piątek, 14 kwietnia 2023

Nihon juudan, czyli trawers Japonii: Plan wyprawy i przygotowania

W 2023 roku chcę przejść pieszo Japonię. Wpadłam na ten pomysł w 2017 roku, roku w którym zachłysnęłam się lasami Appalachów. Marząc o Japonii też przede wszystkim myślałam o lesie. Ciekawi mnie japońska kultura, estetyka, ale nade wszystko chcę zobaczyć bujne lasy, dramatyczne krajobrazy wybrzeża i tereny wulkaniczne. Będzie to moja pierwsza tak długa wędrówka w nie-zachodnim kręgu kulturowym. Czy będę się tam jakoś szczególnie czuła, czy odczuję różnicę? A może stwierdzę po raz kolejny, że w gruncie rzeczy wszędzie na Ziemi jest tak samo? Japonię znam głównie z książek i to opisy w książkach Harukiego Murakamiego, które pochłaniałam przed 10 laty sprawiły, że ten rejon świata zaczął mnie pociągać. Czytałam wszystkie, najbardziej podobały mi się nieliczne powieści realistyczne, choć moja ulubiona to Kafka nad morzem, gdzie realizm spotyka się ostatecznie z magią i fikcją.



Wędrując wybrzeżem Wyspy Vanocuver w Kanadzie w 2018 patrzyłam na Pacyfik myśląc o tym, że zobaczę go niebawem z drugiej strony. To "niebawem" nastąpi dopiero teraz.




Dotąd Japonię pieszo przeszło tylko kilka osób. Nie znalazłam wśród nich żadnej kobiety. Jeżeli natknęliście się na jakąś informację o takim przejściu to dajcie znać w komentarzach. Znacznie więcej osób przejechało Japonię rowerami, a wszystkie wyprawy piesze podążały drogami. Tak jest szybciej, ale nie zależy mi na tym, żeby przebiec Japonię asfaltem. Chcę poznać kraj i jego kulturę, chcę iść górami. Chcę odwiedzić parki narodowe i w miarę możliwości iść szlakami, choć asfaltu wiem że nie będzie się dało uniknąć. 

Pogoda będzie zła, to wiem z góry - Japonia jest jednym z najbardziej deszczowych krajów świata. Może będę chciała przeczekać deszcz, może będę miała ochotę gdzieś się zatrzymać, poznać lepiej jakieś miejsce, pomedytować w świątyni czy wziąć kąpiel w publicznej łaźni. To nie będzie szybka wyprawa.

Jedyne co mnie ogranicza to wiza. Przy wjeździe do Japonii dostaje się prawo pobytu tylko na 3 miesiące. Będę musiała złożyć wniosek o przedłużenie pobytu, ale mogę go nie dostać. W takim wypadku polecę do Japonii po raz drugi dokończyć wędrówkę. Mam jednak nadzieję, że dostanę przedłużenie wizy i będę mogła przejść ten piękny kraj za jednym zamachem.

Z roku na rok coraz gorzej planuję swoje wyprawy :-) Nigdy nie lubiłam tego elementu wędrówki - wolę iść na żywioł albo podążać już istniejącą trasą i móc się skupić na samej drodze. Nie chcę wiedzieć gdzie wyląduję, chcę się zdać na los i zobaczyć co mi przyniesie - zazwyczaj przynosi zachwycający bieg zdarzeń.


Trasa

Mam tylko prowizoryczny plan i schematyczną mapę. Cała trasa będzie liczyć co najmniej 4000 km, ile dokładnie okaże się dopiero kiedy ją przejdę. Chcę przejść z południa na północ cztery największe wyspy Japonii. Zacznę na przylądku Sata, najdalej na południe wysunięty punkt Kyushu, skończyć chce na przylądku Sōya, najdalej na północ wysuniętym punkcie Hokkaido.


Źródło: https://freevectormaps.com/japan/JP-EPS-02-0002?ref=atr


Japonia nie jest krajem długich dystansów, choć długie szlaki istnieją. Każdy region ma swój "Nature Trail", zaprojektowany jako ciąg jednodniowych wycieczek. Na mapie wyglądają obiecująco, wydają się łączyć i kontynuować tak, że składają się w cały trawers Japonii, jednak rzeczywistość jest taka, że dane na temat przebiegu szlaków i mapy są niezwykle trudne do zdobycia, o ile w ogóle jest to możliwe. Informacje są po japońsku, żeby się czegoś dowiedzieć trzeba dzwonić do biura prefektury... Tylko dla kilku szlaków udało mi się zdobyć mapy pdf. Żadnych śladów nie ma. W związku z tym składanie przejścia Japonii z Nature Trails uznałam za bezsensownie skomplikowane. Metropolitan Nature Trail to jedyny z nich, z którego będę świadomie korzystać.

Co w takim razie się na niego składa?

Japonię chcę przejść według ułożonej przez siebie trasy, korzystając czasami z lokalnych ścieżek, np. prowadzących na górskie szczyty - Japończycy uwielbiają jednodniowe wycieczki górskie i takich szlaków jest bardzo wiele. Niestety zazwyczaj prowadzą tylko na górę i z powrotem do parkingu. Jest wielką niewiadomą czy będę mogła wędrować grzbietami - teoretycznie są ścieżki, jednak bywają one bardzo trudne, tak technicznie jak i nawigacyjnie.

