Znakowany kolorem zielonym szlak ze Szlarskiej Poręby do Wałbrzycha jest piątym co do długości szlakiem polskich Sudetów (jedenastym w polskich górach). Prowadzi skrajem Karkonoszy, przez Rudawy Janowickie, Góry Kamienne i Góry Wałbrzyskie, rejony, których nigdy wcześniej nie odwiedzałam. Miałam go na oku od dawna, a pod koniec października nadarzyła się okazja jego przejścia, z racji odbywającego się właśnie przy tym szlaku zlotu forum sprzętowego NGT.pl.
Ilekroć wybieram się w góry, zapowiadają nagłe pogorszenie pogody. To prawdziwe fatum. Tam gdzie się pojawiam zrywa się wicher, z nieba walą gromy, a podtopienia nie dotyczą jedynie mojego namiotu. Nie inaczej było tym razem, kiedy wybrałam się na pierwszą dłuższą wędrówkę po powrocie do Polski. Cóż zrobić? Wpakowałam się mimo wszystko do pociągu i z przesiadką we Wrocławiu dotarłam po południu do Szklarskiej Poręby.
Po chwili wędrówki szlakiem czerwonym znalazłam się na skrzyżowaniu, gdzie wypatrzyłam okazały rzeźbiony w "góralskim" stylu słup ze szlakowskazami. Początkowej kropki nigdzie nie widziałam, uznałam więc że to tabliczka z zielonym paskiem jest punktem startowym szlaku.
Kiedy opuszczałam Szklarską Porębę było już po 17 i w lesie zaczynało mrocznieć. Szlak był widać uczęszczany, bo ścieżka szeroka i wydeptana, a liście odgarnięte na bok. Płomienne barwy buków świadczyły o kulminacyjnym punkcie jesieni. Od razu zaczęły się skałki, tak rzadko spotykane w Beskidach, a tak częste w Sudetach, zupełnie jak w Appalachach, z którymi Sudety mają wiele wspólnego.
Szlak zielony prowadzi krawędzią Karkonoskiego Parku Narodowego. Karkonosze nie kończą się na głównym grzbiecie, mają jeszcze mniejszy grzbiet wysunięty ku północy. Ogranicza go rzeka Kamienna, wzdłuż której właśnie szłam, słuchając miłego szumu.
Odbiłam na chwilę od zielonego szlaku żeby zobaczyć Wodospad Szklarki - nie przypuszczałam żebym w najbliższym czasie miała być w tej okolicy ponownie, więc nie odpuściłam atrakcji. Mimo późnej pory było tam jeszcze wielu spacerowiczów.
Jeszcze chwilę szłam wzdłuż rzeki, a potem pięłam się pod górę aż do Michałowic, gdzie było już kompletnie ciemno, ale we wsi świeciły latarnie. Tu znów odbiłam z zielonego szlaku by znaleźć się w tętniącym życiem i bardzo tego wieczoru gwarnym Szkolnym Schroniskiem Złoty Widok, gdzie właśnie odbywał się zlot NGT-u. Bawiliśmy się doskonale, były pokazy slajdów i gra na gitarze, śpiewaliśmy do 3 nad ranem... A potem trzeba było wstać :-)
9:30 to dość późna pora na rozpoczęcie wędrówki w końcu października, ale tragedii nie było, zważywszy wydarzenia poprzedniego wieczoru :-) Ranek był chłodny i mglisty.
Popędziłam leśną ścieżką, szczęśliwa że znów mam przed sobą wiele kilometrów. Widok meandrującej ścieżynki był wręcz hipnotyzujący. Oby ciągnęła się jak najdłużej!
Szlak był tak zachwycająco dobrze oznakowany, że nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Oczywiście do czasu...
Dałam nura w dolinę Wrzosówki, przeskoczyłam asfalt i znowu w górę. Na szczęście póki co podejścia nie były forsowne.
