poniedziałek, 21 września 2026

Danmark på langs 5 - Kongeåslusen - Ferring (Ribe, Hvide Sande, Nissum Fiord)

Pod wiatą było zacisznie, ale jak tylko otworzyłam oczy, zostałam pozbawiona złudzeń. Lało i wiało przeokrutnie. Nie było wyjścia, jak tylko zacisnąć zęby i po śniadaniu na które była pasta z makreli, ruszyć w ubraniu przeciwdeszczowym. Parasol musiałam przytrzymywać, ale dało się z nim iść, bo wał osłaniał od wiatru pędzącego od morza.

Byłam już w Esbjergu, największym mieście na całej mojej trasie, i nic się nie poprawiało. Była niedziela, więc nie było szans na bibliotekę, myślałam, że może usiądę na chwilę na dworcu. Aż tu na raz usłyszałam swoje imię. Odwróciłam się i okazało się, że wołają mnie dwaj panowie palący papierosy pod okapem domu. Byli to Polacy pracujący przy wiatrakach. Osobą, która mnie rozpoznała był Wojtek z Barlinka, którego dziewczyna o ksywie Wiewióra śledzi moje podróże. Zaproszenie pod dach spadło mi z nieba. Zapytałam o prąd - jak najbardziej był. Przy drugiej herbacie pojawił się temat prysznica, a potem nie krępowałam się już zapytać o pranie. Ależ mi się trafiło! Chłopaki byli w domu tylko dlatego, że była zła pogoda, przy takiej nie pracowali. 





Potem nastąpił jeszcze jeden cud: przestało padać. Nadal było lodowato i wiało, ale humor miałam tak wyśmienity, że przyspieszyłam i wkrótce miasto zostało za mną. Jak tylko doszłam nad morze przyszedł czas na zaległe 500 km.






Specjalnie nie robiłam wcześniej zakupów, żeby nie nosić. Naprawdę wygodne było w Danii to, że wszędzie były sklepy. Na tym etapie wiedziałam już co dobrego gdzie można nabyć.





Zabawnym zwyczajem, który zaobserwowałam jak dotąd tylko w Danii były skrzynki na listy, na których były nadruki nie tylko z imionami, ale i podobiznami mieszkańców.




Doszłam ścieżką do klifu, a potem skręciłam w kierunku lasu, w którym miał być biwak i wiaty. Nie cały obszar był porośnięty lasem. Pojawiły się wrzosowiska, i to kwitnące na różowo. Niesamowicie wyglądały.







Na biwaku było dużo ludzi, w tym ogromnie hałaśliwa grupa Niemców ze szczekającymi psami. Na szczęście biwak był duży i osłonięty drzewami. W bardziej ustronnym miejscu znalazłam pustą małą i bardzo przytulną wiatę. Obok biwakował bardzo sympatyczny Duńczyk, który przyszedł z Esbjergu. Poszliśmy razem szukać wody. Poszukiwania zakończyły się sukcesem, kran był dokładnie tam gdzie go zaznaczono na mapy.cz. Tej nocy również padał deszcz, ale skończył się równo ze wschodem słońca - hurra.






To była bardzo fajna okolica. Nie było w niej w sumie nic naturalnego, może tylko jezioro było prawdziwe. Ale jakoś sam fakt, że w ogóle pozwolono jakiemuś lasowi tam rosnąć było krzepiące. Tylko skład gatunkowy był wyjęty z kosmosu - głównie świerki.







Niestety las się szybko skończył. Niespodziewanie trafiłam na kolejny stosunkowo długi szlak Kyst til Kyst Stien. Tylko go przecinałam. W Oksbøl zrobiłam zakupy i nabrałam wody przy kościele. Odbywał się właśnie targ staroci, ale na szczęście nie zauważyłam niczego, co pobudziłoby we mnie instynkt łowcy.





