Na noclegu w głębi lasu odnotowałam, że lato powoli zaczyna zbliżać się ku końcowi i dni stają się krótsze. Dania nie jest tak daleko na północy, znajduje się praktycznie na tej szerokości geograficznej co północna Polska i oto w sierpniu o 5 rano wciąż panował mrok. Zwłaszcza w głębi lasu. Tego ranka wstałam wcześnie, bo miałam ambitny plan wbicia się w trzon Półwyspu Jutlandzkiego.
Kiedy dotarłam do następnego biwaku, na którym wszystkie wiaty były zarezerwowane były tam jeszcze osoby zbierające się do wyjścia. Ale nie byli to rowerzyści, tylko wędrowcy na Gendarmstien. Nagle ni z tego ni z owego lunęło. W lesie nie byłam tak wystawiona na deszcz, ale jednak trzeba było wyjąć parasol. Wkrótce przestało padać, a ja dotarłam do płotu, który dzielił Danię od Niemiec. Chciałam przejść Danię bez opuszczania granic tego kraju, dlatego dla ubawu wystawiłam tylko jedną nogę na niemiecką stronę.
Dobiegł końca etap wyspiarski, teraz miałam zamiar przeciąć Półwysep Jutlandzki jak najkrótszą drogą i jak najbliżej granicy z Niemcami, tak żeby później trzymać się ściśle zachodniego wybrzeża. Został mi już tylko kawałek Gendarmstien, szlak się kończył na dworcu w Padborgu. Doszłam do Padborga, ale nie na dworzec, tylko do Brugsena. Musiałam zrobić zakupy na trzy dni, bo dalej nie było sklepów. Niespodziewanie trafiłam na znaki szlaku Hærvejen, najbardziej znanego duńskiego szlaku i tego, który zazwyczaj służy tym, którzy przechodzą Danmark på langs. Ma on wygodny przebieg, bo wiedzie od granicy z Niemcami do Fredrikshavn, kawałek na południe od Skagen Odde, dokąd można podejść dodatkowo. Taki wariant nie obejmuje jednak południowego krańca Danii i ma tylko około 700 km.
Najfajniejszy po drodze był kawałek średniowiecznej drogi, wykopanej spod czyjegoś pola. Hærvejen odzwierciedla przebieg starego szlaku handlowego i droga najpewniej była jego częścią.
Na wyjściu z Padborga lunęło straszliwie, a była to już któraś z kolei i nieostatnia ulewa tego dnia.
Przekroczyłam autostradę wiodącą do Hamburga.
Faktycznie udało się trzymać tuż przy samej granicy. Po niemieckiej stronie było pełno stonki ziemniaczanej: wylatywała na drogę. Na przejściu granicznym była kamera, aż mnie ciarki przeszły po plecach na wspomnienie wszystkich kamer, z którymi miałam do czynienia w ostatnich miesiącach. Nogi mnie już bolały, bo od Padborga był cały czas asfalt, ale udało mi się znaleźć przerwę w tej monotonii i przejść polami.
Chmury piętrzyły się na niebie, ale prawdziwa nawałnica miała nadejść dopiero wieczorem. Dlatego bardzo się spieszyłam na nocleg w parku miejskim, gdzie gmina zbudowała trzy wiaty. Wiaty były darmowe, można było złożyć dobrowolną ofiarę. Trudno było te wiaty znaleźć, tak były schowane. Sądziłam, że to prywatna inicjatywa i poszłam do czyjegoś domu, a tam mi pokazano, że owszem są za płotem, ale wchodzi się od strony parku. Wybrałam wiatę ustawioną tyłem do nadchodzącej nawałnicy. Jak tylko się rozłożyłam zaczęło grzmieć, ale padać dopiero później, jak już spałam. A tymczasem obok znaleźli się jeszcze dwaj niemieccy rowerzyści. Kiedy się obudziłam rano, lało jak z cebra, a obok była jeszcze rodzina, która autem przyjechała w środku nocy.