Kiusiu przejdę właśnie tak, według własnego uznania, starając się jak najwięcej czasu spędzić w parkach narodowych.

Wyspę Shikoku (dostanę się na nią promem z Kiusiu) pokonam słynnym szlakiem pielgrzymkowym 88 Świątyń (japońska nazwa), podążając wzdłuż jej południowego wybrzeża.

Przejdę mostem na wyspę Honsiu, największą spośród wysp japońskich i własną trasą pójdę do Kioto, gdzie zaczyna się znany szlak Nakasendo Trail, będący starą drogą łączącą Kioto z Tokio (dawnym Edo) w XVII, XVIII i XIX w. Nie będę jednak szła aż do Tokio, po drodze odbiję na północny wschód i po pokonaniu około 500 km (skorzystam z przebiegu części Metropolitan Nature Trail) dojdę na początek utworzonego w 2019 r. szlaku Michinoku Coastal Trail. Cały ma ok. 1000 km, jednakże nie będę robić każdej zawartej w nim pętelki i trochę go skrócę. Szlak zapowiada się pięknie - biegnie wzdłuż wschodniego wybrzeża, zniszczonego w 2011 podczas tsunami, ale już odbudowanego. Przejście Honsiu zakończę krótkim szlakiem Misawa - Oma, odbijając od niego po drodze nad Jezioro Usori i popłynę promem na Hokkaido.

Przez Hokkaido będę szła zaplanowaną przez siebie trasą, liczącą około 900 km. Po drodze planuję zwiedzić parki narodowe, zwłaszcza Shikotsu - Toya i Daisetsuzan.


Przewidywane trudności

Na pewno będę mieć trudności z porozumiewaniem się i ogólnie z językiem - nie znam japońskiego i jedyne co będzie mi pomagać to Tłumacz Google. 

Niewątpliwie czeka mnie wiele dni okropnej pogody

Mam nadzieję, że nie będzie wybuchów wulkanów, silnych trzęsień ziemi ani tsunami... Z niedźwiedziami, które występują w Japonii myślę, że sobie jakoś poradzę.

Nawigacja jest wielką niewiadomą - korzystam z kilku gotowych śladów, kilka zrobiłam sama, ale jak to wszystko będzie wyglądało w rzeczywistości to się dopiero okaże.


Sprzęt

Moja waga bazowa na tę wyprawę wynosi 6110 g.

Większość sprzętu była już używana na poprzednich wyprawach, ale mam ze sobą kilka nowych elementów. Mam nową kurtkę puchową Robertsa, cieńszą niż niebieska Andromeda, którą miałam na wyprawach skandynawskich. Mój zestaw do gotowania znacznie się różni od tego, czego używałam dotąd. Mam co prawda ten sam garnek i łyżkę, ale dodatkowo zabieram ultralekką patelnię Evernew, a gotować będę na tytanowym palniku alkoholowym (też Evernew), dlatego że obawiam się problemów z dostępnością gazu w kartuszach i alkohol jest tu łatwiejszym rozwiązaniem. Gotowanie na spirytusie nie jest jednak tak wygodne jak na gazie - zdam relację z użytkowania po wyprawie. Kupiłam bezmembranową kurtkę przeciwdeszczową AntiGravityGear, co do której mam nadzieję, że (w przeciwieństwie do membranowych) będzie wodoodporna.