Wokół mnie pojawiało się coraz więcej niedzielnych turystów, zastanawiałam się: co też tu może być? Po lewej miałam wysoką ścianę skalną, spodziewałam się na niej wspinaczy, ale nie widziałam żadnych zwisających lin. Aż tu patrzę, skrzyżowanie, schodki, myślę sobie - sprawdzę, zobaczę skałę z bliska. Po paru krokach mnie olśniło - na skale jest przecież zamek Chojnik, ten sam, który widziałam z okna pociągu. Nadarzyła się zatem okazja obejrzenia zamku. Tak to jest, jak się nie sprawdza przed startem gdzie się będzie szło, zawsze pełno niespodzianek.
Tym razem podejście było naprawdę strome, zasapałam się na niezliczonych stopniach. Między skałami zmyślnie wpasowano kawałek muru z kamieni z bramą. Ścieżka okrążała zamek, więc obeszłam go prawie dookoła (da się całkiem dookoła, ale drogę zagradzała barierka, więc zawróciłam). Wstęp na zamek tylko z biletami, a gdybym nabyła bilet pewnie siedziałabym tam z godzinę co najmniej, poprzestałam więc na chwili spoczynku na murach i z widokiem na góry zjadłam energetycznego batona.
Zeszłam tą samą drogą i wróciłam na zielony szlak. Długa prawie-prosta doprowadziła mnie do Przełęczy Różyckiego, a dalej szłam obrzeżami Zachełmia.
Ciekawostką na rozstaju dróg była skała z wyerodowanym zagłębieniem w kształcie ludzkiej postaci. Tablica informacyjna głosiła, że na kamieniu widoczne są też znaki pozostawione przez walońskich poszukiwaczy cennych kruszców, którzy byli w tej dziedzinie specjalistami w dawnych wiekach i licznie nawiedzali Sudety. Dlatego skała nazywa się "Kamień Waloński".
Następny odcinek obfitował w kolejne atrakcje. Pierwszą z nich był Wodospad Podgórnej, miał piękne kaskady i baseniki z czystą wodą, wydrążone przez wodę - tzw. kotły eworsyjne.
Kolejna strzałka wskazywała "Kaskadę Myi", ta nazwa już mi się kiedyś obiła o uszy, więc i tam zajrzałam. Po kilku minutach moim oczom ukazał się malutki wodospad, struga wody spływająca ze skały. Ładne miejsce, cieniste, pełne omszałych głazów. Z pewnością przyjemnie byłoby posiedzieć tam w czasie letnich upałów.
Tymczasem zrobiło się zupełnie ciepło i zupełnie dobrze wędrowało mi się drogami aż do Karpacza. Po drodze było mnóstwo poniemieckiej architektury, całkiem dobrze zachowanej. Podobały mi się zwłaszcza łupkowe dachówki i płytki, nie widziałam jeszcze czegoś takiego.
Główną atrakcją architektoniczną miał być jednak zabytkowy kościół z Vang w Norwegii, wybudowany na przełomie XII i XIII wieku. Świątynia została odkupiona przez pruskiego króla Fryderyka Wilhelma IV, by ostatecznie wylądować właśnie w Karpaczu w roku 1842. Nawet na dziedziniec obowiązują bilety wstępu.
Na horyzoncie widać już było wypiętrzenie kolejnego pasma - Rudaw Janowickich, którymi miałam wędrować w dalszej kolejności.
Zrobiło się bardzo zimno i po dotarciu do centrum Karpacza chciałam zatrzymać się gdzieś w cieple i zjeść podwieczorek. Okazja nadarzyła się natychmiast. W budynku dawnego dworca służącym teraz za lokal użyteczności publicznej różnej był lokal wyborczy, oświetlony, ogrzany, z krzesełkami. Spojrzano na mnie z uśmiechem, kiedy pałaszowałam kanapkę z serem topionym. Zagłosować niestety nie mogłam bez odpowiednich papierów.
Minęłam okazałą willę w bardzo ciekawym stylu, zamieszkiwaną przed wojną przez profesora Morgensterna, jednego z najsłynniejszych karkonoskich pejzażystów.
O ile ponad Karpaczem było zupełnie ciepło, to w głębokiej dolinie, w której miasto jest ulokowane było potwornie zimno. Całe zimne powietrze z gór spływa w podkarkonoską kotlinę, która na dodatek ma wystawę północną i rzadko ogląda słońce. Zaszło ono bardzo prędko.
Zaczęło już zmierzchać, więc rozglądałam się uważnie za miejscem noclegowym. Na mapie miałam zaznaczoną wiatę, ale bardzo blisko leśniczówki, więc nie bardzo chciałam tam akurat nocować. Szukałam też wody, bo nie nabrałam jej w żadnej z mijanych miejscowości, licząc na jakieś naturalne źródło. I faktycznie, kiedy weszłam w las po kilku chwilach wypatrzyłam malutki strumyk z czystą wodą, a zaraz obok świetną wiatę, której nie było na mapie. W dachu były jakieś nieszczelności, ale noc zapowiadała się na bezchmurną, więc nie było obaw o przemoknięcie, a skośne ściany wiaty chroniły od chłodnego powiewu. Poniżej była łąka i widok na zabudowania Kowarów, ale w oddali. Psy szczekały, ale także nie za blisko, liczyłam więc na spokojną noc. Na posadzce było trochę szkła, więc postanowiłam rozłożyć materac na wąskiej desce. Ostatecznie nie był to najlepszy wybór, bo całą noc bałam się, że spadnę.
Oprócz stresującego położenia nic nie zakłócało spokoju i rano zwinęłam się sprawnie. Poranek wstał zimny, a łąka była oszroniała.
Skrót do Kowarów był wielką pokusą, ale jednak postanowiłam dokonać ortodoksyjnego przejścia zielonego szlaku i do centrum dotarłam robiąc wielką pętlę. Nie żałowałam, bo odcinek prowadzący łąkami i skrajem zadrzewień śródpolnych był bardzo ładny.
Kowarska starówka składała się z kilku urzędowych budynków i głównej ulicy, a była zbudowana tuż nad strumieniem ujętym w wysokie mury. Bardzo urokliwe miejsce.
Miejscowość opuściłam idąc tzw. Starym Traktem Kamiennogórskim, z widokiem na główny grzbiet Karkonoszy. Dopiero w połowie drogi do szczytu Skalnika szlak odbił w leśną drogę, która była paskudnie stroma i wypłaszczyła się dopiero tuż przed kulminacją Małej Ostrej.
Na szczycie Małej Ostrej miał być punkt widokowy i skały o nazwie Konie Apokalipsy, ale przeoczyłam to wszystko i dopiero później odkryłam, że istnieje... Wspięłam się do skałki, którą zobaczyłam ze szlaku i na tym poprzestałam :-(
Ostatecznie okolice Czarnowa serwowały także ładne widoki, choć nieco przymglone.
Byłam już blisko asfaltu, kiedy na raz coś w obejściu jakiegoś domostwa zaczęło ujadać straszliwie, przemknęłam się więc chyłkiem, zerkając czy któryś z psów nie pędzi w moją stronę z wyszczerzonymi kłami, ale psy poprzestały na zaciekłym szczekaniu, najwyraźniej były przywiązane, wzruszyłam więc ramionami i poszłam dalej; ucieczka nie była konieczna.
Asfalt tylko przecięłam i wspięłam się na kolejne wzgórze, z którego było widać ładnie położony kościół w Rędzinach.
Podejście na Wielką Kopę nie należało do łagodnych. Tym razem postanowiłam zrobić kilka dodatkowych kroków na szczyt, lecz nie było tam nic do oglądania.
Na zachodnim horyzoncie nagle pojawiły się chmury, sunęły szybko i wnet zakryły całe niebo.
Po jakimś czasie zobaczyłam wydeptane przez turystów miejsca przy mocno rozjeżdżonej drodze, na której pracowali drwale (tabliczka o zakazie wstępu znajdowała się dalej). Udałam się tam i zobaczyłam suchy dołek... Było to Zielone Jeziorko, pierwsze z kilku pokopalnianych stawów, jakie utworzyły się w dawnych wyrobiskach i są teraz objęte rezerwatem Kolorowe Jeziorka.
Błękitne Jeziorko okazało się dużo ładniejsze. Przy pochmurnej pogodzie nie było może błękitne, ale można powiedzieć, że morsko-zielone, a nawet turkusowe jeśli bardzo wysilić wyobraźnię.
Cała dolina została dawno temu zryta i wydrążona, ścieżki prowadziły do wyrobisk i jam. W większych postawiono kraty, broniące turystom dostępu do mrocznych czeluści.
Purpurowe Jeziorko było bardziej bruntatne, jak torfowy stawek, ale miało ciekawy kształt, jego brzegi były z gładko ubitej gliny, co nadawało mu księżycowego charakteru. Niedaleko było jeszcze więcej wyrobisk i krótki tunel.
Po wyjściu z rezerwatu udało mi się nabrać wody ze źródełka ujętego w plastikową rurę - miałam więc już cały zapas.
Miejscowość Wieściszowice była bardzo cicha i spokojna, ktoś z podwórka długo wiódł za mną wzrokiem, tak jakby samotny turysta był tutaj rzadkością. W sezonie letnim musi tam być większy ruch.
Czekało mnie później dużo asfaltu, ale była od niego chwila wytchnienia, bo nad groblą (dalej było bagno i łąka) prowadziła przyjemna ścieżka.
Główną drogą szłam przez cały Marciszów, a na samym początku miejscowości przekroczyłam rzekę Bóbr po starym żelaznym moście. Mijałam się też z linią kolejową, którą przejeżdżały pociągi do Wrocławia... Kuszące, ale nie dałam za wygraną, pomimo coraz większego chłodu zwiastującego nadejście opadów.
Marciszów ciągnął się bardzo długo, tak jakby składał się z dwóch połączonych ze sobą miejscowości. Minęłam dwa kościoły, z których jeden, zabytkowy, był pewnie ewangelicki, a potem trafiłam na skrzyżowanie i kłopoty nawigacyjne.
Chciałam wesprzeć się mapą, ale ta niewiele mówiła, tyle że iść należy w stronę lasu i gdzieś tam będzie droga. Ano, była. Na wzgórze wdrapałam się przedzierając się przez gęste zarośla młodego i soczystego poplonu z rodziny kapustnych. Miło pachniał jesienią.
Zbliżając się do lasu zauważyłam dwa jelenie.
Udało mi się pokonać jeszcze kulminację Krąglaka z krótkim, lecz stromym podejściem, przeszłam porębę i akurat zaczęło się ściemniać, kiedy doszłam na skraj lasu. W Gostkowie miał być młyn i jakaś możliwość noclegu, ale do młyna miałam jeszcze dobre dwa kilometry, kiedy spadły pierwsze krople deszczu. Miejsce było ładne, funkcjonowało jako biwak i punkt widokowy. Zdecydowałam zrobić użytek z tarpu i przespać się na łonie natury.
Zaletą spania pod tarpem jest łatwość pakowania. Wystarczy usunąć zadaszenie i już nie trzeba się pod nie wczołgiwać, po prostu zbiera się rzeczy z ziemi. O ile nie pada, a rano już nie padało.
Wstałam o świcie i mogłam obejrzeć śliczny wschód słońca.
Tuż obok mojego biwaku znak szlaku wskazywał zejście w dolinę wzdłuż krawędzi pola, gdybym nie obozowała w tym miejscu, przegapiłabym skręt. Gostków był malutki, po pół godzinie widziałam już młyn, chyba było przy nim zadaszenie, ale nie zaglądałam żeby nie odczuć żalu.
Mapa wskazywała, że trasa tego dnia nie będzie łatwa, bo do zdobycia były trzy szczyty: Trójgarb, Chełmiec i Dzikowiec. Jak już się zdążyłam przekonać podejścia w tej części Sudetów potrafią być naprawdę strome, więc nie musiałam martwić się o to, że zmarznę, przynajmniej idąc pod górę.
Podejście na Trójgarb okazało się najłagodniejsze. Powoli zdobywałam wysokość idąc leśnymi drogami i tylko ostatni odcinek był bardziej wymagający.
Słyszałam już z dołu pracujące maszyny i zarys nowej konstrukcji, teraz natknęłam się na tabliczkę "zakaz wstępu - teren budowy", ale nie było żadnego problemu. Na Trójgarbie powstaje wieża widokowa, a pracujący przy niej robotnicy zaprosili mnie do swojego nowo postawionego domku, w którym w piecu palił się ogień i było szalenie przytulnie.
Zejście było bardzo przyjemne, ścieżka trawersowała zbocze, minęła ruiny dawnego schroniska i wyszła na drogę. Odcinka ruchliwej szosy za Lubominem nie wspominam dobrze, ale dałam sobie z nim radę dość szybko i znów znalazłam się w lesie.
Podejście na Chełmiec było upiorne. Dobrze, że było chłodno i wiał wiatr, bo chyba wyzionęłabym ducha... Zdążyłam już zapomnieć jak karkołomnie bywają poprowadzone polskie szlaki. Przez ostatnie pół roku tylko kilka razy pokonywałam coś podobnego, tym razem nie miałam jednak przed sobą żadnych przepaści ani śnieżnych nawisów, więc ostatecznie nie było tak źle.
Niestety ze szczytu nie było żadnych widoków, tylko na zejściu coś przezierało między drzewami, ale wiał taki zimny i porywisty wiatr, że ledwo się zdobyłam na zatrzymanie w celu uwiecznienia tego mętnego widoku.
Na dole było odrobinę lepiej, ale nadal zimno, najbliższe schronienie oferował sklep spożywczy w Boguszowie-Gorcach, przez których środek wiedzie zielony szlak. Miejscowość jest spora, ale jakby trochę wymarła, widać czasy świetności ma już za sobą.
Dalej był chyba najbardziej wątpliwy odcinek pod względem oznakowania. Musiałam ciągle patrzeć w mapę, a i tak udało mi się zgubić szlak. Okazało się, że zielony pasek nie ma nic wspólnego ze szlakiem pieszym, tylko rowerowym. Nie miałam tyle czasu żeby się wracać, więc podejście na Dzikowiec (bardzo strome zygzaki) wykonałam szlakiem niebieskim, ominąwszy Mały Dzikowiec.
Na Dzikowcu była wiata-taras widokowy - jeżeli chodzi o wiatę, to miała dziurawy dach z folii, o czym zdążyłam się przekonać, bo właśnie zaczęło padać, a z kolei z tarasu widokowego nie było nic widać, bo po pierwsze widok zarósł drzewami, a po drugie na niebie już tak zgęstniały chmury, że nie było nawet o czym marzyć. W tej sytuacji rozpoczęłam zejście...
Fragment ścieżkowy był pozawalany wiatrołomami, a dalej wycięto drzewa wraz z oznakowaniem. Tylko głębokie wczytanie się w mapę uratowało mnie przed zsunięciem się w głęboką dolinę. Poszłam drogą w lewo i po jakimś czasie trafiłam na znaki, które potem już prowadziły mnie bezbłędnie aż do skrzyżowania w Unisławiu Śląskim.
Rozpadało się na dobre, ale szlakowskaz wieścił tylko półtorej godziny marszu do schroniska Andrzejówka, więc wstąpiła we mnie nadzieja.
Deszcz jakby miał ochotę zgęstnieć w śnieg, ale póki co tylko bardzo wiało, zwłaszcza na polnym odcinku przed Sokołowskiem.
Sokołowsko jeszcze przed wojną było górskim kurortem i mieściło się tam zachowane do dziś sanatorium. Wieś jest naprawdę ładna, wiele budynków odnowiono.
Deszcz się nasilił. Gdzieś w połowie drogi natknęłam się na świetne wiaty noclegowe z podłogą do spania, ale wzdrygnęłam się na samą myśl o strugach deszczu chłoszczących dach lichego schronienia i z tęsknotą pomyślałam o ciepłych kaloryferach schroniska. Dałam za wygraną i tym razem udałam się w stronę cywilizacji. Kaloryfery były, w rzeczy samej, ciepłe.
Zafundowałam sobie żurek, wzięłam ciepły prysznic, pokoik był przytulny, a za oknem tak straszna nawałnica, że zupełnie nie miałam wyrzutów sumienia, porzuciwszy leśną wiatę.
Galeria polskich producentów sprzętu turystycznego, wspierających moje większe i mniejsze wycieczki :-)
Było nawet wifi i rano, kiedy mój telefon zdołał podeschnąć udało mi się sprawdzić rozkład jazdy pociągów z Wałbrzycha. Wyruszyłam po 10, mając na uwadze, że szlakowskazy pokazują absurdalne czasy przejścia, a na każdym odcinku PTTKowiec mierzący swoją prędkość miał inne tempo. Dałam sobie mały zapas, i słusznie.
Niewiele było do oglądania. Przeszłam obok odkrywkowej kopalni, na skrzyżowaniu w Rybnicy Leśnej sfotografowałam monumentalny globus, a potem schowałam głowę pod kaptur kurtki, bo zaczął padać śnieg.
Odcinek leśny minął szybko, choć znów miałam wątpliwości co do przebiegu szlaku, ale na szczęście za każdym razem wybierałam właściwą drogę. Na skraju lasu ujrzałam zabudowania Wałbrzycha. Zawsze chciałam zwiedzić to miasto, bo ma taką mroczną, poniemiecką, przemysłową aurę, ale szlak zielony akurat nie prowadził do centrum miasta, tylko kończył się na stacji Wałbrzych Główny, w trochę nijakich okolicznościach.
Na stację kolejową Wałbrzych Główny dotarłam tuż po 12. Powinna znajdować się tam PTTK-owska zielona kropka kończąca szlak, ale tak jak zazwyczaj kropki nie udało mi się zlokalizować, był jednak okazały 4-szlakowy szlakowskaz.
Szlak zielony okazał się bardzo przyjemny i polecam go wszystkim na jakiś długi weekend, wiosenny, jesienny czy letni. Przejście zajęło mi 3 pełne dni i dwie ćwiartki, pokonałam kolejno 6, 30, 31, 35,5, 7,5 km. Podejścia są dość strome, więc tempo może nie być najszybsze, asfaltu jednak nie jest bardzo dużo, widoki przyjemne, miejscowości ładne. Poniemiecka architektura miejscami nawet zadbana, nie zrujnowana. Lasy nie są wcale świerkową monokulturą, jak się tego obawiałam, przeciwnie - pełne sa buków, których listowie jesienią przybiera złocistobrązowy kolor. Szlak jest dobrze oznakowany, doskonale w części zachodniej, gorzej we wschodniej, gdzie znaków miejscami brakuje, zwłaszcza w miejscach, gdzie wycięto las. Na trasie jest tylko jedno schronisko PTTK, wiele wiat, z których większość jednak wydaje się nie mieć szczelnych dachów.
Film z wędrówki: https://youtu.be/caL244E97BM
Film z wędrówki: https://youtu.be/caL244E97BM