Po powrocie z Korei Południowej spędziłam w Polsce tylko kilka dni, tyle żeby zrobić pranie i się przepakować. Miałam na lato dużo planów i niecierpliwiłam się je realizować. Następna była Szwecja, za którą zawsze tęsknię, jeśli mnie tam nie ma. Powód był tym razem nie wędrowny - festiwal muzyki ludowej Bingsjöstämman, odbywający się w malutkiej miejscowości Bingsjö w sercu Dalarny. Dowiedziałam się o tym wydarzeniu w poprzednim roku i zapragnęłam się wybrać. To nie zwykły drętwy festiwal ani też nie młodzieżowa impreza, to bardziej spotkanie (jak sama nazwa wskazuje), bo udział biorą wszyscy uczestnicy. Oczywiście ci, którzy potrafią grać.
Ponieważ na festiwal umówiłam się z Ruth, koleżanką mieszkającą w Rättviku, tam właśnie się udałam. Był cudowny letni wieczór, ostatni tydzień czerwca i tuż po Midsommar. Siljan lśnił w wieczornym słońcu, nie oparłam się i z peronu poszłam prosto na plażę.
Następny dzień był już pochmurny, ale jezioro ma jakąś taka naturę, że zawsze przyciąga, niezależnie od pogody. Po Korei byłam bardzo wygłodniała i akurat miałam fazę na śledzie, więc prawie cały czas w ciągu pobytu w Dalarnie jadłam śledzie.
W niedzielę była okazja pokazać się w stroju ludowym. Służba kościelna również je nosi, oczywiście lokalne, z Rättviku. Ja zabrałam swój popisowy estoński strój z regionu Mulgi, do którego fartuch właśnie skończyła haftować moja mama. Zainteresowanie wzbudziło też moje obuwie, bardzo prymitywne, z łyka. Pytano czy to rzeczywiście element stroju - jak najbardziej. W Mulgi przetrwały najstarsze wzory, jeszcze średniowieczne (na fartuchu) i wiele elementów stroju ma archaiczny charakter. Dlatego właśnie tak przypadł mi do gustu.
W Dalarnie spędziłam cały tydzień. Popołudniami chodziłam na spacery mając poczucie wylądowania na miękkiej chmurce. Po wszystkich perypetiach koreańskich teraz byłam w swoim ulubionym miejscu na ziemi. Jakże tam było cudownie.
Kiedy Ruth miała wolne w pracy wybrałyśmy się na biwak nad jeziorem. Wypatrzyłam sobie to jezioro podczas wędrówki Siljansleden poprzedniej jesieni i właśnie tam zapragnęłam spędzić noc.
Zarówno Siljansleden, jak i krótki lokalny szlak Enåleden, prowadzący wzdłuż rzeki Enån prowadzą nad to jezioro, tylko nieco inną trasą. Naturalnie teraz wolałam przejść się tym drugim szlakiem.
Po drodze jest kilka fajnych miejsc noclegowych, a szlak prowadzi cały czas nad rzeką. Bałam się trochę komarów, bo koniec czerwca to właśnie moment w którym zwykle pojawiają się ich chmary, ale nie tym razem. W 2025 wiosna była bardzo sucha, w związku z czym wylęgło się ich bardzo mało. Mogłyśmy normalnie iść w krótkich spodenkach i rzadko coś chciało nas gryźć. A i pogoda była idealna, 25 stopni, ciepło, prawdziwie letnio.
Chwila przerwy przy źródle które dawno temu wytrysło z ziemi podczas odwiertów. Pół roku później byłam tam ponownie, tym razem na zimowym grillu z okazji urodzin Ruth. Latem jeszcze stały wszystkie drzewa, ale zimowe wichury poczyniły tam niezłe spustoszenie.
Za mostem na przesmyku zaczął się ciąg jezior. Chyba nie mogło być już lepiej! Nie wyobrażam sobie lepszego krajobrazu - choć widziałam ich wiele.
Wiatka, w którą celowałyśmy była dość nędzna, ale prześlicznie położona. Podest był wąski, krzywy i nie bardzo nadawał się do spania, ale uparłam się. Wieczór jednak był długi, tak długi jak tylko być może w okolicach przesilenia letniego. Przeszłyśmy się brzegiem jeziora do plaży na przeciwległym brzegu, a wracając przyniosłyśmy opał na ognisko.
Potem szybko poszłyśmy popływać, bo słońce już się zniżało. Wody nie można byłoby nazwać ciepłą, ale jak najbardziej dało się pływać. Ruth wypuściła się na środek akwenu, ja postąpiłam bardziej nieśmiało, zresztą samo przyzwyczajanie się zajęło mi masę czasu. Ale zdecydowanie warto było, kąpiel była bardzo orzeźwiająca i przede wszystkim była kwintesencją letniego biwaku.
Po kąpieli przystąpiłyśmy do rozpalania ogniska i pieczenia niezliczonej ilości kiełbas.