Japonia   - Lista sprzętowa
Waga bazowa - sprzęt   podstawowy (bez wody, jedzenia, paliwa)
Sprzęt Nazwa Waga (g)
Plecak OnMyWay Triple Crown 786
Worek na   śmieci Nylofume 29
Worek na   śmieci Walmart 80 l 56
Namiot MLD Solomid XL 652
6 śledzi V Hilleberg DAC 70
Sznurek Rep 1,5 mm 6 m 8
Folia pod   namiot Folia polycryo 40
Materac   dmuchany Thermarest NeoAir   Xlite Women's 354
Śpiwór Roberts Vagabond 325 custom 592
Worek   wodoszczelny na śpiwór Zpacks Medium Plus Dry Bag 19
Garnek   tytanowy Evernew ECA267 900ml 100
Patelnia   tytanowa Evernew Non Stick   Frying Pan ECA442 18 cm 139
Drewniana   szpatułka 8
Łyżka tytanowa Aliexpress 18
Palnik   alkoholowy Evernew Titanium   Alcohol Stove 37
Podstawka pod   garnek Evernew cross stand 13
Osłona   przeciwwietrzna DIY aluminium 15
Podkładka   niepalna Koc gaśniczy 20x20 cm 20
Zapalniczka BIC 20
Butelka na   paliwo PET 0,5 l 18
Butelka Nalgene OTF, nakrętka   klasyczna 110
Butelka PET 1l Biedronka, woda   Polaris alkaliczna 38
Butelka PET 1l Biedronka, woda   Polaris alkaliczna 38
Butelka PET 1l Biedronka, woda   Polaris alkaliczna 38
Worek   wodoszczelny na jedzenie Zpacks Large Food Bag 35
Słoik   plastikowy Po maśle orzechowym 44
Gąbka do mycia   patelni pół gąbki 1
Filtr do wody Sawyer Mini (używany   z wodą w środku) 47
Strzykawka do   backflushingu filtra Sawyer 30
Kurtka puchowa Roberts custom 100 327
Kurtka   przeciwdeszczowa AntiGravityGear Ultralight Rain Jacket 206
Spodnie   przeciwdeszczowe As Tucas Acher Pants 81
Łapawice   wodoodporne Enlightened Equipment 19
Skarpety   wodoodporne Rocky GTX Socks 78
Koszulka z   krótkim rękawem Icebreaker Sphere 84
Bluza Kwark Polartec Power   Dry 134
Getry Kwark Polartec Power   Dry 116
Skarpety do   spania Smartwool PhD Outdoor   Light Mini 52
Majtki Arc'teryx Phase SL   Brief 21
Top do pływania Sloggi 25
Czapka OnMyWay Technostrech 28
Chusta   jedwabna Ze sklepu   "indyjskiego" 18
Rękawiczki Kwark Polartec Power   Strech Pro 33
Worek   wodoszczelny na ubrania Zpacks Medium Plus   Dry Bag 26
Nakładki   przeciwsłoneczne na okulary 14
Moskitiera na   głowę Elbe 26
Piłeczka do   masażu Easy Yoga, korek, 5   cm 20
Kosmetyczka z   zawartością (bez consumables) OnMyWay DCF 112
Apteczka i   zestaw naprawczy W torebce strunowej 101
Taśma naprawcza Mała rolka 22
Szmatka do okularów Ściereczka z mikrofibry, Biedronka 2
Papier   toaletowy W torebce strunowej 8
Maska 1
Portfel Zpacks Zip Pouch   "Wallet" 26
Paszport 39
Notatnik 49
Długopis 5
Scyzoryk Victorinox Classic 20
Czołówka Petzl e+Lite (stara   wersja) 23
Zapasowe   baterie do czołówki CR2032 10
Smartfon w   etui Motorola Moto G7   Power 210
Torebka   strunowa na telefon wodoodporna Loksak aLoksak 7
Kabel USB do   telefonu 8
Ładowarka do   telefonu 53
Ładowarka 2   USB 30
Adapter do wtyczek 10
Aparat fotograficzny Sony RX100 VII 306
Zapasowa   bateria do aparatu 31
Kabel USB do   aparatu 14
Uchwyt na   aparat do kijka trekkingowego Stick Pic 12
Statyw Pedco Ultrapod 50
Mikrofon Rode Video Micro 82
Szyna ze   stopką Ulanzi PT-9 40
Powerbank Miller ML-102 32
2 ogniwa 18650 Panasonic 92
Kabel USB do   powerbanku 14
Karty SD i   adapter do kart SD SanDisk 8
Torebka na   elektronikę OnMyWay DCF 10
Waga bazowa 6110
Ubrania i rzeczy niesione na sobie 1933
Koszulka z   długim rękawem Kwark Pustynna 99
Krótkie   spodenki biegowe Arc'teryx Taema Short   Women's 233
Daszek Dynafit React Visor   Band 27
Biustonosz   sportowy Panache Sports Bra 112
Majtki Arc'teryx Phase SL   Brief 21
Rękawiczki   rowerowe FOX 43
Skarpety Injinji Toe Socks   Micro 30
Skarpety Smartwool PhD Outdoor   Light Mini 52
Buty do   biegania Altra Lone Peak 6.0   (41) 522
Stuptuty   biegowe Dirty Girl Gaiters 25
Stabilizatory   na kolana (2) Cho Pat Knee Strap 176
Zegarek Casio 16
Chusteczka do nosa Bawełniana 5
Kijki   trekkingowe Leki Corklite 572



Więcej na temat sprzętu na filmie: https://youtu.be/nZcbwc1K9fQ

Nie planuję pisać na bieżąco relacji z tej wyprawy - obawiam się, że będzie to niemożliwe ze względu na brak zachodnich klawiatur w bibliotekach :-) Nie potrafię pisać na telefonie. Będę za to w miarę możliwości codziennie publikować relację na Instagramie, więc zachęcam do śledzenia wyprawy na moim profilu. W międzyczasie na blogu będą się pojawiać relacje z zimowej wędrówki Jordan Trail i jeszcze dwa inne teksty, które mam już napisane i będę systematycznie klikać "opublikuj".

Jak zwykle - trzymajcie kciuki :-)


środa, 5 kwietnia 2023

Szlak Dookoła Wrocławia

Wybranie się na wędrówkę w grudniu to zawsze jest wyzwanie. Nie wiem jak Was, ale mnie w grudniu zawsze ogarnia lenistwo. Tym razem jednak miałam motywację - na Kolosach za 2022 miałam okazję wręczyć wyróżnienie w kategorii Wyczyn Roku Ewie Chwałko za przejście Łuku Karpat. Gadu, gadu, okazało się, że Ewa mieszka praktycznie na żółtym szlaku Dookoła Wrocławia. Parę miesięcy później umówiłyśmy się na wspólne przejście tego szlaku z noclegami pod dachem. To była doskonała opcja na grudzień. Alternatywną relację z tej wędrówki możecie przeczytać na blogu Ewy

Żółty Szlak Dookoła Wrocławia im. dra Bronisława Turonia to dokładna pętla wokół dolnośląskiego miasta, licząca według moich obliczeń 182 km. Według PTTK miał mieć 141 km, a informacje co do początku i końca były bardzo mętne - szlak miał nie być pełną pętlą, zaczynać się w Chrząstawie Wielkiej i kończyć w Brzezince Średzkiej, gdzie indziej jeszcze pisano o 14-kilometrowym dodatkowym odcinku znakowanym kolorem czarnym i o tym, że szlaku nie da się przejść w całości ze względu na niemożliwe przeprawy przez Odrę. Wszystkie te informacje, z wyjątkiem jednej przeprawy, okazały się być nieprawdziwe. Ale żeby się o tym przekonać, musiałyśmy się wybrać na szlak :-)

Poniżej wklejam mapę, stworzoną przez Michała Garstkę, znajomego Ewy. Osobnymi kolorami zaznaczone są nasze dzienne odcinki. Przejście zajęło nam 7 dni, z czego pierwszy był bardzo krótki. Szłyśmy zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara.



W ten sposób tuż przed Bożym Narodzeniem wylądowałam we Wrocławiu. Właściwie to wyczołgałam się z opóźnionego pociągu, a Ewa wyłowiła mnie z tłumu wysypujących się z niego pasażerów. Było zimno i ponuro, ale nie było czasu tego faktu przetrawiać w głowie, bo na peronie stał już lokalny pociąg, którym pojechałyśmy na stację Wrocław Pawłowice, gdzie chciałyśmy zacząć wędrówkę. Dokładnie zaplanowałam każdy dzień, noclegi były już też (z wyjątkiem jednego) ogarnięte. Nie miałyśmy żadnych informacji co do tego czy i gdzie znajduje się kropka, w Pawłowicach po prostu pasowało nam logistycznie.




Pierwszy znak znalazłyśmy na słupie, był piękny i nowy. Nie zawsze tak było dalej, ogólnie szlak był dobrze oznakowany, jednak niektóre odcinki były bardzo dawno nie odnawiane. Skierowałyśmy się od razu ku Pałacowi Kornów, będącego obecnie własnością Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Miałyśmy tam umówiony wstęp, bo Ewa ma tam znajomości - pracuje w uniwersyteckim wydawnictwie i uczęszcza do pałacu na jakieś wydarzenia kulturalne. Mogłyśmy zatem zajrzeć do pomieszczeń, w których to i owo przetrwało obie wojny. Szczególnie podobał mi się wypchany indyk, spoglądający szklanymi oczami na zmieniających się właścicieli.






Napiłyśmy się herbaty i ruszyłyśmy dalej, w las. A tam niespodzianka: bardzo stara kropka szlakowa! Dowiedziałam się później, że obecnie PTTK nie maluje kropki i to jest stara kropka, która pozostała w Pawłowicach po poprzednim znakowaniu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności właśnie tam zaczynałyśmy szlak, chyba jakiś nadprzyrodzony impuls kazał mi wybrać to miejsce na początek :-)




Miałyśmy tego wieczora tylko 10,5 km do przejścia. Las był śliczny, ośnieżony świeżym, białym, jeszcze nie ubrudzonym śniegiem. Szybko się jednak zaczęło robić ciemno - ostatecznie to nic dziwnego, skoro dni były wtedy najkrótsze w roku. Nawigacja nie przedstawiała wielkich trudności, znaki były widoczne, a ogrzany telefon w kieszeni mógł być w każdej chwili wyciągnięty dla potwierdzenia właściwego kierunku. Przeszłyśmy Pruszowice, Domaszczyn, a już w Szczodrem zwrócił naszą uwagę ładny stary budynek. Była to siedziba dawnego konsulatu Szwecji (pałac wybudował rząd Szwecji w 1880 r.)! Zbliżyłyśmy się, chcąc zagadnąć o funkcję budynku stojącą tam grupkę mężczyzn. Miejscówka wydawała się bardzo kusząca noclegowo i rzeczywiście, coś było na rzeczy - panowie  powiedzieli, że jest to schronisko, ale nocleg dla nas mógłby się nie zakończyć dobrze (było to powiedziane żartem). Ambasada to obecnie schronisko im. Brata Alberta dla bezdomnych mężczyzn.







Nocleg miałyśmy w Szczodrem, u Asi, koleżanki Ewy. Dom był bardzo przytulny, a zwłaszcza kuchnia, gdzie gospodyni przygotowywała potrawy na kolację. Najpierw na stół wjechały krewetki, a potem włoska zupa, której nazwy nie pomnę. Bardzo miło było spocząć w cieple. 




Rano na dworze mróz był chrupiący. Wyszłyśmy ciepło ubrane, z termosami pełnymi gorącej herbaty. Szłyśmy przez małe miejscowości drogą, dopiero potem, między Kamieniem a Rakowem, było trochę przyrody. Była to przyroda dosyć wychłodzona - kompleks stawów rybnych był skuty lodem, choć rzeczki, na których były założone, były w stanie płynnym.















W Rakowie musiał być kiedyś pałac, lecz do naszych czasów przetrwała tylko brama i kaplica w parku.





Przysiadłyśmy na przystanku, była to pierwsza zadaszona opcja, jaka się trafiła. Żałowałam, że nie zabrałam poddupnika, ale kompletnie o nim zapomniałam, bo zazwyczaj nie zabieram takich rzeczy. A teraz by się przydało... Ławki były straszliwie zimne i musiałam podłożyć pod tyłek kurtkę. Napiłyśmy się herbaty i zjadłyśmy po kilka pierniczków.




Zmarzłyśmy siedząc, ale tymczasem coś drgnęło w pogodzie i chmury zaczęły się rozchodzić. Zrobiło się ślicznie, śnieg iskrzył i nie było wiatru. Lasy Grędzińskie w tych okolicznościach robiły wrażenie. Ewie zachciało się zdobyć najwyższy punkt w okolicy, bo miał zaznaczoną wysokość na mapie. Weszłyśmy więc na Skrzydlną, 147 m n.p.m. Najpewniej jest to jakaś stara polodowcowa wydma.





Wędrowałyśmy dalej leśną drogą, bardzo śliską, bo jeździły po niej auta. Na kilkaset metrów założyłam nawet raczki (Rapeks, który dostałam kiedyś do testów, nie ma kolców tylko krótkie bolce idealne na oblodzone drogi). Przekroczyłyśmy Widawę po raz pierwszy i znalazłyśmy się na obrzeżach Chrząstawy Wielkiej. Potem była Chrząstawa Mała i Wojnowice - szłyśmy raźno, chcąc jak najwięcej przejść przed nastaniem ciemności.










Jeszcze było jasno, kiedy wyszłyśmy na pola przed linią kolejową, ale strasznie się zagadałyśmy i nie sprawdziłyśmy przebiegu szlaku. Przegapiłyśmy skręt i nadłożyłyśmy kawał drogi. Trzeba było się wrócić i w zupełnie innym miejscu przekroczyć tory. Łuna na niebie zgasła i nadeszła noc. Miałyśmy jeszcze kawał drogi, 2 km asfaltu do Śluzy Ratowice. To właśnie ta śluza, co do której nie było wiadomo czy jest otwarta czy nie. Najpierw jednak zajrzałyśmy jeszcze na miejsce pamięci i stanęłyśmy na chwilę przy pomniku ofiar niemieckiego obozu pracy w Rattwitz (czyli w Ratowicach).





Doszłyśmy do śluzy i niestety okazało się, że teren jest zamknięty i wstęp wzbroniony. Remont wlecze się tam latami. Wyglądało to tak jakby przejście było możliwe, siatka była odgięta, ale bałyśmy się tam iść po ciemku, nie będąc tam nigdy wcześniej, a zresztą jak nie wolno, to nie wolno. Wróciłyśmy do wsi i zorientowałyśmy się co do transportu do niedalekiej Czernicy, gdzie mieszka Ewa. Szczęściem miał niebawem nadjechać ostatni tego dnia gminny autobus. Na przystanku jeszcze zdążyłyśmy zmarznąć, ale nic to, nawet nie minęło pół godziny, a już znalazłyśmy się w domu Ewy z talerzami rosołu na stole. Potem długo się nawadniałyśmy pyszną zimową herbatą z imbirem i plasterkami cytrusów.






Trudno nam było zerwać się skoro świt... Świt dawno minął, kiedy siadłyśmy do porannej jajecznicy z cebulką. Została ona podana wraz z kawą w pięknej zabytkowej porcelanie ze śląskiej manufaktury Sorau, którą kolekcjonuje Ewa.





Musiałyśmy dobić jakoś do szlaku po drugiej stronie Odry. Zeszłyśmy po prostu nad rzekę i wzdłuż niej poszłyśmy do przepięknego starego mostu kolejowego, którym przeszłyśmy na druga stronę. Podobno most ma zostać rozebrany. Będzie to ogromna strata, smutno że się wciąż tak niefrasobliwie niszczy zabytki.






Po drodze do szlaku miałyśmy wieżę widokową Kotowice. Była otwarta, więc weszłyśmy, ale widoki były dość przymglone.





Miałyśmy próbować skręcić w którąś z podmokłych dróżek żeby dojść do samej śluzy, ale nie widziałyśmy gdzie miałaby być jakaś dróżka i jak się ocknęłyśmy byłyśmy już blisko szlaku, więc do śluzy się nie wracałyśmy. Czujemy się usprawiedliwione kilkoma dodatkowymi kilometrami :-)





Za Kotowicami czekał nas najpiękniejszy odcinek całego szlaku. Szlak zatoczył prawie że pełną pętlę wokół Jeziora Dziewiczego, starorzecza odry, otoczonego ładnym prawie naturalnym lasem. Ten las jest udostępniony w ramach programu Zanocuj W Lesie i można tam biwakować, a nawet jest oficjalne miejsce ogniskowe. Śnieg zaczął sypać tak gęsto, że osiadał nam na czapkach i plecakach, a ścieżki leśne były pokryte grubą jego warstwą. Szło się mozolnie, ale wyśmienicie.







W Siechnicach nagle pojawiły się kominy elektrociepłowni - zapytałam pracownika co to za zakład. Mieścił się on tam już przed wojną, sądząc po wspaniałej niemieckiej architekturze industrialnej. Siechnice w ogóle były fajne. Chciałyśmy usiąść w cieple i zjeść lunch, myślałyśmy o stacji kolejowej czy może jest otwarta, ale zanim tam doszłyśmy, trafiłyśmy do biblioteki. Tam przycupnęłyśmy w korytarzu. Mogłyśmy skorzystać z WC i wygrzać się, przesympatyczne miejsce.








W Świętej Katarzynie ciekawy był tylko kościół parafialny pw. św. Katarzyny Aleksandryjskiej z XIII w. Takie kościoły były w wielu miejscowościach na szlaku i zawsze było widać z daleka ich gotyckie wieże. Wśród zabudowy mieszkalnej można było tylko wzdychać do estetyki czasów dawno minionych - nowe osiedla były arcydziełem kiczu. Co bogatsi mieszkańcy fundowali sobie jakieś ozdobne akcenty. Było już ciemno, ale dostrzegłam nawet coś w rodzaju tympanonu z podobizną gołej baby na czyjejś nowiuśkiej elewacji.



JP II na skrzyżowaniu. Wydawało mi się, że ręka świętego wygraża zgniłemu Zachodowi ;-)




To zresztą nie koniec atrakcji. Po przejściu kilku podobnych wsi rzuciłyśmy się oglądać Zamek Topacz w Ślęzie. Na dziedzińcu były całe roje światełek świątecznych, a w parczku jeszcze kolejne zwisały z drzew, drgając w rytm jakiejś potwornej elektronicznej muzyki. Zwieszały się z gałęzi podobne do iluminowanych smarków. Przypominały mi nowozelandzkie glowworms, robaczki wykorzystujące zjawisko bioluminescencji. Mięsożerne muszki łapią zdobycz, zawieszając pionowo jedwabne nici, które są pokryte lepkim śluzem, który łapie owada.






Nocleg u Moniki, kolejnej koleżanki Ewy był już bardzo blisko. Gospodarze wrócili właśnie z lasu, więc zamówiliśmy pizzę i raczyliśmy się dolnośląskim winem, które było naprawdę przepyszne. W domu właśnie kończył się remont, ale znalazły się dla nas dwa materace :-)




Rano chciałyśmy przyjrzeć się jeszcze kościołowi św. Andrzeja Apostoła w Bielanach Wrocławskich.
Późnogotycka budowla pochodzi z lat 1520-1530. Pierwotna świątynia była drewniana i wybudowano ją w miejscu jeszcze wcześniejszego obiektu świątynnego. Kościół przebudowano w XVII wieku. Na południowej ścianie świątyni znajduje się ciekawa płyta nagrobna z XVII wieku.




Szlak poprowadził nas dalej do siedziby Amazona... Śnieg padał gęsty i mokry. Ewę zaczęło coś obcierać w bucie, więc zatrzymałyśmy się zaraz na plastrowanie, bo z takimi rzeczami nie należy zwlekać.





Przez większą część dnia brnęłyśmy przez śniegi jak Baśka w Panu Wołodyjowskim. Było tego śniegu naprawdę dużo! Szlak prowadził rzadko już użytkowanymi polnymi drogami, a potem wchodził znów do wsi i znów oglądałyśmy kościoły...






Poniższy kościół to kościół w Tyńcu Małym pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi z początku XVI w. Wnętrze zostało zbarokizowane. Na ołtarzu głównym znajduje się najstarsza w Polsce figura Matki Boskiej Fatimskiej z 1936 roku, której fundatorką była baronowa Maria Josefha von Ruffer, ostatnia właścicielka majątku ziemskiego w Tyńcu Małym. Miałyśmy okazję obejrzeć tę figurkę, bo kościelny akurat otworzył świątynię.





Ruch na drogach spory, poboczy nie było albo było zasypane hałdami śniegu. Szło się źle i niezbyt bezpiecznie, ale nie poddawałyśmy się. Najgorsze były okolice rozjazdów przy dwupasmówkach.





Ciekawą miejscowością jest Jaszkotle. Minęłyśmy tam pozostałości grodziska z XIII - XIV wieku, gdzie teraz jest górka do zjeżdżania na sankach i rzuciłyśmy okiem na kościół gotycki Wniebowstąpienia Pana Jezusa. Pierwszy kościół we wsi był już w 1309 r. Obecny został wzniesiony w 1473, a rozbudowany na początku XVI w.





W Smolcu ciekawe dekoracje świąteczne, a w Kęłbowicach ruiny wspaniałego neobarokowego pałacu z 1882 r. W czasie II wojny światowej pałac był siedzibą Gestapo. W przypałacowym budynku gospodarczym urządzono stoiska z lokalnymi wyrobami. Żałowałyśmy, że zjadłyśmy lunch na przystanku. Ale za to dostałyśmy za darmo kilka niesprzedanych bułek :-)









Końcówka jak zwykle odbywała się już po zmroku. Z Jerzmanowa szłyśmy drogą do parku na skraju Złotników. Ładny był to park, ze starymi drzewami. Na końcu trzeba było przejść mostek, który łączył park z Leśnicą Wrocławską. Tam miałyśmy pociąg, okazało się, że musimy prawie na niego biec, więc ścięłyśmy kawałek szlaku (trzeba było nadrobić następnego dnia). Jak dobiegłyśmy na dworzec, na tablicy wyświetliło się opóźnienie. No ale w końcu pociąg nadjechał i tym razem spałyśmy znowu w Czernicy u Ewy.




Następnego dnia wędrowałam w pojedynkę, bo Ewa zobowiązała się wziąć udział w charytatywnym wejściu na Śnieżkę w szortach (szła i tak w ubraniu, bo miała jeszcze katar). Pojechałam z powrotem do Leśnicy i odrobiłam przegapiony odcinek, zaglądając na zamek będący dawniej rezydencją książęcą. Jego budowę zakończono w 1132 roku i był to wtedy gródek obronny. Od tego czasu był wielokrotnie niszczony i przebudowywany. Zajrzałam też do kościoła św. Jadwigi z XV w (pierwsza świątynia w tym miejscu istniała już w wieku XIII). Była niedziela, więc był otwarty. Leśnica to w ogóle piękna miejscowość, dawne miasteczko, dlatego ma miejską, a nie wiejską zabudowę.










Za Leśnicą stara aleja drzew prowadziła do lasu, aczkolwiek był to tylko skraj Łęgów nad Bystrzycą. Niemniej, było tam ślicznie, biało i spokojnie. 





W Lutyni znowu mniej przyjemnie - bo brak pobocza - ale to też była ładna wieś, a za nią piękne pola.








Doszedłszy do nowej obwodnicy Wrocławia miałam pewien problem z jej przekroczeniem. Szlak został rozcięty, a to był właśnie ten słabo oznakowany odcinek i nie wiedziałam w którą stronę iść żeby się wydostać na drogę - wzdłuż niej biegł głęboki rów. Na prawo robił się tylko głębszy, na lewo udało się przeskoczyć i wejść po stromej skarpie. Musiałam iść kawałek drogą, jakieś auto na mnie trąbiło, no kurde... Dopiero na skrzyżowaniu pojawiły się nowo doklejone znaki. Najwyraźniej szlak odbija w kierunku drogi wcześniej, ale nie jest to oznakowane w terenie.




Straciłam więc trochę czasu, ale przez Miękinię szło się szybko i ani się obejrzałam, a już byłam w Mrozowie. Był tam pałac nad stawem, ale po drugiej stronie, więc podziwiałam z daleka. Zaraz miał być kolejny.







Był to bardzo znany gotycko-renesansowy zamek otoczony fosą, wybudowany w latach 1513-1590. Należał do rodu Boner z Wrocławia. Jest tam też piękny park, po którym można spacerować. Ze szlaku można wejść przez chyba zawsze otwartą bramę.






Jak wyszłam z Wojnowic, zaczęło się ściemniać i robić naprawdę bardzo zimno. W lesie musiałam się zatrzymać i założyć dodatkową koszulkę pod bluzę, a potem i kurtkę i watowaną spódniczkę. Miało być tego wieczora -15 stopni i już się to czuło. Wyglądało na to, że będę musiała długo czekać na pociąg w Brzezince Średzkiej (wybierałam się z powrotem do Ewy). Szłam więc jak mogłam najwolniej, ale i tak doszłam godzinę za wcześnie. Myślałam, że postoję i wsiądę do ciepłego pociągu, tymczasem pięć minut przed jego planowanym przyjazdem z megafonu rozległa się informacja, że będzie opóźniony. Był opóźniony o godzinę. To było już dla mnie dwie godziny czekania. Miałam kurtkę puchową, ale nie wzięłam śpiwora, czego bardzo żałowałam. Próbowałam się dostać do zawiadowców ruchu, ale mnie nie wpuścili, tylko zasunęli żaluzję. Herbata w termosie się skończyła, woda zamarzła. Przewozy Regionalne się nie popisały. Nadjechały dwa pociągi z przeciwnego kierunku, oba z Zielonej Góry do Wrocławia, jeden po drugim. Pewnie jeden był opóźniony... Zadzwoniłam do Ewy, która już wracała. Przyjechała po mnie "po drodze". Potrzebowałam dużo czasu żeby odtajać.






Jakoś się rozgrzałam i rano byłam już w formie. Ewa znów dołączyła. Wyjechałyśmy późno, bo byłyśmy obie zmęczone i rano pospałyśmy dłużej. W pociągu do nieszczęsnej Brzezinki odbyło się miłe spotkanie z fanami :-)




Pałac w Gosławicach jakoś nam umknął, ale ten w Prężycach nam to wynagrodził. Był bardzo imponujący, choć niedostępny, za murem. Jeszcze jeden dworek nam się podobał, ale nawierzchnia szlaku już mniej. Cały czas asfalt. Idąc po śniegu asfalt można jeszcze jakoś przeżyć, ale bez śniegu byłoby bardzo nieprzyjemnie. Zauważyłyśmy jeszcze jeden ładny dworek, od ulicy były zabudowania gospodarcze, już same w sobie piękne, a dworek niewielki, z tyłu.









Obawiałyśmy się mostu na Odrze, bo to znowu Obwodnica Wrocławia, ale tym razem niepotrzebnie. Był wydzielony chodnik dla pieszych i rowerzystów, więc można było przejść bezpiecznie. A za mostem niespodzianka - szlakowskaz pokazujący też kolejny długodystansowy szlak, niebieski Szlak Archeologiczny, który również mam na liście.




Tak doszłyśmy do Brzegu Dolnego. Miałam może bardziej wyrafinowane wyobrażenia dotyczące tego miasta, ale przecież nie było źle. Na rynku stał kościół barokowy, dawniej ewangelicki, obecnie katolicki Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. W ogóle rynek był ładny, otoczony kamienicami pomalowanymi niezwykle kolorowo - gdyby pomalowano tylko niektóre byłoby to okropne, ale skoro wszystkie to nawet było to zabawne.






Dzisiejszy Dolnobrzeski Ośrodek Kultury oraz Urząd Miasta i Gminy znajduje się w zabytkowym zespole pałacowym. Udałyśmy się tam na tradycyjną przerwę w ciepełku. Pierwotnie pałac był barokowy, ale został przebudowany w stylu klasycystycznym około 1785 r. Obok wybudowano oficynę pałacową. Nieopodal pałacu funkcjonował browar i dobrze prosperujący folwark należący do właścicieli miasta. Przypałacowy park miał ciekawy drzewostan i szereg ozdobnych budyneczków, takich jak herbaciarnia czy leśniczówka. Był też basen i młyn. W 1945 pałac spłonął, większość jest obecnie w jakiś sposób odremontowana.







I znów zrobiło się ciemno... Już w głębokich ciemnościach szłyśmy długo wałami Odry. Czołówki tylko czasem były potrzebne, bo biel śniegu pomagała. 





Doszłyśmy do Urazu. Właśnie to był ten jeden nocleg, którego na początku nie miałyśmy. Nie zabrałam sprzętu biwakowego, a można byłoby go tam użyć. Dałoby się spać w otwartym budynku na przystani. Jednak nie tym razem - dałyśmy ogłoszenie na bushcraftowej grupie i znalazł się nasz fan, Paweł, który mieszka z rodziną w północnej części Wrocławia i zaprosił nas do siebie. Przyjechał po nas pod wał z dwoma labradorami. Paweł ma kanał na YouTube o wędrówkach z psami. W ciepłym mieszkaniu rozgościłyśmy się zaraz, porozkładałyśmy i zasiadłyśmy do stołu. Miło było pogadać z innym outdoorowcem :-)




Z Pałacu w Urazie widziałyśmy niewiele...





Rano Paweł odwiózł nas z powrotem na wał. Do końca szlaku zostało nam 23,5 km. Musiałyśmy cały czas pilnować czasu i patrzeć na zegarki, bo miałam  po południu pociąg, na który musiałam zdążyć. Na szczęście nie było większych problemów, raz czy dwa razy się zagapiłyśmy, ale szybko zauważyłyśmy, że źle idziemy. Właściwie szkoda, że szlak nie biegnie więcej wałami, w zasadzie niepotrzebnie wchodzi na asfalt w drugich Kotowicach i Paniowicach.








Kościół w którejś z tych miejscowości. Nowy, ale otwarty, więc weszłyśmy. Właśnie instalowano choinki na Święta.







Zwiedzanie miałyśmy już tylko jedno: Pałac Stolbergów w Świniarach. Był to niezły materiał na urbex, ale przede wszystkim kompletna ruina. Tylko frontowa ściana i wieża się jeszcze trzymały. Trochę się przestraszyłyśmy jakiegoś pijaczyny. Wymieniłyśmy z nim słowa powitania i gość się rozsiadł z butelką, ale zaraz zaczął kopać resztki podłogi, więc czym prędzej się oddaliłyśmy. Pałac został wzniesiony w 1845 roku w miejscu dawnej warowni średniowiecznej.






Tutaj (Pracze Widawskie) też był kiedyś pałac, ale zostały tylko resztki podłogi i kolumny... Był to dwór Reiterburg.




Końcówka szlaku to kolejne przejścia pod autostradami czy innymi drogami szybkiego ruchu. Przekroczyłyśmy też jeszcze dwukrotnie Widawę, aż wreszcie osiągnęłyśmy Pawłowice.






Zdążyłyśmy idealnie, do odjazdu pociągu pozostało jeszcze 20 minut, więc było wystarczająco dużo czasu na pamiątkowe zdjęcia i filmowanie. Kolejny długi szlak zaliczony :-) Ewa jakieś dwa dni później wróciła do Leśnicy i przeszła brakujący odcinek z Leśnicy do Brzezinki, więc też ma szlak zaliczony :-)







Szlak Dookoła Wrocławia nie cieszy się powodzeniem, miasto się rozrasta, terenów zielonych nie jest już wiele. Jednak szlak to szlak, ma więcej niż 100 km, więc wypadało go przejść. W zimowych warunkach było całkiem ładnie i możliwość nocowania pod dachem była bardzo przyjemną okolicznością. Obawiam się, że biwakowanie na tym szlaku byłoby bardzo trudne i odcinki dzienne musiałyby być w takim przypadku bardzo dziwnej długości.


Nasze odcinki wyglądały tak jak poniżej:

1 Wrocław Pawłowice - Szczodre 10,5 km

2 Szczodre - Śluza Ratowice 31,9 km

3 Czernica - Bielany Wrocławskie 28,5 km

4 Bielany Wrocławskie - Wrocław Leśnica 29,1 km

5 Wrocław Leśnica - Brzezinka Średzka 28,7 km

6 Brzezinka Średzka - Wał koło Rakowa 29,7 km

7 Wał koło Rakowa - Wrocław Pawłowice 23,5 km