Przez całe popołudnie szłam przez poligon. Wiodła tamtędy droga, ale można też było wchodzić do lasu, na teren poligonu. Przy drodze była tablica z harmonogramem strzelań. Zakaz wstępu był tylko w dni kiedy miano strzelać, a tak od świtu do zmierzchu wstęp był wolny. Widać było ślady po pojazdach gąsienicowych, ale kurhan specjalnie ogrodzono żeby nie uległ uszkodzeniu. Niestety znowu zaczęło padać, tym razem nie był to drobny tylko dokuczliwy deszcz, ale strumienie wody targane wiatrem. Szczęściem wiatr wiał mi w plecy i mogłam się nadal osłaniać parasolem. Ale było to okropnie nieprzyjemne popołudnie. Wpadłam tylko do WC w Henne i poleciałam dalej, żeby nie zatrzymywać się i nie marznąć. Byłam skazana na biwak, nie było na nim wiat. Ale dzięki temu i brakowi dojazdu było tam zupełnie pusto. Rybę i sałatkę mogłam już spożyć pod osłoną namiotu. Rozbiłam go tuż obok wyznaczonego miejsca, pomiędzy drzewami.







Rano sytuacja pogodowa wyglądała zupełnie inaczej. Świeciło słońce, wiał wiatr. Ale wiatr przeganiał chmury i od czasu do czasu przechodziła krótka ulewa. Musiałam się tak spakować żeby trafić pomiędzy. Dobrze, że sprawdziłam wnętrze buta, bo w najbardziej zacisznym miejscu ułożył się obrzydliwy pomrów.






Skończyły się mokradła wydarte morzu. Teraz zaczynały się wydmy. Wydmy są bardzo charakterystycznym elementem duńskiego krajobrazu, zajmują wielkie obszary zachodniego wybrzeża. Są porośnięte trawami i słonolubnymi roślinami, a dalej od morza rosną wrzosy, które ustępują sosnowym zagajnikom. Wśród takiego krajobrazu miałam w zasadzie pozostać do końca. Było jeszcze ciekawiej niż sobie wyobrażałam. Oprócz wielości pagórków były też i przybrzeżne jeziora, odcięte wałami wydm od morza.








Rokitnik i mikołajek nadmorski.






Jeszcze jeden teren wojskowy.





Szłam jakimś lokalnym szlakiem, który wywiódł mnie na wydmy. Stąd widać było z jednej strony niesamowicie wzburzony po sztormie ocean (bo tu już nie było płaskich wysepek, które by osłaniały przybrzeżne morze), a z drugiej letnie domki. Domki podchodziły pod same wydmy i zajmowały wrzosowiska. Ten cudny krajobraz wcale nie był chroniony i to bardzo mnie dziwiło.







Myślałam, że będę długo iść plażą, ale z powodu sztormu plaża była całkiem zalana i nie dało się nią iść. Musiałam się przerzucić na ścieżkę rowerowo-pieszą na której było zatrzęsienie rowerzystów i z tego względu niezbyt dobrze się nią szło.









Wieczorem przerzuciłam się na drugą stronę półwyspu, który był właściwie mierzeją, oddzielającą zatokę od pełnego morza. Na końcu znajdował się biwak. Była to jedyna opcja noclegowa. Niestety wiaty były już zarezerwowane, więc planowałam biwak. W komentarzach były sprzeczne informacje. Jedni pisali, że można rozbić namiot, a inni że nie, bo ktoś przychodzi robić awantury. Nikogo nie było, były tylko zostawione rowery, więc rozłożyłam namiot pomiędzy wiatami, gdzie stosunkowo najmniej wiało. Pod wiata zauważyłam butelkę po wodzie Polaris i nabrałam podejrzeń, że rowerzyści to Polacy. I tak faktycznie było, niebawem wrócili ze sklepu. Myślałam, że to para z dzieckiem, ale w wózku dla niemowląt wieźli psa. Potem widziałam, że wiele osób tak robi i na duńskim wybrzeżu spędza wakacje o wiele więcej psów niż dzieci. Ten futrzak był całkiem sympatyczny i nie gryzł. Moi sąsiedzi wcale nie mieli rezerwacji na wiatę, po prostu ją zajęli. Czekałam długo, ale nikt nie przyjechał do żadnej z zarezerwowanych wiat. A były zarezerwowane na wiele tygodni do przodu. Doszliśmy do wniosku, że to sąsiedzi porezerwowali, żeby uniemożliwić turystom noclegi. Musiało tak być. Rezerwacje były darmowe, więc nic ich to nawet nie kosztowało. Wobec tego złożyłam namiot i wprowadziłam się do wiaty.