Postanowiłam tak jak poprzednio przeczekać największe opady. Po południu przestało padać i stwierdziłam, że jednak trzeba iść.
To był zły pomysł: po godzinie zaczęło znów padać. Najgorszy opad udało mi się przeczekać na przystanku, ale były i inne. Skakałam od świetlicy wiejskiej do kolejnego przystanku... A po drodze 400 km.
Wyszłam po południu, dlatego że znalazłam wiaty, których nie było w aplikacji Shelter w miejscowości Sæd. Przeżyłam wielkie rozczarowanie, kiedy okazało się, że są to wypasione chatki, które można zarezerwować, ale wszystkie już zostały zarezerwowane. Obok stały auta szczęśliwców, którzy się tam zadekowali. Był nawet ciepły prysznic. Z żalem nabrałam wody i poszłam do kolejnych wiat, jakimś cudem udało mi się jeszcze o tak późnej porze zarezerwować jedną.
Tablica na drodze informowała o zamknięciu mostu, którym miałam w planie przejść następnego dnia...
Wiaty były właśnie obok tego mostu. Faktycznie był w remoncie, ale fizycznie istniał, był już prawie gotowy, więc wierzyłam, że pertraktacje się udadzą i rano przejdę. Wiaty były na skraju pastwiska, w bagnie zrytym przez krowy. Miejsce nawiedzały licznie komary, których ogólnie w Danii było niewiele. Okazało się, że jedna z wiat przecieka i po deszczowym dniu jest w niej wielka kałuża i nie da się tam spać. Ja miałam zarezerwowaną tą drugą. Była w niej już starsza Szwedka z okolic Sälen, która przyjechała wcześniej na rowerze. Oczywiście zgodziłam się, żeby spała w mojej wiacie. Dużo gadałyśmy, odkryłyśmy że mamy dość podobny tryb życia i podróżowania - nie było problemu z wczesnym wstawaniem i robieniem hałasu. Ostatecznie i tak ja wstałam chwilę wcześniej niż Petra.
Bez problemu przeszłam przez most i weszłam na wał przeciwpowodziowy, którym biegł szlak Markstien. Znajdowałam się na granicy Parku Narodowego Vadehavet, który rozciąga się na dużej przestrzeni, obejmując połacie podmokłych pastwisk i duży obszar płytkiego morza. Jak na park narodowy to nie było tam zbyt dziko. Płaskie pastwiska były równo podzielone i zmeliorowane. Wały obgryzały z trawy stada owiec. Ścieżka nie była wydeptana i ciężko się szło, ale lepsze to niż asfalt.
Udało się znaleźć i opłacić następny nocleg.
Przekroczywszy rzekę Vidå, która niedaleko wpadała do Morza poszłam do miasteczka Højer. Przy kościele nie znalazłam kranu, ale za to na cmentarzu miałam większe szczęście. Znalazłam łazienkę oraz gniazdko. Przysiadłam na ławce i ładowałam elektronikę. Po cmentarzu kręciło się parę osób, ktoś coś podlewał. Co rusz ktoś przyjeżdżał. W pewnej chwili podeszła do mnie kobieta mówiąca po niemiecku z zapytaniem czy nie wiem gdzie można znaleźć informacje o rozmieszczeniu grobów. Niestety nie wiedziałam i nie wiem czy ona zrozumiała, że ja nie jestem stamtąd i nie zajmuję się cmentarzem. Ten rejon to Szlezwik, który w pewnym momencie zagarnęli Niemcy i byli tam długo zadomowieni, aż po pierwszej wojnie światowej zrobiono plebiscyt i podzielono ten teren. W ten sposób w Danii znalazły się niemieckie cmentarze.
Skończyłam ładować, zrobiłam zakupy i ruszyłam dalej fajną żwirową ścieżką. W krzakach była schowana wiata, potem kolejna, przy której już stało auto. Ludzie zawsze starali się podjechać pod samą ścianę wiaty, zamiast zostawić auta na parkingu i przejść się z rzeczami mały kawałek.
Parę kilometrów dalej zobaczyłam wody Morza Północnego. Udało się przeciąć półwysep i teraz już tylko zostało iść na północ, w kierunku który zawsze najbardziej lubiłam.
Nie było tutaj szlaku, byłam skazana na asfalt, szczególnie że w tej okolicy było bardzo mało wiat i biwaków. Gdyby nie to, że udało mi się rano zarezerwować wiatę nie miałabym gdzie spać, bo na biwaku nie wolno było biwakować w namiocie. A lasu tam wcale nie było, tylko pola, na których wyraźnie rysowały się grzbiety kurhanów. Było ich tam szczególnie dużo, jacyś znamienici woje czy gospodarze musieli w nich leżeć.
Wiaty były przy cetnrum sportowym w Husum-Ballum, wyjątkowo długiej miejscowości, która miała więcej członów. Miejscowość o takiej samej nazwie Ballum istnieje też na jednej z niedalekich Wysp Wschodniofryzyjskich. Tak mnie zaintrygowała nazwa, że sprawdziłam co znaczy i skąd się wzięła. Nazwa Husum pierwotnie oznaczała „I ved husene” (W/ przy domach), a w połączeniu z Ballum, które pochodzi od słowa „balle” oznaczającego wzgórze, nazwa miasta oznacza zatem domy na wzgórzu. Jak nic, była to jeszcze wikińska osada, a sądząc po kurhanach okolica zamieszkana od tysiącleci.
Miejsce, choć brzydkie, miało wiele zalet. Przede wszystkim prąd i prawdziwą łazienkę z ciepłym prysznicem w osobnym budynku. Zaczęłam od ładowania i prysznica, umyłam włosy, a potem zasiadłam do kolacji. W tym czasie przyjechała liczna czeska rodzina i zajęła drugą wiatę. Pogadaliśmy odrobinę po czesku. Czesi byli zachwyceni możliwością spania w wiacie. Obok było tipi z materiału i ono również zostało zajęte, przez parę rowerzystów. W nocy padało i zastanawiałam się czy aby na pewno było im tam sucho. Z chęcią bym kogoś zaprosiła do wielkiej wiaty, w której spałam sama, ale nie było takiej możliwości. W systemie rezerwacyjnym była zajęta, więc nikt nie przyjechał sprawdzić. Smutne.
Po nie byle jakim śniadaniu (co za przyjemność, że w Danii był serek wiejski i dobre masło) skręciłam do miejscowości i obejrzałam ulokowany w samym środku, jakby na placu, gdzie w czasach wikińskich stała świątynia, kościół. Białe domki stały wokół. W środku była szczególnie ciekawa chrzcielnica. Widzieliście już ich wiele na zdjęciach, przeważnie były proste. Wszystkie były importowane z Niemiec i były jednymi z najstarszych elementów wyposażenia kościołów. Ta była wyjątkowa, bo świetnie się na niej zachowały romańskie płaskorzeźby, przedstawiające dzikie zwierzęta i mityczne stwory. W tym pierwszym okresie istnienia chrześcijaństwa w barbarzyńskiej Europie natura jeszcze przenikała do sfery sacrum.
Później nie szłam już drogą, ale szlakiem rowerowym (po wszystkich jak najbardziej można chodzić pieszo) poprowadzonym drogą wzdłuż wału. Niestety przez wał nie było nic widać. A były tam słone mokradła i bagniska. Co jakiś czas była śluza, przez którą do morza wpływała jakaś rzeka. Tereny w głąb lądu zostały osuszone. Ujścia rzek były miejscami bytowania dzikiej zwierzyny, zwłaszcza fok. Siadłam na ławce zjeść drugie śniadanie i tak się szczęśliwie złożyło, że obserwowałam przy tym baraszkującą w wodzie fokę. Przede mną byli tam ludzie z dużym aparatem i lunetą, bezskutecznie próbujący coś wypatrzyć.
Kiedy szlak rowerowy oddalił się od morza, postanowiłam pozostać na dróżce pod wałem. To była bardzo dobra decyzja. Okolica była pusta, spotkałam tylko jedną osobę, a droga była całkiem dzika. Minęłam jeziorka z falującymi trzcinami. Nad jednym była wieża do obserwacji ptaków, która całkiem nieźle nadałaby się na nocleg.
Od strony lądu pojawiły się gęste chmury o bardzo niepokojącym kolorze. Przyspieszyłam kroku. Ale znów znalazłam coś ciekawego. Najpierw słupek szlakowy, który mnie oświecił w zakresie szlaku, na którym się znalazłam. Był to Drivvejen, też znany szlak, którego przejście kiedyś rozważałam zanim wpadłam na pomysł przejścia Danii w całości.
Potem zobaczyłam jeszcze dawny słupek graniczny na dawnej granicy Prus i Danii.
Na zaplanowanym na ten dzień biwaku było już parę osób, ale wiaty były aż cztery i to piętrowe. Ach, gdyby wszystkie takie były! Zajęłam miejsce na dole wiaty z prawej strony i poszłam do oznaczonej na mapie łazienki. Tam było WC i woda, było to jakieś miejsce edukacyjne, ale nikt się tam nie edukował. Wszyscy nocowali. Na parkingu stała masa kamperów i vanów, bo jeszcze nie zabroniono parkowania tam w nocy. Było nawet auto z Polski, na krakowskich blachach. Jak wróciłam ludzi pod wiatami zaczęło przybywać. Rowerzystów było dwóch, osobno, ale starszy Niemiec zaczął tak skutecznie zawracać głowę młodemu chłopakowi, że ostatecznie wylądowali pod jedną wiatą. Potem przyjechały dwie duńskie rodziny i chyba był ktoś jeszcze, bo ostatecznie brakło miejsca. Jedna z matek przyszła zapytać czy ewentualnie byłaby szansa żebym się zgodziła żeby ona i dzieci spały w tej samej wiacie co ja. Oczywiście zgodziłam się i wysłałam ich na górną część. Dzieciakom to się i tak na pewno bardziej podobało niż spanie na dole.
Jeszcze jedno śniadanie na szlaku, tym razem eksperyment z serem topionym, który w Danii był drogi, a wcale nie tak dobry jak w Szwecji, gdzie sery topione są wręcz wyśmienite.
Odbiłam teraz na chwilę od morza, na którego brzegu był cały kompleks bunkrów. Rósł tam las, całkiem dziki jak na Danię.
Ktoś miał w ogrodzie interesujące rzeźby.
Kurhan.
Dlaczego odbiłam od morza? Ano, żeby zwiedzić Ribe, prastarą osadę, w której znajduje się najstarszy kościół w Dani, katedra Najświętszej Marii Panny, zbudowana w latach 1150 - 1175.
Przybyłam do miasta od strony grodu obronnego. Stał on na straży osady handlowej - dawniej zanim morze się zamuliło dopływały tam wikińskie statki. Osada przeżyła rozkwit na początku VIII wieku i była prawdopodobnie najbogatszą w całym kraju. Na początku IX wieku wykopano wokół miasta rów. Później tego samego stulecia rów został zastąpiony szerszą fosą. Dowody archeologiczne wskazują, że Ribe nadal rozwijało się jako ośrodek handlowy w VIII i IX wieku, a także ponownie pod koniec XI wieku, ale z okresu pomiędzy tymi dwiema fazami zachowało się niewiele zabytków, co wskazuje na to, że miasto mogło w tym czasie podupaść, a nawet na jakiś czas zniknąć.
Kiedy arcybiskup Ansgar wyruszył na chrystianizację Skandynawii, zwrócił się (około 860 roku) do króla Danii Horika II z prośbą o budowę pierwszego skandynawskiego kościoła właśnie w Ribe, które w tamtym czasie było jednym z najważniejszych miast handlowych w Skandynawii. Obecność biskupa w Ribe, a tym samym katedry, można jednak potwierdzić dopiero od roku 948. Ostatnie wykopaliska archeologiczne w Ribe doprowadziły jednak do odkrycia od 2000 do 3000 grobów chrześcijańskich. Datowane są na IX wiek, co wskazuje na to, że w tym czasie liczna społeczność chrześcijańska żyła już w pokoju z Wikingami.
Budowa katedry w Ribe rozpoczęła się w 1150 roku, na miejscu wcześniejszego kościoła, najprawdopodobniej kościoła Ansgara, zbudowanego w 860 roku. Ribe, położone na rozległym obszarze nizinnych bagien, wielokrotnie nawiedzały powodzie sztormowe, z których najbardziej niszczycielska była powódź z 1634 roku.
Podobał mi się bardzo pomnik Dagmar, czeskiej księżniczki Margarety, żony króla Waldemara II Zwycięskiego, panującego w latach 1202 - 1241.
Udałam się do miasta i przede wszystkim do katedry. Nie byłam jedyna, był tam cały tłum turystów, ale byłam na to przygotowana.
Katedra była dziwna. Niezbyt ładna, ze względu na zestaw zupełnie różnych i nie pasujących do siebie wzajemnie i samej katedry wież. To niestety częsty przypadek w historii średniowiecznych kościołów.
Wewnątrz było lepiej. Trochę jak w Strzelnie, a jednak kościół w Strzelnie ma obfitsze, zupełnie wyjątkowe dekoracje. Ściślej rzecz biorąc kolumny. Tutaj było dość skromnie. Chrzcielnica była bardzo zabytkowa, a jednak nie była to oryginalna romańska chrzcielnica, jakiej bym oczekiwała.
Po zwiedzeniu wnętrza jeszcze raz obejrzałam katedrę z zewnątrz, tym razem przyglądając się najstarszym detalom, w tym wspaniałemu tympanonowi.
Obok, w miejscu dawnego klasztoru, znajdowało się muzeum. To w tym miejscu odkryto najstarszy chrześcijański cmentarz. Można było zobaczyć obrysy grobów. Wśród ocalałych okruchów zauważyłam resztki romańskiej chrzcielnicy - a więc była tam pierwotnie, tylko uległa zniszczeniu.
Zakończywszy zwiedzanie udałam się do sklepu, po czym skierowałam się ku polom i znowu brzegowi morza. Musiałam poprosić po drodze o zapas wody, bo okazało się, że na zaplanowanym noclegu jej nie ma. Zaczepiłam rudego brodacza o miłym wyglądzie, który pracował w ogródku. Uczynnie nalał mi wody do wszystkich butelek i zapytał o cel wędrówki. Teraz plecak zrobił się naprawdę ciężki...
Kłęby chmur zapowiadały kolejne opady. Zależało mi bardzo na noclegu pod dachem. Rowerzyści zawsze wcześnie przyjeżdżali na biwaki, nie robiąc tak naprawdę wiele więcej kilometrów niż ja pieszo. Zwykle było to około 40 km. W rzeczy samej w obu wiatach byli już ludzie. W pierwszej grupa Niemców, którzy raczyli się piwem przy akompaniamencie głośnej muzyki, w drugiej para, też z Niemiec, rozbiła namiot i postawiła rowery. Jakiś biedak rozbijał już namiot. Zebrałam się w sobie i zagadnęłam parę czy nie znalazłoby się miejsce. Rowery zostały zabrane i oto zrobiło się jeszcze bardzo dużo miejsca. Spokojnie rozwiesiłam moskitierę. Nawet zabawnie było mieć sąsiadów i zaglądać na ich sprzęt. Wkrótce zaczęło lać. Klopsiki smakowały wybornie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz