niedziela, 2 grudnia 2018

Sudety: Szlak zielony Szklarska Poręba - Wałbrzych

Znakowany kolorem zielonym szlak ze Szlarskiej Poręby do Wałbrzycha jest piątym co do długości szlakiem polskich Sudetów (jedenastym w polskich górach). Prowadzi skrajem Karkonoszy, przez Rudawy Janowickie, Góry Kamienne i Góry Wałbrzyskie, rejony, których nigdy wcześniej nie odwiedzałam. Miałam go na oku od dawna, a pod koniec października nadarzyła się okazja jego przejścia, z racji odbywającego się właśnie przy tym szlaku zlotu forum sprzętowego NGT.pl.

Ilekroć wybieram się w góry, zapowiadają nagłe pogorszenie pogody. To prawdziwe fatum. Tam gdzie się pojawiam zrywa się wicher, z nieba walą gromy, a podtopienia nie dotyczą jedynie mojego namiotu. Nie inaczej było tym razem, kiedy wybrałam się na pierwszą dłuższą wędrówkę po powrocie do Polski. Cóż zrobić? Wpakowałam się mimo wszystko do pociągu i z przesiadką we Wrocławiu dotarłam po południu do Szklarskiej Poręby.



Po chwili wędrówki szlakiem czerwonym znalazłam się na skrzyżowaniu, gdzie wypatrzyłam okazały rzeźbiony w "góralskim" stylu słup ze szlakowskazami. Początkowej kropki nigdzie nie widziałam, uznałam więc że to tabliczka z zielonym paskiem jest punktem startowym szlaku.






Kiedy opuszczałam Szklarską Porębę było już po 17 i w lesie zaczynało mrocznieć. Szlak był widać uczęszczany, bo ścieżka szeroka i wydeptana, a liście odgarnięte na bok. Płomienne barwy buków świadczyły o kulminacyjnym punkcie jesieni. Od razu zaczęły się skałki, tak rzadko spotykane w Beskidach, a tak częste w Sudetach, zupełnie jak w Appalachach, z którymi Sudety mają wiele wspólnego.




Szlak zielony prowadzi krawędzią Karkonoskiego Parku Narodowego. Karkonosze nie kończą się na głównym grzbiecie, mają jeszcze mniejszy grzbiet wysunięty ku północy. Ogranicza go rzeka Kamienna, wzdłuż której właśnie szłam, słuchając miłego szumu.



Odbiłam na chwilę od zielonego szlaku żeby zobaczyć Wodospad Szklarki - nie przypuszczałam żebym w najbliższym czasie miała być w tej okolicy ponownie, więc nie odpuściłam atrakcji. Mimo późnej pory było tam jeszcze wielu spacerowiczów.




Jeszcze chwilę szłam wzdłuż rzeki, a potem pięłam się pod górę aż do Michałowic, gdzie było już kompletnie ciemno, ale we wsi świeciły latarnie. Tu znów odbiłam z zielonego szlaku by znaleźć się w tętniącym życiem i bardzo tego wieczoru gwarnym Szkolnym Schroniskiem Złoty Widok, gdzie właśnie odbywał się zlot NGT-u. Bawiliśmy się doskonale, były pokazy slajdów i gra na gitarze, śpiewaliśmy do 3 nad ranem... A potem trzeba było wstać :-)




9:30 to dość późna pora na rozpoczęcie wędrówki w końcu października, ale tragedii nie było, zważywszy wydarzenia poprzedniego wieczoru :-) Ranek był chłodny i mglisty.



Popędziłam leśną ścieżką, szczęśliwa że znów mam przed sobą wiele kilometrów. Widok meandrującej ścieżynki był wręcz hipnotyzujący. Oby ciągnęła się jak najdłużej!




Szlak był tak zachwycająco dobrze oznakowany, że nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Oczywiście do czasu...



Dałam nura w dolinę Wrzosówki, przeskoczyłam asfalt i znowu w górę. Na szczęście póki co podejścia nie były forsowne.








Wokół mnie pojawiało się coraz więcej niedzielnych turystów, zastanawiałam się: co też tu może być? Po lewej miałam wysoką ścianę skalną, spodziewałam się na niej wspinaczy, ale nie widziałam żadnych zwisających lin. Aż tu patrzę, skrzyżowanie, schodki, myślę sobie - sprawdzę, zobaczę skałę z bliska. Po paru krokach mnie olśniło - na skale jest przecież zamek Chojnik, ten sam, który widziałam z okna pociągu. Nadarzyła się zatem okazja obejrzenia zamku. Tak to jest, jak się nie sprawdza przed startem gdzie się będzie szło, zawsze pełno niespodzianek.


Tym razem podejście było naprawdę strome, zasapałam się na niezliczonych stopniach. Między skałami zmyślnie wpasowano kawałek muru z kamieni z bramą. Ścieżka okrążała zamek, więc obeszłam go prawie dookoła (da się całkiem dookoła, ale drogę zagradzała barierka, więc zawróciłam). Wstęp na zamek tylko z biletami, a gdybym nabyła bilet pewnie siedziałabym tam z godzinę co najmniej, poprzestałam więc na chwili spoczynku na murach i z widokiem na góry zjadłam energetycznego batona.






Zeszłam tą samą drogą i wróciłam na zielony szlak. Długa prawie-prosta doprowadziła mnie do Przełęczy Różyckiego, a dalej szłam obrzeżami Zachełmia.



Ciekawostką na rozstaju dróg była skała z wyerodowanym zagłębieniem w kształcie ludzkiej postaci. Tablica informacyjna głosiła, że na kamieniu widoczne są też znaki pozostawione przez walońskich poszukiwaczy cennych kruszców, którzy byli w tej dziedzinie specjalistami w dawnych wiekach i licznie nawiedzali Sudety. Dlatego skała nazywa się "Kamień Waloński".


Następny odcinek obfitował w kolejne atrakcje. Pierwszą z nich był Wodospad Podgórnej, miał piękne kaskady i baseniki z czystą wodą, wydrążone przez wodę - tzw. kotły eworsyjne.





Kolejna strzałka wskazywała "Kaskadę Myi", ta nazwa już mi się kiedyś obiła o uszy, więc i tam zajrzałam. Po kilku minutach moim oczom ukazał się malutki wodospad, struga wody spływająca ze skały. Ładne miejsce, cieniste, pełne omszałych głazów. Z pewnością przyjemnie byłoby posiedzieć tam w czasie letnich upałów.



Tymczasem zrobiło się zupełnie ciepło i zupełnie dobrze wędrowało mi się drogami aż do Karpacza. Po drodze było mnóstwo poniemieckiej architektury, całkiem dobrze zachowanej. Podobały mi się zwłaszcza łupkowe dachówki i płytki, nie widziałam jeszcze czegoś takiego.





Główną atrakcją architektoniczną miał być jednak zabytkowy kościół z Vang w Norwegii, wybudowany na przełomie XII i XIII wieku. Świątynia została odkupiona przez pruskiego króla Fryderyka Wilhelma IV, by ostatecznie wylądować właśnie w Karpaczu w roku 1842. Nawet na dziedziniec obowiązują bilety wstępu.


Na horyzoncie widać już było wypiętrzenie kolejnego pasma - Rudaw Janowickich, którymi miałam wędrować w dalszej kolejności.



Zrobiło się bardzo zimno i po dotarciu do centrum Karpacza chciałam zatrzymać się gdzieś w cieple i zjeść podwieczorek. Okazja nadarzyła się natychmiast. W budynku dawnego dworca służącym teraz za lokal użyteczności publicznej różnej był lokal wyborczy, oświetlony, ogrzany, z krzesełkami. Spojrzano na mnie z uśmiechem, kiedy pałaszowałam kanapkę z serem topionym. Zagłosować niestety nie mogłam bez odpowiednich papierów.




Minęłam okazałą willę w bardzo ciekawym stylu, zamieszkiwaną przed wojną przez profesora Morgensterna, jednego z najsłynniejszych karkonoskich pejzażystów.


O ile ponad Karpaczem było zupełnie ciepło, to w głębokiej dolinie, w której miasto jest ulokowane było potwornie zimno. Całe zimne powietrze z gór spływa w podkarkonoską kotlinę, która na dodatek ma wystawę północną i rzadko ogląda słońce. Zaszło ono bardzo prędko.




Zaczęło już zmierzchać, więc rozglądałam się uważnie za miejscem noclegowym. Na mapie miałam zaznaczoną wiatę, ale bardzo blisko leśniczówki, więc nie bardzo chciałam tam akurat nocować. Szukałam też wody, bo nie nabrałam jej w żadnej z mijanych miejscowości, licząc na jakieś naturalne źródło. I faktycznie, kiedy weszłam w las po kilku chwilach wypatrzyłam malutki strumyk z czystą wodą, a zaraz obok świetną wiatę, której nie było na mapie. W dachu były jakieś nieszczelności, ale noc zapowiadała się na bezchmurną, więc nie było obaw o przemoknięcie, a skośne ściany wiaty chroniły od chłodnego powiewu. Poniżej była łąka i widok na zabudowania Kowarów, ale w oddali. Psy szczekały, ale także nie za blisko, liczyłam więc na spokojną noc. Na posadzce było trochę szkła, więc postanowiłam rozłożyć materac na wąskiej desce. Ostatecznie nie był to najlepszy wybór, bo całą noc bałam się, że spadnę.



Oprócz stresującego położenia nic nie zakłócało spokoju i rano zwinęłam się sprawnie. Poranek wstał zimny, a łąka była oszroniała.




Skrót do Kowarów był wielką pokusą, ale jednak postanowiłam dokonać ortodoksyjnego przejścia zielonego szlaku i do centrum dotarłam robiąc wielką pętlę. Nie żałowałam, bo odcinek prowadzący łąkami i skrajem zadrzewień śródpolnych był bardzo ładny.









Kowarska starówka składała się z kilku urzędowych budynków i głównej ulicy, a była zbudowana tuż nad strumieniem ujętym w wysokie mury. Bardzo urokliwe miejsce.




Miejscowość opuściłam idąc tzw. Starym Traktem Kamiennogórskim, z widokiem na główny grzbiet Karkonoszy. Dopiero w połowie drogi do szczytu Skalnika szlak odbił w leśną drogę, która była paskudnie stroma i wypłaszczyła się dopiero tuż przed kulminacją Małej Ostrej.




Na szczycie Małej Ostrej miał być punkt widokowy i skały o nazwie Konie Apokalipsy, ale przeoczyłam to wszystko i dopiero później odkryłam, że istnieje... Wspięłam się do skałki, którą zobaczyłam ze szlaku i na tym poprzestałam :-(



Ostatecznie okolice Czarnowa serwowały także ładne widoki, choć nieco przymglone.





Byłam już blisko asfaltu, kiedy na raz coś w obejściu jakiegoś domostwa zaczęło ujadać straszliwie, przemknęłam się więc chyłkiem, zerkając czy któryś z psów nie pędzi w moją stronę z wyszczerzonymi kłami, ale psy poprzestały na zaciekłym szczekaniu, najwyraźniej były przywiązane, wzruszyłam więc ramionami i poszłam dalej; ucieczka nie była konieczna.


Asfalt tylko przecięłam i wspięłam się na kolejne wzgórze, z którego było widać ładnie położony kościół w Rędzinach.








Podejście na Wielką Kopę nie należało do łagodnych. Tym razem postanowiłam zrobić kilka dodatkowych kroków na szczyt, lecz nie było tam nic do oglądania.



Na zachodnim horyzoncie nagle pojawiły się chmury, sunęły szybko i wnet zakryły całe niebo.
 
Po jakimś czasie zobaczyłam wydeptane przez turystów miejsca przy mocno rozjeżdżonej drodze, na której pracowali drwale (tabliczka o zakazie wstępu znajdowała się dalej). Udałam się tam i zobaczyłam suchy dołek... Było to Zielone Jeziorko, pierwsze z kilku pokopalnianych stawów, jakie utworzyły się w dawnych wyrobiskach i są teraz objęte rezerwatem Kolorowe Jeziorka.
 
Błękitne Jeziorko okazało się dużo ładniejsze. Przy pochmurnej pogodzie nie było może błękitne, ale można powiedzieć, że morsko-zielone, a nawet turkusowe jeśli bardzo wysilić wyobraźnię.




Cała dolina została dawno temu zryta i wydrążona, ścieżki prowadziły do wyrobisk i jam. W większych postawiono kraty, broniące turystom dostępu do mrocznych czeluści.





Purpurowe Jeziorko było bardziej bruntatne, jak torfowy stawek, ale miało ciekawy kształt, jego brzegi były z gładko ubitej gliny, co nadawało mu księżycowego charakteru. Niedaleko było jeszcze więcej wyrobisk i krótki tunel.



Po wyjściu z rezerwatu udało mi się nabrać wody ze źródełka ujętego w plastikową rurę - miałam więc już cały zapas.

Miejscowość Wieściszowice była bardzo cicha i spokojna, ktoś z podwórka długo wiódł za mną wzrokiem, tak jakby samotny turysta był tutaj rzadkością. W sezonie letnim musi tam być większy ruch.




Czekało mnie później dużo asfaltu, ale była od niego chwila wytchnienia, bo nad groblą (dalej było bagno i łąka) prowadziła przyjemna ścieżka.



Główną drogą szłam przez cały Marciszów, a na samym początku miejscowości przekroczyłam rzekę Bóbr po starym żelaznym moście. Mijałam się też z linią kolejową, którą przejeżdżały pociągi do Wrocławia... Kuszące, ale nie dałam za wygraną, pomimo coraz większego chłodu zwiastującego nadejście opadów.




Marciszów ciągnął się bardzo długo, tak jakby składał się z dwóch połączonych ze sobą miejscowości. Minęłam dwa kościoły, z których jeden, zabytkowy, był pewnie ewangelicki, a potem trafiłam na skrzyżowanie i kłopoty nawigacyjne.






Chciałam wesprzeć się mapą, ale ta niewiele mówiła, tyle że iść należy w stronę lasu i gdzieś tam będzie droga. Ano, była. Na wzgórze wdrapałam się przedzierając się przez gęste zarośla młodego i soczystego poplonu z rodziny kapustnych. Miło pachniał jesienią.



Zbliżając się do lasu zauważyłam dwa jelenie.


Udało mi się pokonać jeszcze kulminację Krąglaka z krótkim, lecz stromym podejściem, przeszłam porębę i akurat zaczęło się ściemniać, kiedy doszłam na skraj lasu. W Gostkowie miał być młyn i jakaś możliwość noclegu, ale do młyna miałam jeszcze dobre dwa kilometry, kiedy spadły pierwsze krople deszczu. Miejsce było ładne, funkcjonowało jako biwak i punkt widokowy. Zdecydowałam zrobić użytek z tarpu i przespać się na łonie natury.






Zaletą spania pod tarpem jest łatwość pakowania. Wystarczy usunąć zadaszenie i już nie trzeba się pod nie wczołgiwać, po prostu zbiera się rzeczy z ziemi. O ile nie pada, a rano już nie padało.


Wstałam o świcie i mogłam obejrzeć śliczny wschód słońca.



Tuż obok mojego biwaku znak szlaku wskazywał zejście w dolinę wzdłuż krawędzi pola, gdybym nie obozowała w tym miejscu, przegapiłabym skręt. Gostków był malutki, po pół godzinie widziałam już młyn, chyba było przy nim zadaszenie, ale nie zaglądałam żeby nie odczuć żalu.





 
Mapa wskazywała, że trasa tego dnia nie będzie łatwa, bo do zdobycia były trzy szczyty: Trójgarb, Chełmiec i Dzikowiec. Jak już się zdążyłam przekonać podejścia w tej części Sudetów potrafią być naprawdę strome, więc nie musiałam martwić się o to, że zmarznę, przynajmniej idąc pod górę.
 
Podejście na Trójgarb okazało się najłagodniejsze. Powoli zdobywałam wysokość idąc leśnymi drogami i tylko ostatni odcinek był bardziej wymagający.
 





Słyszałam już z dołu pracujące maszyny i zarys nowej konstrukcji, teraz natknęłam się na tabliczkę "zakaz wstępu - teren budowy", ale nie było żadnego problemu. Na Trójgarbie powstaje wieża widokowa, a pracujący przy niej robotnicy zaprosili mnie do swojego nowo postawionego domku, w którym w piecu palił się ogień i było szalenie przytulnie.


 
Zejście było bardzo przyjemne, ścieżka trawersowała zbocze, minęła ruiny dawnego schroniska i wyszła na drogę. Odcinka ruchliwej szosy za Lubominem nie wspominam dobrze, ale dałam sobie z nim radę dość szybko i znów znalazłam się w lesie.





Podejście na Chełmiec było upiorne. Dobrze, że było chłodno i wiał wiatr, bo chyba wyzionęłabym ducha... Zdążyłam już zapomnieć jak karkołomnie bywają poprowadzone polskie szlaki. Przez ostatnie pół roku tylko kilka razy pokonywałam coś podobnego, tym razem nie miałam jednak przed sobą żadnych przepaści ani śnieżnych nawisów, więc ostatecznie nie było tak źle.




Niestety ze szczytu nie było żadnych widoków, tylko na zejściu coś przezierało między drzewami, ale wiał taki zimny i porywisty wiatr, że ledwo się zdobyłam na zatrzymanie w celu uwiecznienia tego mętnego widoku.


Na dole było odrobinę lepiej, ale nadal zimno, najbliższe schronienie oferował sklep spożywczy w Boguszowie-Gorcach, przez których środek wiedzie zielony szlak. Miejscowość jest spora, ale jakby trochę wymarła, widać czasy świetności ma już za sobą.






Dalej był chyba najbardziej wątpliwy odcinek pod względem oznakowania. Musiałam ciągle patrzeć w mapę, a i tak udało mi się zgubić szlak. Okazało się, że zielony pasek nie ma nic wspólnego ze szlakiem pieszym, tylko rowerowym. Nie miałam tyle czasu żeby się wracać, więc podejście na Dzikowiec (bardzo strome zygzaki) wykonałam szlakiem niebieskim, ominąwszy Mały Dzikowiec.



Na Dzikowcu była wiata-taras widokowy - jeżeli chodzi o wiatę, to miała dziurawy dach z folii, o czym zdążyłam się przekonać, bo właśnie zaczęło padać, a z kolei z tarasu widokowego nie było nic widać, bo po pierwsze widok zarósł drzewami, a po drugie na niebie już tak zgęstniały chmury, że nie było nawet o czym marzyć. W tej sytuacji rozpoczęłam zejście...


Fragment ścieżkowy był pozawalany wiatrołomami, a dalej wycięto drzewa wraz z oznakowaniem. Tylko głębokie wczytanie się w mapę uratowało mnie przed zsunięciem się w głęboką dolinę. Poszłam drogą w lewo i po jakimś czasie trafiłam na znaki, które potem już prowadziły mnie bezbłędnie aż do skrzyżowania w Unisławiu Śląskim.



Rozpadało się na dobre, ale szlakowskaz wieścił tylko półtorej godziny marszu do schroniska Andrzejówka, więc wstąpiła we mnie nadzieja.


Deszcz jakby miał ochotę zgęstnieć w śnieg, ale póki co tylko bardzo wiało, zwłaszcza na polnym odcinku przed Sokołowskiem.


Sokołowsko jeszcze przed wojną było górskim kurortem i mieściło się tam zachowane do dziś sanatorium. Wieś jest naprawdę ładna, wiele budynków odnowiono.






Deszcz się nasilił. Gdzieś w połowie drogi natknęłam się na świetne wiaty noclegowe z podłogą do spania, ale wzdrygnęłam się na samą myśl o strugach deszczu chłoszczących dach lichego schronienia i z tęsknotą pomyślałam o ciepłych kaloryferach schroniska. Dałam za wygraną i tym razem udałam się w stronę cywilizacji. Kaloryfery były, w rzeczy samej, ciepłe.



Zafundowałam sobie żurek, wzięłam ciepły prysznic, pokoik był przytulny, a za oknem tak straszna nawałnica, że zupełnie nie miałam wyrzutów sumienia, porzuciwszy leśną wiatę.


Galeria polskich producentów sprzętu turystycznego, wspierających moje większe i mniejsze wycieczki :-)



Było nawet wifi i rano, kiedy mój telefon zdołał podeschnąć udało mi się sprawdzić rozkład jazdy pociągów z Wałbrzycha. Wyruszyłam po 10, mając na uwadze, że szlakowskazy pokazują absurdalne czasy przejścia, a na każdym odcinku PTTKowiec mierzący swoją prędkość miał inne tempo. Dałam sobie mały zapas, i słusznie.


Niewiele było do oglądania. Przeszłam obok odkrywkowej kopalni, na skrzyżowaniu w Rybnicy Leśnej sfotografowałam monumentalny globus, a potem schowałam głowę pod kaptur kurtki, bo zaczął padać śnieg.






Odcinek leśny minął szybko, choć znów miałam wątpliwości co do przebiegu szlaku, ale na szczęście za każdym razem wybierałam właściwą drogę. Na skraju lasu ujrzałam zabudowania Wałbrzycha. Zawsze chciałam zwiedzić to miasto, bo ma taką mroczną, poniemiecką, przemysłową aurę, ale szlak zielony akurat nie prowadził do centrum miasta, tylko kończył się na stacji Wałbrzych Główny, w trochę nijakich okolicznościach.


Na stację kolejową Wałbrzych Główny dotarłam tuż po 12. Powinna znajdować się tam PTTK-owska zielona kropka kończąca szlak, ale tak jak zazwyczaj kropki nie udało mi się zlokalizować, był jednak okazały 4-szlakowy szlakowskaz.





Podsumowanie

Szlak zielony okazał się bardzo przyjemny i polecam go wszystkim na jakiś długi weekend, wiosenny, jesienny czy letni. Przejście zajęło mi 3 pełne dni i dwie ćwiartki, pokonałam kolejno 6, 30, 31, 35,5, 7,5 km. Podejścia są dość strome, więc tempo może nie być najszybsze, asfaltu jednak nie jest bardzo dużo, widoki przyjemne, miejscowości ładne. Poniemiecka architektura miejscami nawet zadbana, nie zrujnowana. Lasy nie są wcale świerkową monokulturą, jak się tego obawiałam, przeciwnie - pełne sa buków, których listowie jesienią przybiera złocistobrązowy kolor. Szlak jest dobrze oznakowany, doskonale w części zachodniej, gorzej we wschodniej, gdzie znaków miejscami brakuje, zwłaszcza w miejscach, gdzie wycięto las. Na trasie jest tylko jedno schronisko PTTK, wiele wiat, z których większość jednak wydaje się nie mieć szczelnych dachów.

Film z wędrówki: https://youtu.be/caL244E97BM

 

21 komentarzy:

  1. Ale tam pięknie!
    Świetny opis i zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło zobaczyć rodzinne strony. Ten "taras widokowy" na Dzikowcu to górna stacja wyciągu narciarskiego. Widzę, że masz nowy plecak - kolejny Zpacks, ULA, czy coś innego? Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, nie wpadłabym na to. Stok narciarski widać już kompletnie zarósł.

      Nowy plecak to Northern Ultralight Sundown, przywiozłam go z Kanady. Zastąpi ZPacka, który już się nie nadaje do użytku. Wstępne testy wykazały, że trzeba będzie poprawić mocowanie pasa biodrowego żeby lepiej przenosiło ciężar, poza tym jest bardzo ok.

      Usuń
  3. Graty za przejście. To bardzo interesujący i różnorodny szlak. Fajnie się czytało i oglądało. :)

    > Na szczycie Małej Ostrej miał być punkt widokowy i skały o nazwie Konie Apokalipsy, ale przeoczyłam to wszystko i dopiero później odkryłam, że istnieje

    Podzielę się zatem z Tobą kilkoma fotkami z tego miejsca. ;)

    https://images82.fotosik.pl/875/dabfa56e3d63801f.jpg
    https://images84.fotosik.pl/877/6e2a58f60e31c1bc.jpg
    https://images83.fotosik.pl/876/6c5bdd09b5c69bdd.jpg

    Gdybyś jeszcze kiedyś zawitała w te strony, to warto odbić na Skalnik - na wierzchołku, za skrzynką z pieczątką jest wydeptana ścieżka prowadząca na gołoborze (trochę trzeba pokluczyć w lesie poza szlakiem, dość łatwo o pobłądzenie). Owo gołoborze jest moim zdaniem jednym z najlepszych punktów widokowych w Sudetach, a już na pewno w Rudawach:

    https://images90.fotosik.pl/78/7bf6531a3bae6ba4.jpg
    https://images90.fotosik.pl/78/4aebb7b157b5d967.jpg

    A'propos Trójgarbu, należy się spieszyć. W jego masywie zostanie wydrążony tunel i poprowadzą tamtędy drogę ekspresową S3. Zgroza...

    > Podejście na Chełmiec było upiorne.

    He he. Ja szlak pokonywałem w drugą stronę i miałem wielką przyjemność schodzić tą stromizną. Oczywiście pod koniec zejścia zgubiłem szlak, cofać do ostatniego znaku mi się nie chciało, więc postanowiłem zejść na szagę. Wpakowałem się prosto w pionową ścianę lasu, dobrze że mogłem się przytrzymać drzewek. ;)

    > Dalej był chyba najbardziej wątpliwy odcinek pod względem oznakowania. Musiałam ciągle patrzeć w mapę, a i tak udało mi się zgubić szlak. Okazało się, że zielony pasek nie ma nic wspólnego ze szlakiem pieszym, tylko rowerowym. Nie miałam tyle czasu żeby się wracać, więc podejście na Dzikowiec (bardzo strome zygzaki) wykonałam szlakiem niebieskim, ominąwszy Mały Dzikowiec.

    Chwilę po wejściu do lasu ten szlak mocno odbija w prawo i faktycznie łatwo o przeoczenie. Wielka szkoda, że pobłądziłaś akurat w tym miejscu, bo masyw Dzikowca to jedno z najbardziej widokowych miejsc na całym szlaku. ;)

    https://images84.fotosik.pl/876/1e5fcffff2720238.jpg
    https://images83.fotosik.pl/875/f66cb21f6c63207b.jpg

    Ten "taras widokowy" na Dzikowcu to nie jest taras, ani górna stacja wyciągu narciarskiego, tylko rampa downhillowa. ;) Wieża widokowa znajduje się poza szlakiem. Po połączeniu szlaku niebieskiego z zielonym, szlak w pewnym momencie odbija w prawo na ścieżkę. To odbicie należy zignorować i pójść prosto, wówczas dojdziemy do wieży widokowej i stoku narciarskiego. ;) Faktycznie jakieś oznakowanie na wierzchołku mogliby zrobić, bo w terenie jest to zupełnie nieoczywiste.

    > Wyruszyłam po 10, mając na uwadze, że szlakowskazy pokazują absurdalne czasy przejścia

    Tia, mam wrażenie, że czasówki w Sudetach są bardziej wyżyłowane niż te beskidzkie. Idąc z szafą na plecach muszę się ostro streszczać, żeby się w tabliczkowym czasie zmieścić. ;)

    Dzięki za wspomnienia. Fajnie się wraca do już przebytej trasy.

    pozdr., Dave. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dave, nie dobijaj mnie! Widoczek z Małej Ostrej musi być cudo. Ale chyba GSS gdzieś tamtędy przebiega, to jeszcze nic straconego. Skalnik też ładny.

      Tak, tak, w drodze na Chełmiec też pobłądziłam, dwukrotnie. Odcinki drogą są bardzo krótkie i zaraz trzeba znów poruszać się w pionie.

      Dzikowca nie ma co żałować, bo przez deszczowe chmury nic nie było widać. A zresztą takie widoki mam i u siebie, wygląda to jak widok z mniej więcej Lipowskiego Gronia na Zebrzydkę i masyw Błatniej :-)

      Nienawidzę PTTK-owskiej metody oznaczania odległości w czasach przejścia jakiś dziwnych ludzi. W innych miejscach na świecie podają wartości obiektywne, kilometry, mile, czy co tam mają i najwyżej dodają, że trasa trudna żeby sobie doliczyć. Czasówki są po prostu kretyńskim wynalazkiem, a irytują mnie szczególnie dlatego, że rzadko udaje mi się tych gości doścignąć. Najgorzej mam w Tatrach (pamiętam, że jeżeli szłam w dół musiałam doliczać aż godzinę w stosunku do podanego czasu) i właśnie na części tego szlaku (szłam szybko, a i tak traciłam czasem po kwadrans. Czasem znów zyskiwałam, choć szłam w takim samym tempie).

      Dzięki!

      Usuń
  4. Aga prawie się spotkałyśmy w tych Rudawach:D hihi My nie przegapiłyśmy Małej Ostrej :D
    Musimy kiedyś przejść ten szlak po całości tak jak ty :) Pozdrowienia z Leszna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda na to, że wszyscy już tam byli i nikt nie przegapił, poza mną... :-) Szlaki koniecznie należy przechodzić w całości! Do zobaczenia!

      Usuń
  5. Cześć Agnieszko, widok takiego zmierzchu i poranka wart jest zawsze noclegu pod tarpikiem, jak śpię na kwaterce nigdy takiej nagrody nie dostaję. Aga na jednym ze zdjęć widać twoje sandały to jakieś samoróbki czy firmowe. Pozdrawiam hej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby zrobić zdjęcia nieba i tak musiałam spod tego tarpika wyjść :-) Tarp nie jest zły, ma swoje zalety, z których największe to niska waga i mały rozmiar po spakowaniu. Na takie wypady jest idealny.

      Sandały to customowe Monk Sandals. Zostały z nich tylko podeszwy (wycięte na wymiar moich płetw), bo egzemplarz który dostałam do testów miał system pasków, które spadały mi z pięty. Nie chciałam ich zupełnie porzucać, więc wykonałam własne wiązanie ze sznurka, jest identyczne jak to które miałam w sandałach Xero Shoes, tam mi jednak podeszwa nie pasowała.

      Usuń
  6. nawet w deszczu pomykasz jesienią w tych butach? nie marzną Tobie stopy? czy to kwestia przyzwyczajenia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W miękkich butach stopy pracują i nie jest zimno tak jak w sztywnych. Dopiero w śniegu marznę, zwłaszcza w mokrej brei. Zimą niestety na dłuższą metę nie da się pomykać w trampkach.

      Usuń
  7. Cześć Agnieszka! Fajna wędrówka! Czy plecak to ULA? A jak tak, to który?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć. Dzięki! Plecak to kanadyjski Northern Ultralight Sundown, obecnie trochę przerobiony (dałam przyszyć pas biodrowy).

      Usuń
  8. Brawo, następna piękna wędrówka. Jestem pełna podziwu jak to czytam...sama...wiaty, spanie pod tarpem i to nie latem.Naprawdę jesteś niesamowitą babką. Część szlaku, "szłam" z Tobą, po znanym terenie jak na Skalnika,Mała Ostra to wspaniałe miejsce widokowe:) Kolorowe jeziorka, jesienią prezentują się przepięknie na co ja miałam szczęście trafić i tak jak Ty zastanawiałam się nad słynnym turkusem ów jeziorka. No, brawo!!!, bo na Chełmiec, który też poznałam wchodziłaś od bardziej wymagającej strony, ja weszłam od tej drugiej czyli Boguszowic-Gorców.Więc, brawo!!
    Tereny piękne mi pokazałaś...och...ile bym dała żeby tam teraz się znaleźć. Schronisko Andrzejówka...o tak miło tam wspominam "diabelsko ostry obiad" hi hi...niedaleko w Górach Suchych leży szczyt do Korony GP.No i Kowary, czy Karpacz to moje ulubione miejsca,,,nie mówiąc o Szklarskiej Porębie gdzie marzeniem byłoby mieszkać.
    Widzę że lubisz wędrować sama. No naprawdę jesteś niesamowita:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tarp jest rzeczywiście nieco bardziej ekstremalny :-) Ostatecznie w tej nawałnicy wylądowałam w schronisku - szczęśliwe czasy. Szłam tak jak znaki prowadziły... Ładne okolice.