O północy było wciąż jasno, koło pierwszej trochę pomroczniało, ale ciemno nie zrobiło się wcale. Miałam ochotę zostać przy ognisku całą noc.
Ruth spała obok w namiocie, a ja rozłożyłam sobie moskitierę na podeście. Dobrze mi się tam spało, choć było jasno. Rano świergotały ptaki, mobilizując do wstania.
Po niespiesznym śniadaniu spakowałyśmy się i tą samą drogą wróciłyśmy do domu.
Potem przyszedł czas na festiwal, który trwał trzy dni. Pierwszego dnia impreza dopiero się rozkręcała. Było uroczyste otwarcie i kilka koncertów na scenie. Było kilka głównych scen i mnóstwo mniejszych, a uczestnicy improwizowali gdzie im się spodobało na terenie wsi. Tego pierwszego dnia było jeszcze ciepło i można było leżeć na trawie, słuchać i obserwować tańce.








Bingsjöstämman to impreza, na którą co roku przyjeżdżają ci sami ludzie, którzy znają się od lat i cały weekend imprezują. Znakomita większość biwakuje w przyczepach i namiotach na wyznaczonych do tego celu łąkach. Biwak jest płatny, ale przede wszystkim bardzo głośny i mało kameralny. Stwierdziłyśmy z Ruth, że nie mamy ochoty nocować w takim ścisku i że skoro całą noc będzie się tam grało na wszelkiego rodzaju tradycyjnych instrumentach, to wiele nie pośpimy i dlatego postanowiłyśmy pojechać kilka km nad jezioro, gdzie była plaża. Był to strzał w dziesiątkę. Plażę odwiedziłyśmy jeszcze w dzień, kiedy świeciło słońce. Było płytko, w sam raz dla dzieci. Można było też posiedzieć na fajnym pomoście. Woda była chłodniejsza niż w naszym poprzednim jeziorze, ale były cieplejsze plamy przy brzegu. Wieczorem nikogo już nie było i spokojnie rozbiłyśmy się w lesie przy plaży.





Niestety rano zaczął popadywać deszcz i zwijałyśmy mokre namioty. Skorzystałyśmy z plażowej przebieralni jako sali śniadaniowej. Ugotowałyśmy kawę w moim nowym czajniczku Trangia.
Główny dzień festiwalu był niestety katastrofalnie deszczowy. Na poprzedniej edycji przy ładnej pogodzie podobno o wiele więcej się działo, no bo można było grać w plenerze, więc setki ludzi grały po prostu na łące, a tak trzeba się było gdzieś chować pod dachem. Były też różne szkolenia i pokazy.
Na lunch pojechałyśmy nad jeszcze inne, bardzo smętne jezioro (była to zapora).
Po południu pojawiły się przerwy w deszczu. Nie można było tego nazwać przejaśnieniami, ale deszcz zamieniał się w mżawkę, a niekiedy całkiem ustawał. Punktem kulminacyjnym była wielka improwizacja wszystkich uczestników na raz w jednym miejscu, zaraz po koncercie szkoły muzycznej z Malung (to stolica edukacji muzycznej w Szwecji, jeśli chodzi o muzykę ludową).
Pod wieczór znalazłyśmy stodołę, pod którą odbywały się znakomite kameralne koncerty. To było najbardziej w moim guście - bardzo lubię samotnie zawodzące instrumenty. Mężczyzna o imieniu Ola grał znakomicie na skrzypcach. Pochodził z dalekiej północy Dalarny, z jakiejś wsi na granicy z Värmlandem.
Na koniec poszłyśmy na koncert w kościele. Śpiewano tam rozmaite pieśni pasterskie, bardzo profesjonalnie.
I znowu pojechałyśmy nad nasze jezioro, rozbiłyśmy już i tak mokre namioty i spędziłyśmy w nich deszczową noc. Rano to dopiero wszystko było mokre a deszcz stukał o dach przebieralni.
Na festiwalu już się wszyscy rozpierzchli. Co za pogoda! W drodze powrotnej wstąpiłyśmy jeszcze na otwarcie malutkiego muzeum w miejscowości Boda (też na Siljansleden). Było bardzo kameralnie, prawie same starsze panie, ale był bąbelkowy napój i ciastka :-)
I już na sam koniec wpadłyśmy do Pii, którą poznaliście w osobnym filmie o życiu w chacie bez prądu, jeśli regularnie oglądacie filmy na moim kanale YT :-) Pia właśnie upiekła całą serię chrupkiego pieczywa, pycha!
Zostały mi jeszcze dwa dni zanim pojechałam na południe Szwecji. Z Ruth (i Hermannem) jedliśmy dobre rzeczy i kręciliśmy się po okolicy. Udało nam się odwiedzić fabrykę ceramiki w Nittsjö i wykąpać w Siljanie, ale tam to dopiero woda była lodowata!
Odjeżdżałam nie mogąc się już doczekać następnej wizyty. Nieuniknionej!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz