niedziela, 16 grudnia 2018

Łódzkie: Szlak Młynów nad Grabią

Przejście 46-kilometrowego znakowanego kolorem żółtym Szlaku Młynów nad Grabią było od jakiegoś czasu moim wielkim marzeniem. Trafiłam na niego przypadkiem, studiując mapę województwa łódzkiego. Natychmiast nabrałam wielkiej ochoty na jego przejście, bo nazwa skojarzyła mi się z jednym z moich ulubionych opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza "Młyn nad Utratą". Jest to historia trzech facetów poszukujących sensu życia itp. rzeczy, bardzo nastrojowa. Bohaterowie prowadzą egzystencjalne rozmowy i takież wiodą rozważania, fabuła zresztą to rzecz drugorzędna i nie należy się na niej zbytnio skupiać. Iwaszkiewicz swoim zwyczajem opisał polskie niziny tak, że czytelnik od razu marzy żeby te płaskie połacie przemierzać, błąkać po polach, zatapiać wzrok w rzecznej głębinie.

Utrata płynie na zachód od Warszawy, na południe od Puszczy Kampinoskiej, i nie ma nad nią żadnego szlaku. Jak się okazuje Szlak Młynów nad Grabią to jedyny szlak w Polsce z młynami jako motywem przewodnim. Grabia płynie przez Ziemię Sieradzką, największe miasto przez jakie przepływa to Łask, a tamte okolice szczególnie lubię, bo mam z nich miłe wspomnienia. Zelów, Szadek i Łask były to miasteczka, przez które jeździliśmy z rodzicami nad morze "na skróty", chcąc uniknąć przejeżdżania przez centrum Łodzi.

Późna jesień to bardzo nastrojowa pora, nie nastraja ona jednak do zbyt długich wędrówek. Dwa - trzy dni to jeszcze można wytrzymać, a i tak trzeba mieć trochę fantazji żeby pod koniec listopada na pytanie "chcesz powędrować w weekend w łódzkim?" odpowiedzieć "tak". Towarzyszem wycieczki, który tak pozytywnie zareagował na moją propozycję był, podobnie jak w marcu w zachodniopomorskim i lubuskim, mój kolega Michał. Podobnie jak ja do Łodzi jechał nocą, spotkaliśmy się w poczekalni dworca Łódź Fabryczna (nie polecam noclegu, kategorycznie zabraniają kłaść się na ławkach z żelaznych prętów, a ławki mają podłokietniki, uniemożliwiające położenie się w pozycji horyzontalnej).

O 6:20 wsiedliśmy w bus PKS Łódź zmierzający w kierunku Wielunia (to może innym razem) i po niemal dwóch godzinach wysiedliśmy w Grabnie. Spotkaliśmy tutaj od razu nasz żółty szlak i jeden z jego niewielu znaków, ale chcieliśmy zacząć na początku, a więc na stacji kolejowej Siedlce Łaskie. Oddzielał nas od niej tylko kilometr asfaltu, a nie miał to być to jedyny odcinek, który na Szlaku Młynów nad Grabią przemierzaliśmy dwukrotnie, więc bez szemrania poszliśmy na stację, na której od dawna nie zatrzymują się żadne pociągi pasażerskie.



Kropki rozpoczynającej szlak nie było, nie było też żadnego znaku, za to przejechał długaśny pociąg towarowy i odtrąbił początek naszej wędrówki. Wróciliśmy na skrzyżowanie.




Początkowo próbowaliśmy iść według mapy, ale musieliśmy wrócić, bo dawny przebieg szlaku ginął w szczerym, zaoranym polu. Wróciliśmy na szosę, przy której było kilka odświeżonych znaków. Poprowadziły nas one w las i nad bagno, które według mapy powinniśmy byli przejść w całości. Nawet i ta ścieżka, która była na brzegu zarastała, więc cieszyliśmy się z chwili przebywania na łonie natury. Wczytaliśmy się też w listę chronionych gatunków, żyjących w bagiennym rezerwacie.








Bagno było piękne, doprawdy nie spodziewałam się takiego matecznika w łódzkim. Już nam się podobało! Spoczęliśmy na skarpie żeby pogrzać się na słońcu jedząc drugie śniadanie.





Z mokradeł wyszliśmy na miejscowość Grabica, której skrajem płynęła płytka struga o piaszczystym dnie. Bardzo mnie dziwi widok takich strumyków - górskie strumienie wrzynają się głęboko w grunt, a to płynie sobie tak zupełnie na wierzchu, jakby ktoś puszczał wodę z węża!


Architektura na terenach bliższych przemysłowej Łodzi różni się wyraźnie od drewnianego Mazowsza - często spotyka się ceglane budynki, dosyć fantazyjnie ozdobione.


Niedługo po tym, jak odnowiono znaki szlaku w jego południowej części, słupy, na których tak pracowicie wymalowano żółte paski runęły i zostały zastąpione przez potężniejsze konstrukcje.



Asfaltem doszliśmy do mostu na Grabi. Znajdował się tam jeden z lepiej zachowanych młynów "Krzywda" z 1867 roku. Obok młyna było spiętrzenie, część wody płynęła jako młynówka, a drugi kanał obok, po czym łączyły się one jeszcze przed mostem tworząc coś na kształt stawu.




Za mostem skręciliśmy w polną drogę, wiodącą tuż nad rzeką. Jak tam było pięknie i na jak cudowną trafiliśmy pogodę!









Mieliśmy nadzieję nie rozstawać się z rzeką i rzeczywiście, po tym jak zgubiliśmy znaki pozostaliśmy jak najbliżej wody, poszliśmy ścieżką lesistym brzegiem i znów znaleźliśmy zatarty znak.


Rzeka wcinała się zakolem w piaszczystą skarpę morenowego wzgórza, a z góry był wspaniały widok i niezłe miejsce biwakowe, a pewnie i do kąpieli.





Później był kawałek asfaltu przez wieś Grabię, ale niebawem wróciliśmy nad Grabię rzekę. Nie mieliśmy się przez nią na szczęście przeprawiać, ale zajrzeliśmy nad bród z ciekawości. Był dość głęboki, a woda zimna.



Nawigując "na oko" trafiliśmy do następnej wioski, tam czekał nas znów dłuższy kawałek twardej nawierzchni.



Ponownie przekroczyliśmy Grabię po moście drogowym, podziwiając kolejny XIX-wieczny młyn.





Dalej z kolei weszliśmy w pola, które przypominały nam wiosenną wędrówkę na Pomorzu. Szybko się one jednak skończyły i znów byliśmy w lesie. Minęliśmy miejsce pamięci i kapliczkę pozostającą od jakiegoś czasu w fazie konstrukcji...




Nie oddaliliśmy się zbytnio od rzeki, Grabia znów płynęła tuż obok drogi, był na niej bród, ale szlak nas tam nie prowadził - całe szczęście, bo był głęboki, umocniony polodowcowymi granitowymi głazami.



Wyszliśmy na obrzeża Lichawy. Dalej kombinowaliśmy trasę sami, bo stary przebieg z mapy zmusiłby nas do dwukrotnego brodzenia przez rzekę na odcinku z Lichawy do Kustrzyc - może spróbowalibyśmy latem, ale nie w obliczu nadciągającej mroźnej nocy. Znaków nie było. Do Marzenina doszliśmy asfaltem równolegle do szlaku z mapy, tyle że po drugiej stronie Grabi.



Po dotarciu do Marzenina poszukiwaliśmy chwilę następnego młyna, który odnaleźliśmy za zabudowaniami jakiegoś gospodarstwa. Parkowały przed nimi ciężarówki, a w podwórku, pod narodową flagą i tabliczką oznaczającą obszar chroniony leżała sterta pociętego drewna drzew o wymiarach pomnikowych - pewnie poległa jakaś starożytna aleja. Prawdziwy symbol naszych czasów.



Słońce schowało się za horyzontem, zrobiło się natychmiast zimno, a my byliśmy już myślami na leśnym biwaku. Musieliśmy jednak oddalić się najpierw od miejscowości i przejść pod wiaduktem drogi krajowej S8.


Bardzo krótki epizod asfaltowy, bo sięgający tylko 100 metrów po obu stronach wiaduktu zakończył się w przyjemnym sosnowym lesie. Z jednej strony był wilgotny ols i jego chcieliśmy z oczywistych względów uniknąć, z drugiej sosenki z dywanem mchu w runie. W takich właśnie sosenkach wypatrzyliśmy idealne miejsce biwakowe nieopodal sporego jeziora o półkolistym kształcie.
 
Rozbiliśmy szybko namioty i ruszyliśmy na poszukiwanie opału, marzyliśmy bowiem o ognisku. Nie mieliśmy żadnych narzędzi, którymi moglibyśmy się wspomóc przy rozniecaniu ogniska, jedynie zapalniczkę. Pierwsza próba spełzła na niczym – małe patyczki zapłonęły, po czym ognisko zgasło. Poszłam zlustrować sosnowe pnie z pomocą czołówki w poszukiwaniu żywicy, a tymczasem Michał spróbował po raz kolejny i tym razem się udało. Małe, wesołe ognisko grzało nas przez cały długi, późnojesienny wieczór. Od strony pleców czuliśmy nieco chłodu płynącego znad jeziora, ale ciepło, jakie biło od żaru sprawiało, że było nam zupełnie dobrze. Ugotowaliśmy kolację, dorzucając co chwilę kolejne patyki – większych konarów nie było szans pozyskać bez narzędzi.



Michał obudził się jeszcze przed świtem, usłyszałam jego kroki, kiedy wracał po siódmej znad jeziora, a ja dopiero się obudziłam. Na wewnętrznej stronie namiotu było nieco szronu, najwięcej pod okapem, czyli wentylacja działała prawidłowo. Woda częściowo zamarzła, ale jako że wieczorem włożyłam litr zimnej w nogi śpiwora miałam teraz litr letniej. W nogach była też elektronika i kartusz z resztką butanu. Odpaliłam go i udało mi się doprowadzić do przyjemnie ciepłej temperatury wodę na mleko kokosowe w proszku, po czym palnik zgasł. Widocznie resztki butanu nie miały już dość ciśnienia, choć trochę mnie to zdziwiło, bo zawsze udawało mi się wykańczać kartusze do zera.



Wyszliśmy jakoś po 8:30, zapomniałam sprawdzić. Szlak poprowadził nas wzdłuż brzegu jeziora, które było skute lodem na grubość kilku centymetrów. Tylko na jego północnym końcu, gdzie przygrzewało niskie, zimowe słonce, była wytopiona kałuża, a w niej stadko kaczek i trzy łabędzie.





Zwiedziliśmy gruntownie ruiny leśnego gospodarstwa. Budynek mieszkalny spłonął, ale stodoła jeszcze nadawała się na nocleg.




Przez pomyłkę zamiast skręcić, wyszliśmy na zmarznięte pola. W ciągu nocy wszystko jak okiem sięgnąć pocukrował mróz. Po kilkuset metrach coś zaczęło nie pasować - musieliśmy wrócić do Zielęcic, gdzie dawniej również stał młyn i rzeka wciąż przelewa się przez spiętrzenie. Były tam kiedyś ruiny dworu, lecz teraz pozostały tylko drzewa, które je zarosły i jakiś nowszy budynek gospodarczy, również się rozpadający, ale na nocleg byłby jeszcze zdatny.




Niespodziewanie znów pojawiły się stare znaki, a jeden wyglądał jakby był namalowany w biało-żółtą zebrę, tak się rozciągnął kiedy drzewo rosło.


Później mniej już było dzikiej przyrody, bo szlak okrążał od północy miasto Łask. I tutaj domy były z cegły, okna pozasłaniane i tylko czasem zaszczekał jakiś pies na straży, bo Orchów był jeszcze pogrążony we śnie w ten zimny, niedzielny poranek. Pogoda zaczęła się psuć i niebo zasnuło się chmurami. Na popołudnie zapowiedziano opady śniegu.



Prawie przegapilibyśmy ciekawostkę archeologiczną - w Orchowie znaleziono pozostałości osadnictwa ze wszystkich epok począwszy od neolitu. Szkoda, że nie napisano gdzie, ale przypuszczam, że odkrycia dokonano w czasie budowy linii kolejowej ze Zduńskiej Woli do Łodzi.


Drugi dzień wycieczki nie zaskoczył nas dotąd żadnym pięknym widokiem, ale teraz miało się to zmienić, bo od głównej drogi odbiliśmy w coś, co niegdyś było ścieżką na wale przeciwpowodziowym. Grabia była tutaj ujęta w kanał, a płynęła tak spokojnie, że trudno sobie wyobrazić by mogła wylewać. Wał był wykoszony, więc szło się bardzo dobrze, a im dalej od zabudowań tym lepiej. Zrobiliśmy sobie przerwę w zaciszu tuj, okalających ostatnie zamieszkałe parcele. Woda która nocą zamarzła wcale nie chciała odtajać.





Lekko zmarznięci poszliśmy dalej, oglądając smętne widoki na późnojesienne pola, nagie drzewa i przelatujące kaczki. Woda odbijała szare niebo i była zupełnie sina, choć czysta i przejrzysta.







Zaczęliśmy się już zbliżać do końca wędrówki. Przecięliśmy las, w którym był ostatni znak, a potem przez dłuższy czas szlak prowadził wzdłuż torów kolejowych, którymi gnały kolejne chińskie kontenery.


Ostatnie kilometry szlaku były zupełnie pozbawione oznakowania, zgodnie z przewidywaniem także na stacji kolejowej Kolumna, gdzie miał się on zakończyć nie było kropki (na drzewach występowały za to w obfitości odnowione czerwone znaki Szlaku Wokół Łodzi). Cóż, trudno, zrobiliśmy sobie pamiątkową fotografię pod rozkładem jazdy pociągów i przejście uznaliśmy za dokonane.


Dworzec kolejowy w Kolumnie zasługuje na chwilę uwagi. Jest to budynek wybudowany w czasie okupacji przez Niemców. Stary drewniany okazał się za mały tuż po wybudowaniu i jeszcze przed wojną było mnóstwo na ten temat dyskusji.



Do odjazdu pociągu do Łodzi Kaliskiej mieliśmy jeszcze masę czasu, a drzwi do poczekalni zdawały się być zamknięte (próbowałam otworzyć, głowę bym dała, że były naprawdę zamknięte), więc udaliśmy się do miasta. Trudno powiedzieć czego się spodziewaliśmy - albo przemysłowych ruin, albo zwykłej wioski, tymczasem Kolumna okazała się być miejscowością pełną przepięknych drewnianych willi, należących zapewne do bogatych mieszkańców Łodzi, którzy mieli tu swoje siedziby w otoczeniu lasu.





Kolumnę przeszliśmy wzdłuż, wszerz i na ukos, ale coś nie mieliśmy szczęścia. Kiedy trafiliśmy na pizzerię było już mało czasu, a kiedy zaczęliśmy dygotać z zimna na peronie i nadjechał pociąg z poczekalni wyszli wcale nie zmarznięci inni pasażerowie... A więc był jednak sposób na to, żeby się tam dostać! Trochę nas to podłamało... Dalej już bez kłopotu dojechaliśmy do Łodzi i rozjechaliśmy się każdy w swoim kierunku.


Podsumowanie

Szlak Młynów nad Grabią jest bardzo piękny, warto go przejść, nawet jeśli trzeba dojechać z odleglejszych rejonów kraju. Niestety niewiele na szlaku jest młynów - widzieliśmy tylko 3, choć miało być ich 6 czy nawet 7. Z bliska nie widzieliśmy żadnego, na ruiny w ogóle nie trafiliśmy, a do młynów w dobrym stanie broniły dostępu płoty prywatnych posesji. Mogliśmy jednak zobaczyć je z pewnej odległości, a także urządzenia wodne, spiętrzenia i w ogóle rzekę, która sama w sobie jest warta przejścia szlaku. Zaskoczyła mnie swoją urodą – spodziewałam się zwykłej leniwej nizinnej rzeki, a Grabia ukazała swoje zarówno meandrujące, spokojne oblicze, jak i wartki nurt oraz głębie i piaszczyste skarpy.
 
Długość szlaku to wielka niewiadoma. Podawane przez PTTK 46 km to przesada, gdzie indziej można znaleźć 36 km, to znowu za mało. Trochę się nakrążyliśmy, ale też ścięliśmy coś na bagnach, myślę więc, że szlak ma około 40 km.

Szlak jest bardzo źle oznakowany, na odcinku południowym zdarzały się odnowione znaki, później już tylko z rzadka widywaliśmy stare, zatarte. Szliśmy tak jak nam się wydawało, że powinniśmy i często w końcu pojawiał się jakiś znak. Do nawigacji służyła nam mapa wydawnictwa Compass „Łódzkie, część południowa” w skali 1:100 000, przebieg szlaku na mapie był jednak nieaktualny. Wiele dróg, jakimi dawniej prowadził szlak zostało zaoranych bądź jest zarośniętych. Możliwe, że daniej były to odcinki bardzo malownicze, bo prowadzące przez łąki i mokradła. W chwilach kompletnego zwątpienia wspomagaliśmy się lokalizacją GPS, ale nie dysponowaliśmy śladem, bo go nigdzie nie znaleźliśmy. Nie zawsze byliśmy w stanie trzymać się szlaku, czasem pobłądziliśmy, zdarzyło się też, że wiedzieliśmy, że szlak powinien przekraczać rzekę, ale że nie ma na niej kładki, a na przeprawę w bród w listopadzie, w przededniu zimy, nie mieliśmy ochoty. Uznaliśmy, że nie ma wielkiego znaczenia czy będziemy się tym razem w 100% trzymać szlaku.
 
Pomimo utrudnień nawigacyjnych i odcinków asfaltowych szlak uważam za bardzo ciekawy i polecam go na weekend o każdej porze roku. Jeśli macie do dyspozycji samochód będziecie mogli obejrzeć jeszcze kilka młynów znajdujących się w okolicy, np. w Talarze.

Film z wędrówki szlakiem: https://youtu.be/99qs5JK0xeQ

niedziela, 9 grudnia 2018

Test: Kwark Koszulka Pustynna

W 2018 roku po raz pierwszy miałam wędrować przez pustynię - szlak Continental Divide Trail rozpoczyna się na Pustyni Chihuahua i biegnie przez odosobnione pustynne i półpustynne masywy górskie rozsiane na obszarze stanu Nowy Meksyk. Dalej na północ prowadzi górskim grzbietem sięgającym powyżej 4000 m n.p.m., często zaśnieżonym, a więc tam również miałam mieć do czynienia z silnym promieniowaniem słońca.

Pustynia stanowiła przed wyjazdem największą zagadkę. Miałam przeczucie, że jej nie polubię, wiedziałam jednak, że będę musiała się z nią zmierzyć. Przypuszczałam, że żaden parasol nie będzie mi potrzebny, wystarczy duża jedwabna chustka, daszek, okulary przeciwsłoneczne, rękawiczki rowerowe, krem z filtrem na pierwszych kilka dni (bo nie wyrzekłabym się za nic krótkich spodenek) i wreszcie biała koszulka z długim rękawem - Pustynna, którą firma Kwark zaoferowała mi do przetestowania.


Pierwotnie rozważałam zakup jakiejś rozpinanej koszuli, tak modnej wśród długodystansowców. Koszule jednak są grube, mało przewiewne, a przede wszystkim źle na mnie leżą. Chciałam czegoś miłego w dotyku i cienkiego. Koszulki Icebreakera z krótkim rękawem, której z takim zadowoleniem używałam w Nowej Zelandii i w Appalachach nie produkują w wersji z długim rękawem. Propozycję testu Pustynnej przyjęłam z radością - to był strzał w dziesiątkę.


Dane techniczne i opis producenta

Cieniutka, bardzo lekka, przewiewna i świetnie chroniąca przed słońcem koszulka na upał. Jest bardzo elastyczna- jak inne rodzaje PowerDry wciąga pot i odsuwa go od ciała, nie śmierdzi, szybko schnie i łatwo się pierze. Przeznaczona do ochrony przed UV przy wszystkich rodzajach aktywności, bieganiu, wędrówce, jeździe na rowerze, kajakach.

Skład: 89% poliester 11% spandex
Kolor: biały
Rozmiar: M (ze skróconymi rękawami)
Waga: 96 g
Wyprodukowano w Szczecinie :-)


Warunki użytkowania

W trakcie przejścia CDT Pustynna była przez cały czas podstawą mojego ubioru. Zależało mi na tym, żeby w trakcie wyprawy nie zmieniać zbyt wielu elementów ekwipunku i ograniczyć w ten sposób ilość bagażu, także tego przebywającego w mojej wędrującej paczce pocztowej. Miałam tam koszulkę Icebreakera na wypadek konieczności wymiany, ale założyłam ją dopiero w Kanadzie.
 
Przede wszystkim chciałam zadbać o możliwie najlepszą ochronę przed przegrzaniem się, o ochronę przed wychłodzeniem martwiłam się nieco mniej, należę bowiem do osób, którym w czasie wysiłku nigdy nie jest zimno, za to umierają z gorąca kiedy na zewnątrz jest powyżej 10 stopni Celsjusza. Postanowiłam więc, że Pustynna wystarczy jako podstawa na całą wyprawę, a jako warstwa termiczna w trakcie wędrówki będzie mi służyła bluza z Polartec Powerstrech. Zestaw sprawdził się doskonale.
 
Warunki pogodowe trafiały się różne, przeważnie było jednak gorąco i sucho, do 38 stopni Celsjusza w cieniu,  a zatem ponad 40 stopni w słońcu. Jedynie wysoko w górach Colorado oraz na północy Montany było zimno (lekki mróz). Bardzo mało padało, dni ze znaczniejszymi opadami było tylko 9.






Materiał

Pustynna jest wykonana z bardzo cienkiej i elastycznej odmiany Polartec Power Dry. Materiał ma fakturę drobnej kratki z mikroskopijnymi dziurkami, które mają wspomagać oddychalność. Jest miękki i miły w dotyku, nie jest śliski i nie robi wrażenia "plastikowego" jak niektóre materiały syntetyczne. Skład to 89% poliester i 11% spandex, zwany inaczej lycrą lub elastanem.

Materiał jest na tyle gęsty, że prawie całkowicie blokuje promienie słoneczne, które odbijają się od bieli. Przenika tylko odrobina, możliwe że przez dziurki. Różnica między opalenizną a skórą pod koszulką jest ogromna.



Krój i wygoda

Pustynna ma bardzo prosty krój. Materiał jest elastyczny i zadziwiająco dobrze dopasowuje się do sylwetki. Jest to model uniseks, nie ma żadnych specjalnych profilowań. Koszulka jest dość obszerna i nie przylega do ciała - tak być właśnie powinno w przypadku ubrań na pustynię, bo mają one przede wszystkim osłaniać przez słońcem, a skórze pozwolić odparowywać, zamiast odprowadzać cały pot. Dzięki temu, że koszulka powiewa na wietrze oraz jest bardzo cienka i przewiewna, mechanizm chłodzenia organizmu poprzez pocenie się może działać. Inaczej jest w przypadku ubrań przeznaczonych na niskie temperatury - te mają odprowadzać pot i szybko schnąć, tak żeby parująca wilgoć nie zdołała schłodzić naszego ciała.
 
 
Według tabeli rozmiar M jest na mnie za duży aż o 10 cm we wszystkich wymiarach, wcale jednak tak tego nie odczuwałam. Przy zakupie Pustynnej pamiętajcie żeby nie wybierać zbyt dopasowanego rozmiaru, ze względu na właściwości chłodzące.
 
 
Przy szyi jest dość szeroka lamówka. W tym miejscu koszulka zachodzi na szyję - to zrozumiałe, kiedy chcemy żeby osłaniała jak najwięcej. Metka nigdy mnie nie drapała i nie chciało mi się jej wyciąć.
 
 
Pustynna jest bardzo wygodna, nie krępuje ruchów i prawie jej nie czuć, tak jest lekka. Szwy są płaskie i poprowadzone w zwykłych miejscach. Można byłoby je trochę przesunąć, bo użyte nici są bardzo mocne, ale i bardzo sztywne. Na samym początku wędrówki miałam dwa drobne obtarcia od szwów. Zakleiłam je plastrem, a potem już nigdy mi to nie przeszkadzało.
 
 
Tak naprawdę jedyne mankamenty Pustynnej dotyczą jednak właśnie kroju. Faktem jest, że testowany model to uniseks, więc powinien także pasować na panów o muskularnej budowie ciała. Tym można byłoby może wytłumaczyć obszerny wykrój rękawów, które zwisają pod pachami. Nawet kiedy była nowa, marszczyła się w miejscu zetknięcia z szelkami plecaka. Osobiście lubię, kiedy koszulka bardziej przylega pod pachami i może pochłaniać wilgoć, chroniąc w ten sposób przed odparzeniami.

Kwark wprowadził zmiany w kroju Pustynnej i, jak się dowiedziałam, krój rękawów został zmieniony.


Drugi element, w którym jest nadmiar materiału to tył. Został on przedłużony, nie wiem dlaczego. Ze względów estetycznych wyrównałabym tył, tak żeby miał taką samą długość jak przód. W przypadku ubrania na pustynię nie ma mowy o potrzebie polepszenia termiki, bo tutaj im mniej izolacji tym lepiej. Przedłużony tył okazał się mieć wręcz odwrotny skutek, bo kiedy robiło się zimno i czasem koszulka była mokra, zwisający tył magazynował wilgoć i najwolniej ze wszystkich miejsc schnął. Kiedy koszulka wyciągnęła się zaczął nawet zwisać poniżej plecaka, a w czasie przerw na drugie śniadanie siadałam na nim. Było to irytujące.

W nowej wersji Pustynnej na szczęście nie ma już przedłużonego tyłu, więc problem zniknął.
 
Zdjęcie poniżej jest kiepskiej jakości (klatka wycięta z filmu), ale widać właśnie skalę zjawiska.



Termika i oddychalność

To właśnie te cechy były decydujące przy wyborze Pustynnej. Tak jak wspominałam, należę do osób, którym zawsze jest w ruchu gorąco, cóż dopiero na pustyni, dlatego niezwykle cienka Pustynna okazała się tak cennym nabytkiem.
 
Włókna materiałów syntetycznych nie pochłaniają wody (potu), dlatego ubrania z nich uszyte często powodują efekt sauny. Zwykle nie noszę ich jako pierwszej warstwy na gołą skórę, z tego właśnie powodu. Power Dry jest jednak inny, jego nitki są tak drobne, że wilgoć wsiąka pomiędzy nie i szybko odparowuje, w czym pomaga dziurkowana struktura. Choć Power Dry jest plastikowy, nie powoduje nieprzyjemnego odczucia.
 
Jedynym nieprzyjemnym zjawiskiem jest zakładanie wilgotnej koszulki - jeśli wieczorem pot nie zdążył wyschnąć rano jest zimny kompres. Zjawisko to dotyczy wszystkich syntetyków, a także w pewnym stopniu, choć nie tak dużym, ubrań z naturalnych materiałów.
 
Pustynna jest bardzo przewiewna, więc do skóry docierały powiewy wiatru. Na pustyni było to zbawieniem.
 
Grubość tej odmiany Power Dry jest tak niewielka że nie można właściwie mówić o tym, że grzeje, a jednak z powodzeniem nosiłam Pustynną w temperaturach około 10 stopni Celsjusza, dopiero poniżej tej wartości dokładając bluzę z Power Strechu.
 
Jestem wielbicielką koszulek z krótkim rękawem, ale tym razem nie miałam wyjścia, bo mam jasną skórę i chciałam uniknąć poparzeń. Obawiałam się, że będą mi przeszkadzać długie rękawy, ale wcale tak nie było. One także chroniły przed przegrzaniem, przepuszczały powiewy wiatru. Rękawy podwijałam sporadycznie, dopiero na samej północy. Materiał jest na tyle elastyczny, że rękawy można podwinąć na dowolną długość i nie zjeżdżają.
 
Power Dry, z którego uszyta jest Pustynna nie posiada wykończenia DWR ani włosków (włókien) jak np. wełna, dlatego woda nie perli się na jego powierzchni, tylko od razu wziąka w materiał. Na deszczu Pustynna przemaka błyskawicznie, dlatego mając ją na sobie, nie należy nigdy zwlekać z założeniem kurtki przeciwdeszczowej.


Smrodliwość, pranie i schnięcie

Choć Pustynną miałam na sobie każdego dnia wędrówki (było ich w sumie 128) nie odnotowałam nadmiernego łapania zapachów. Po materiale syntetycznym spodziewałam się, że po kilku dniach będzie śmierdział, ale bywał tylko nieświeży, mniej lub bardziej. Bez prania nosiłam ją zwykle 7 - 14 dni. Z pewnością dużą rolę odgrywał tu suchy klimat, bo bakterie rozwijają się w środowisku wilgotnym, a Pustynna bardzo szybko wysychała i tylko pod pasem biodrowym i na plecach bywała wilgotna. Miejscami, które najbardziej łapały nieświeży zapach był przedłużony tył, a także ramiona pod szelkami plecaka.
 
Pranie wykonywałam jak zwykle rzadko, nie mając do tego zbyt wielu okazji. Kilka razy będąc u kogoś w gościnie prałam ubrania w pralce, zwykle jednak robiłam to pod prysznicem w ramach oszczędności czasu i pieniędzy. Pranie pod prysznicem jest zresztą bardzo efektywne, tym bardziej im dłuższy jest prysznic...


W czasie najgorszych upałów, jeżeli tylko miałam okazję, Pustynną płukałam w górskich strumieniach bez użycia detergentów, tak żeby spłukać pył i sól z potu. Najczęściej robiłam to w ciągu dnia, zakładając mokrą koszulkę dla ochłody, na pustyni także wieczorem. Schła w tempie ekspresowym. Założona w gorący dzień nie potrzebowała pewnie więcej niż pół godziny, nocą na Pustyni także wysychała wywieszona.
 