Kolejny dzień rozpoczęłam od wizyty w sklepie i bardzo dużych zakupów na trzy dni. Nad morzem miały być tylko miejscowości wypoczynkowe bez sklepów.





600 km!




W związku z tym, że kampery nie mogły nigdzie legalnie parkować wabiono je na zatłoczone kempingi. Wicher dął, mieszkańcy nawet nie mieli jak wyjść. Nie chciałabym spędzać wakacji w ten sposób. Ale byli tacy co chcieli. Co innego stare gospodarstwa schowane na wydmach, one wyglądały bardzo romantycznie.







Miałam trochę dość wiatru i turystów, więc z ulgą przyjęłam zmianę kierunku szlaku. Teraz wydmy były na horyzoncie, a droga biegła przez łąki.







Tego dnia nie miałam szans na dotarcie do jakiegokolwiek biwaku, ale znalazłam coś nawet lepszego: wieżę do obserwacji ptaków. Była to solidna drewniana konstrukcja, dobrze chroniąca przed wiatrem. I najważniejsze, że nikogo tam nie było. Mogłam w spokoju podziwiać zachodzące słońce. Nie był to sezon na ptaki, ale przefrunęły mewy i jakieś brodzące długonogie stwory. Czułam się tam jak w skandynawskiej chatce górskiej. Wieczorem patrzyłam jeszcze na księżyc, a rano z przyjemnością zjadłam śniadanie przy stole.











Wiatr trochę zelżał, a wyspy trzcin jeszcze przed nim osłaniały. Przyszedł czas odłączyć się od szlaku rowerowego. Postanowiłam odkryć coś nowego i przejść szlak Nissum Fiord Stien, biegnący naokoło zatoki Nissum. Miało tam być wiele biwaków z wiatami, a szlak był tylko pieszy, więc nie mogło być tłumów.






Oczywiście kurhan.




Skręciłam w kierunku Vedersø, gdzie był bardzo interesujący kościół. Pozostawiono najstarszą część budowli nieotynkowaną. W środku od razu zwróciłam uwagę na naprawdę archaiczną chrzcielnicę. Musiała być starsza niż XII-wieczne, które widywałam dotąd. Na ścianie była ciekawa płaskorzeźba przedstawiająca czyjąś twarz.








Kościół w Staby był jeszcze ciekawszy. Wręcz niesamowity. Tutaj widać było, że fundator miał większe możliwości finansowe, bo ozdób było mnóstwo. Okna - rozety i płaskorzeźby również na zewnętrznej ścianie prezbiterium. W środku z kolei polichromie z późnego średniowiecza czy wczesnego renesansu (aż tak się nie znam), przedstawiające różne sceny, w tym orszak Trzech Króli.









Ciekawe kim był władca w koronie? Może po prostu królem Danii, którymś z Haraldów.







Śliwki ktoś udostępniał za darmo. Naturalnie skorzystałam. Nie był to właściciel pałacu...





Wreszcie doszłam do pieszego szlaku. Miałam dość asfaltu, ale spadłam z deszczu pod rynnę, bo ścieżka nie była wydeptana i tonęła w trawie. Szlak chyba nie cieszył się powodzeniem... Ale był przechodni. Przekonywałam się w głowie, że właśnie o to chodziło, żeby iść jakimś bezludnym szlakiem. To była naprawdę fajna trasa. Minęłam ze dwa biwaki i za każdym razem szlak się trochę poprawiał, ale i tak nie było nikogo. Tylko małe przystanie dla łodzi i zakazy parkowania dla kamperów. Szlak był zarośnięty, ale poza tym wszystko było z nim w porządku, był poprowadzony wałami.













Na koniec dnia zawinęłam do zatoki, nad którą pasły się krowy jak za czasów Wikingów. Prawie widziałam tych Wikingów... Tym razem do biwaku dochodziła droga i było niedaleko miejsce do grillowania, z którego ktoś akurat korzystał. Wiaty jednak były puste. Nie było z nich widoku, ale były dobrze osłonięte. Miały nawet zamontowane moskitiery, ale takie przepierzenia nie były szczelne, wolałam rozłożyć swoją moskitierę.








Wyspałam się znakomicie. Nie padało i nie było deszczu w prognozie - wreszcie. Atmosfera nadal była wikińska, tym razem konie pasły się wolno na łąkach. Ścieżka nie była sprecyzowana, ale zwierzęta wydeptały sporo możliwości.







Była nawet chatka, o której nie wiedziałam. Ale kosztowała 30 DKK, w przeciwieństwie do darmowej wiaty, więc nie bardzo żałowałam.









Ostatni etap szlaku wiódł łąkami pomiędzy kanałami. Wyszłam potem na drogę i wróciłam na wybrzeże w okolicach Fjaltring (nie cofałam się już szlakiem wzdłuż ostatniej zatoczki). Z dala widać było bielejące mury kościoła. Niestety nie byłam pierwszą turystką tam. Rada parafialna wywiesiła w WC kartkę z prośbą żeby turyści zostawiali pomieszczenie w dobrym stanie, inaczej trzeba je będzie zamknąć...





Zeszłam na plażę. Była teraz możliwość wędrówki po piasku i postanowiłam skorzystać. To było coś wspaniałego. Fale huczały, ale już nie były to ryczące bałwany. Po brzegu przechadzały się mewy, a nad klifami szybowały paralotnie. W dali widać było kolejny kościół na klifie w Ferring.













Nabrałam wody w kościele i udałam się do leżących niedaleko nad jeziorem wiat, które miały być darmowe i nie podlegać rezerwacji. Oczywiście były zajęte... Ale w każdej pozostało dużo miejsca, bo były czteroosobowe. Podeszłam do faceta, który zajmował jedną wiatę i zapytałam czy przeszkadzałoby mu gdybym też się tam ulokowała na noc. Odpowiedział, że nie życzy sobie, że przyjechał wcześniej, zajął wiatę i nie ma w niej dla mnie miejsca. Wskazał smagane wiatrem miejsce obok swojego zaparkowanego auta i powiedział żebym sobie tam rozbiła namiot (nie zasłaniając mu widoku na jezioro). Był przeciwieństwem prawdziwego turysty. I znów Holender. Byłam tak zła, że zaczęłam rozstawiać namiot tuż przed wiatami. Tu chociaż mniej wiało. Ociągałam się z tym trochę w nadziei, że wrócą rowerzyści z drugiej wiaty (najpierw ich nie było, bo poszli na plażę). Byli to bardzo sympatyczni Niemcy. Jak tylko przyszli przedstawiłam sytuację, spytałam czy mogłabym przenocować z nimi pod wiatą, wspominając że próbowałam w drugiej wiacie, ale facet się nie zgodził. Powiedzieli, że oczywiście mogę się rozłożyć i zaraz się zaprzyjaźniliśmy. Facetowi w końcu zrobiło się głupio i zaprosił nas łaskawie do stolika piknikowego. Pojawiła się też jego dziewczyna. To ona prowadziła auto i woziła jego rzeczy, a on jechał na rowerze. Kolejni rowerzyści nie mieli już szczęścia ani nie próbowali go szukać, tylko rozbili namioty, które wiatr próbował wyszarpywać z ziemi.







1 komentarz:

  1. Uważam, że ludzie obecnie mają pier....ca z psami. Siedzieliśmy wczoraj w Odrodzeniu, słyszę, że "pies zamawia parówkowy zestaw śniadaniowy".
    Siedzi właścicielka obok przy stoliku, kroi te parówki i podaje siedzącemu na ławie psu kawałki widelcem do pyska. No ludzie !!!!
    Relacja fajna, mam zaległy odcinek dziś do obejrzenia ;)

    OdpowiedzUsuń