      Usuń
  9. Przeszedłem ten szlak ostatnio. Oznakowanie w niektórych miejscach jest słabe, ale wystarczyła mapa i dałem rady. Co do podejścia na Chełmiec, to wcale nie uważam że jest poprowadzone karkołomnie - w górach czasami o to chodzi, żeby się zmęczyć, vide: Lackowa, Śnieżnica, Kozie Żebro. Dla mnie to jest wyzwanie a nie męczarnia. Podawania czasówek nie jest kretyńskim wynalazkiem. Kilometr podejścia np. na Chełmiec ma się zupełnie inaczej niż 1 km np. z Unisławia śląskiego do Sokołowska. Przeciętnie przyjmuje się 1km na 15 min plus dodatkowe 5 min na każde 100 m przewyższenia. Poza tym to jest czysty marsz a nie robienie fotek i oglądanie krajobrazów czy popasy. Zapraszam do PTTK żeby coś zmieniać, a nie tylko narzekać na oznaczenie i drogowskazy. W końcu szlaki te są znakowane i robione przez pasjonatów a Towarzystwo nie ma worka z pieniędzmi żeby wszystkie szlaki móc utrzymać w stanie idealnym.
    PTG 8170

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stromo poprowadzone szlaki prowadza do erozji gruntu, dlatego wspolczesnie tak sie ich nie prowadzi, w ostatecznosci budujac schody, ale najczesniej zakosy. Ze mozna sie zmeczyc to niewatpliwie, a jak to kto odbiera to juz zalezy od preferencji rzecz jasna.

      Czasowki to moim zdaniem (i nie tylko moim) zupelne nieporozumienie. Na swiecie rzecz rzadko stosowana, czasami wspolnie z znakami kilometrazowymi na trasach odwiedzanych przez przypadkowych turystow dla ulatwienia, zeby mogli sobie porownac dystans z czasem i wyobrazic trudnosc. Czasowki to subiektywna ocena jednej osoby, to nawet nie jest srednia kilku osob. Jaki procent ludzkosci wlasnie taki czas osiaga? Ludzie maja rozne wlasciwosci fizyczne. Dystans jest wartoscia obiektywna, do ktorej kazdy moze sie odniesc. A kazdy kto wybiera sie na szlak powinien spojrzec na mape, poziomice pokazuja czy teren jest gorzysty czy plaski.
      Chetnie wespre PTTK w znakowaniu, jesli jest taka potrzeba!

      Usuń
  10. W Rudawach Janowickich jest Ostra Mała a Mała Ostra w Tatrach Zachodnich.

    Ta erozja jest trochę przesadzona, dużo większe szkody robi sprzęt leśników rozjeżdżający drogi leśne, które kończą jako wysypane tłuczniem "autostrady".
    A im więcej sztucznych ułatwień, tym więcej turystów.

    Kilometrówka też nie daje pełnego obrazu przebiegu szlaku, inaczej idziesz po płaskim terenie, a inny czas osiągasz na trasie góra-dół-góra-dół. Wtedy do każdego odcinka trzeba przyjąć inną średnią prędkość marszu.

    PTG 8170

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, sprzet uzywany przez lesnikow i prowadzenie drog zrywkowych to tragedia. Ale co sie dzieje ze szlakami widac wszedzie, ludzie zaczynaja robic dodatkowe sciezki i robi sie wielkie glazowisko, ktorym w czasie deszczu plyna rzeki, pogarszajac sytuacje. Zygzaki i ewentualnie schody wydaja sie byc ulatwieniem dla turystow, ale stanowia ratunek dla przyrody. Zwlaszcza w terenach bardzo uczeszczanych.

      Usuń
  11. Hej.
    Fajna relacja ale jako rodowity kowarzanin chciałem zwrócić uwagę na niepoprawną odmianę - nie "zabudowania Kowarów" a zabudowania Kowar (to samo w "Skrót do Kowarów").
    Sorki, nie jest to czepialstwo ale strasznie kłuje w oczy :-) (pewnie tylko kowarzan).
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń