sobota, 14 kwietnia 2018

Śląsk - Szlak Południowy

Szlak Południowy ze Strumienia do Babic był planowany jako intensywny weekend - czerwono znakowana trasa liczy 82 km (a przynamniej tak nam się wydawało, bo jak się później okazało wschodnia część szlaku została prawdopodobnie zamknięta). Plan zrealizowaliśmy w Pawłem w 75 %, ponieważ zakończyliśmy wędrówkę pod Oświęcimiem, po około 60 km, na moście na Wiśle, stanowiącej w tym miejscu granicę województwa śląskiego i małopolskiego. Szlak nadaje się do przejechania rowerem i, prawdę mówiąc, tylko w takiej formie wydaje mi się strawny.
 
Kropka oznaczająca początek szlaku znajduje się na słupie w czyimś ogrodzie, obok stacji kolejowej w Strumieniu, niewielkim miasteczku na północnym krańcu powiatu cieszyńskiego (czyli mojego powiatu :-)).  
 
 
 
Mamy do obejrzenia kilka atrakcji takich jak żubr z tworzywa, kościół św. Barbary i rynek z zabytkowymi kamienicami i ratuszem, który akurat jest w remoncie.
 
 
 
 
 
Oznakowanie może nie jest rewelacyjne, ale w gruncie rzeczy bardzo przyzwoite. Paweł zaliczył już dwa lata wcześniej cały Szlak Południowy, więc nie mieliśmy problemów z nawigacją.
 
 
Teren w tej okolicy jest już prawie płaski - Pogórze Śląskie zostało dalej na południu, a przed nami Kotlina Oświęcimska i Dolina Górnej Wisły.
 
 
 
W Wiśle Małej przeszliśmy obok drewnianego kościoła św Jakuba Apostoła z XVIII wieku.
 
 
Przeszliśmy północnym brzegiem Zbiornika Goczałkowickiego, utworzonego na Wiśle, lecz niestety ze szlaku niewiele było widać.
 
 
 
Przemknęliśmy skrajem mieszanego zagajnika, w którym właśnie zaczęły kwitnąć bazie.
 
 
 
 
 
 
 
Dalej natknęliśmy się na starą leśniczówkę i jeszcze jedno sztuczne jezioro - Zbiornik Łącki.
 
 
 
 
 
 
Pogoda nagle się odmieniła, a my przyjemną aleją wzdłuż niezbyt czystej Pszczynki dotarliśmy do Pszczyny, najładniejszej miejscowości na szlaku.
 
 
 
 
 
Pszczyna to częsty cel weekendowych wycieczek, w dzieciństwie często bywałam tam z rodzicami i zawsze bardzo podobał mi się wielki pałac i otaczający go park. Bo właśnie pałac - dawna rezydencja książąt Hochberg von Pless - jest tym, co przyciąga turystów do Pszczyny. Zamek powstał w XI lub XII wieku, ale od tego czasu był wielokrotnie przebudowywany, a swój obecny kształt zyskał w XIX wieku. Wnętrza można zwiedzać.
 
Pałac był taki jak zapamiętałam, może tylko park nie był tak rozległy, pełen za to kwitnących zawilców i złoci. Rzuciłam się na kolana żeby zrobić im zdjęcia, takie były śliczne.
 
 
 
 
 
 
 
 
Pałac znajduje się tuż obok dość dużego i bardzo ładnego rynku. 
 
 
 
Szlak prowadził nas potem wzdłuż ogrodzenia skansenu wsi pszczyńskiej, pełnego krytych gontem chałup, jakie niegdyś składały się na wioski w okolicy.
 
 
 
Przekroczyliśmy drogę krajową numer 1 i telepaliśmy się asfaltem oraz drogą gruntową, poprowadzoną wzdłuż rur, doprowadzających wodę z Goczałkowic na Śląsk.
 
 
 
Kolejny etap to przejście Lasów Pszczyńskich - kompleksu leśnego, który wraz z Lasami Kobiórskimi otula Górnośląski Okręg Przemysłowy od południa. Typowy dla Śląska las składał się w dużej mierze z sosen. Lasy te są wystarczająco rozległe żeby żyły w nich jelenie - widzieliśmy ich wielkie stado, które przemaszerowało nam przed nosem przez drogę.
 
 
 
 
Z lasów szlak wyprowadził nas prosto nad Jezioro Paprocańskie i XIX-wieczny pałacyk myśliwski wraz z kilkoma mniejszymi zabytkowymi zabudowaniami.
 
 
 
 
 
Brzegiem jeziora i zasilającej je cuchnącej rzeczki doszliśmy do Tychów, gdzie dzięki uprzejmości rodziców Pawła mogliśmy spędzić noc, pożreć gulasz i poćwiartować wielkanocnego barana oraz skosztować aromatycznych owocowych nalewek, które do reszty mnie uśpiły.
 
 
O poranku znów ruszyliśmy na szlak. Najpierw minęliśmy starą hutę, potem trawersowaliśmy dwa z wielu osiedli, które w Tychach oznaczone są literami od A do Z i mają nazwy ulic zaczynające się od tych samych liter, co litery poszczególnych osiedli.
 
 
Następnie zaczęłam zgrzytać zębami... Na horyzoncie ukazywały się kolejno kopalnie, fabryki, a na deser oczyszczalnia ścieków, którą obchodziliśmy chyba z godzinę. Uroczy pagórek to... dawny kamieniołom.
 
 
 
Chwilowa poprawa krajobrazu nastąpiła wśród pól przed Bieruniem, szlak jednak zaraz zawrócił nas w kierunku Bierunia. Z mostku na Gostyni można było zastanowić się, który ciek wodny jest brudniejszy - Gostynia czy jej dopływ Mleczna...
 
 
 
 
 
Na tym etapie zostało ostatecznie postanowione, że nie będziemy się męczyć ostatnimi dwudziestoma kilometrami szlaku o wątpliwych walorach krajobrazowych i wycieczkę zakończymy na moście na Wiśle, stanowiącym koniec szlaku w granicach województwa  śląskiego, skąd łatwo będzie nam ewakuować się do domów.
 
 
Rynek w Bieruniu był naprawdę przyjemny, a nie śpiesząc się specjalnie mogliśmy pozwolić sobie na konsumpcję gofrów w miejscowej kawiarni. Zwiedziliśmy potem dwa kościoły, jeden nowszy, św. Bartłomieja, drugi stary, drewniany, XVII-wieczny - sanktuarium św. Waltentego.
 
 
 
 
 
 
 
Co było w tej wodzie... Lepiej nie wiedzieć.
 
 
Dalej wędrowaliśmy trochę lasem i zdobyliśmy dość mizerne wzniesienie, które było jednak zwieńczone przyjemną kapliczką i ławeczką, na której mogliśmy nacieszyć się wiosennym słońcem.
 
 
 
Panoramę zdominowała hałda i jakieś kominy - im dalej tym było ich więcej. Nad Nowym Bieruniem górował szyb Kopalni Piast.
 
 
 
 
 
Miejscowość obeszliśmy opłotkami, aż trafiliśmy nad Wisłę i jej starorzecza. Dawne meandry były wyraźnie widoczne w terenie, nawet tam, gdzie nie było już wody, pozostały jeszcze trzcinowiska i bagienka.
 
 
 
Most na Wiśle oznaczał koniec naszej wędrówki. Położony koło niego ceglany budynek to Degolówka, gospoda do której zawitał kapitan Charles de Gaulle wraz ze swoim oddziałem w czasie Plebiscytu na Śląsku. Kilka kilometrów na północ od tego miejsca do Wisły wpada Przemsza.
 
 
 
 
 
Kilka dni później Paweł powrócił w to samo miejsce celem przejścia brakującego odcinka, ale jak się okazało znaki szlaku zostały zamalowane, a szlak na odcinku małopolskim prawdopodobnie zamknięty. Czerwone znaki szlaku pieszego pojawiają się tylko na kilkukilometrowym odcinku tuż przed końcem, opatrzonym osobnymi kropkami. Kolejna zagadka PTTK!