 


Zużycie i wytrzymałość

Zmiana koloru była naturalną konsekwencją używania koszulki. Pustynna stopniowo nabierała koloru pustyni. Biała była zaledwie jeden dzień, po kilku następnych zaczęła przypominać całun turyński. Odbiły się na niej ciemne ślady moich pleców, ramion i bioder. Pył przynosił wiatr pędzący po pustyni, wcierałam go też na każdym postoju, często kładąc się na ziemi. Pranie oczywiście trochę pomagało, ale biel nigdy nie wróciła. Raz w Colorado wyprałam Pustynną w pralce z użyciem jakiegoś wyjątkowo silnego detergentu i wtedy była jaśniejsza niż zwykle, później już nigdy mi się to nie udało. Zmiany koloru nie odbieram jako wielkiego problemu, ponieważ po prostu niemożliwym jest aby ubranie noszone w takich warunkach zachowało biel. Nie wydaje mi się też żeby miało to znaczący wpływ na zdolność odbijania światła.


Zjawiskiem zaobserwowanym już wcześniej przez innych testerów jest trwałe rozciąganie się materiału. Następowało ono stopniowo, ale już od samego początku. Po miesiącu było już to wyraźnie widać. Nie wydaje mi się, żeby miało to jakikolwiek związek z praniem, bo koszulkę prałam rzadko. Myślę, że powiększyła się o dwa rozmiary (naturalnie w tym samym czasie moja osoba zmniejszyła się o jeden). Rozciągnięcie materiału nastąpiło zarówno wzdłuż, jak i wszerz. Rękawy, które zostały dla mnie skrócone ponownie zrobiły się za długie, a przedłużony tył zwisał jak potencjalna turniura.
 
 
Jeżeli chodzi o wytrzymałość mechaniczną jest bardzo dobrze. Dopiero po pokonaniu 2000 km zauważyłam pierwsze oznaki zużycia. Najpierw pojawiła się dziura na plecach, było to przetarcie na wysokości zapięcia biustonosza, które zdarza się we wszystkich moich koszulkach. Zdarza się jednak zazwyczaj o wiele wcześniej - w przypadku materiałów naturalnych jak wełna merino nawet już po kilkuset kilometrach. Materiał syntetyczny, nawet tak cienki, jest więc o wiele bardziej wytrzymały.
 
Nie spodziewałam się aż takiej wytrzymałości, bo dotąd na jeden długi dystans zużywałam po dwie koszulki, a jednak Pustynna wystarczyła na cały, nawet tak długi thru-hike jak Continental Divide Trail.
 
Oczywiście nie znaczy to, że po pokonaniu 4717 km nie było widać zużycia. Dziur było mnóstwo, niektóre z nich były ogromne, ale nie przejmowałam się tym, wręcz przeciwnie, nosiłam je z dumą, bo były świadectwem mojego wysiłku. Nie wymieniam ubrań natychmiast kiedy pojawią się uszkodzenia, czekam aż rzecz całkiem się rozpadnie.
 
 
 
Dziury pojawiły się głównie na plecach, wszędzie tam gdzie materiał tarł o plecak, na środku, na styku z pasem biodrowym i na łopatkach, a także pod szelkami. Z przodu na skutek kontaktu z kolczastą rośliną powstało tylko jedno małe zaciągnięcie z fragmentem wysnutej nitki.
 
Rzepy, które mam w stabilizatorach na kolanach i workach wodoszczelnych wyciągnęły nitki z nici w szwach, ale nie uszkodziły samego materiału.





Podsumowanie

Pustynna w najpraktyczniejszym na pustyni białym kolorze co dzień ratowała mnie od przegrzania. Okazała się wystarczająco wytrzymała żeby można ją było zabrać na długi trekking. Bardzo ją polubiłam i  chętnie zaopatrzę się w Pustynną ponownie, zwłaszcza że zmiany w kroju już zostały wprowadzone (usunięcie przedłużonego tyłu, inny krój rękawów).
 
Będzie odpowiednia nie tylko dla wędrowców wybierających się na pustynię, ale także dla osób wybierających się w wysokie góry i wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z bardzo intensywnym promieniowaniem słonecznym. W dostępnym również kolorze ciemnoszarym nada się do wszelkich podróży i wędrówek w miejscach bardziej cienistych.
 
Przy zakupie Pustynnej pamiętajcie jednocześnie o tym żeby nie wybrać zbyt dopasowanego rozmiaru, a z drugiej o tym, że koszulka z czasem się rozciągnie.