam na pociąg.


2 komentarze:

  1. Odnosi się wrażenie, że jest w Japonii wszędzie ciasno, ostre wąskie szczyty, mało przestrzeni dla ludzi, że są stłoczeni w tych wielkich ośrodkach. Ciekawe gdzie podziewają się niedźwiedzie? Może chowają się przed pijawkami? :) Pozdrowienia - MariaB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mało przestrzeni dla ludzi to dużo przestrzeni dla zwierzyny. Niedźwiedziom nie przeszkadzają stromizny i żyją na tych wszystkich niedostępnych zboczach górskich. Mój dobór trasy na tym odcinku nie był najszczęśliwszy, ale przynajmniej nie było pijawek i nawet nie chcę myśleć gdzie były :-)

      Usuń