czwartek, 13 września 2018

Kanada: Jasper National Park - Pyramid Mountain, Maligne Canyon, Brazeau Trail, Athabasca River


Pyramid Mountain

Leniuchowanie po zakonczeniu przejscia Continental Divide Trail i podrozy autostopem od granicy amerykanskiej do Jasper trwalo zaledwie jeden dzien... Kolejnego Lukas wyciagnal mnie na jednodniowa wycieczke w okoliczne gory. Cel byl konkretny - zdobycie Pyramid Mountain, jednego ze szczytow, jakie mozna w okolicy Jasper zdobyc bez sprzetu wspinaczkowego. Dla Lukasa byl to ostatni taki szczyt - wszystkie pozostale juz zdobyl.

Pierwsze 12 km pokonalismy stara lesna droga, w oczekiwaniu az poranne mgly, pozostale po calonocnym deszczu, sie rozwieja. Dopiero u podnoza gory dostrzeglismy jej zarys.


Na Pyramid Mountain nie prowadzi zaden znakowany szlak, ale poczatkowo podazalismy wyrazna sciezka znakowana od czasu do czasu kopczykami. Wyszlismy ponad granice lasu, gdzie coraz mniej bylo traw, a coraz wiecej skal.


Ku naszej wielkiej radosci, bo pogoda nie byla wcale pewna, niebo zaczelo sie przecierac.






Pierwsza czesc grzbietu byla latwa do zdobycia, ale w partii szczytowej bylo coraz wiecej glazow pokrytych swiezym sniegiem. W gore szlo sie w miare dobrze, ale w dol bylo wiadomo, ze bedzie trzeba zeslizgiwac sie na tylku.


Wtedy ogarnela mnie fala lenistwa... Czy naprawde musze sie meczyc...? Kiedy dotarlismy do wyplaszczenia zaproponowalam Lukasowi zeby szczyt zdobyl samotnie, a ja sobie posiedze i poogladam widoki :-) Tak tez zrobilismy.






Chmury sie rozeszly i widoki byly fenomenalne, a ja od tak dawna nie mialam okazji dluzej gdzies posiedziec i nacieszyc oczy gorskimi panoramami. Zabralam ze soba spiwor i teraz sie w niego zawinelam :-) Nie bylo wiatru, ale cieplo nie bylo, snieg pomimo slonca nie topnial.


Poltorej godziny minelo zanim Lukas wrocil. Zmarzniety, ale szczesliwy - udalo sie! Droga byla trudna, byl fragment wspinaczkowy, skaly caly czas i slisko na sniegu. Widok ze szczytu ponoc jeszcze lepszy, ale tak zawsze mowia ci, ktorym sie udalo, tym, ktorzy sie poddali :-)



Zeszlismy ta sama droga, po drodze gubiac sciezke i trawersujac strome zbocze. Lesna droga pod koniec zaczela nam sie potwornie dluzyc. Nad Piramid Lake spotkalismy rogacza.




Miasto Jasper pewnie pokaze Wam jeszcze pozniej. Maja tu niezle lody :-)



Maligne Canyon

Na kolejna wycieczke wybralismy sie nazajutrz, byl to wlasciwie krotki, kilkukilometrowy spacer brzegiem wspanialego kanionu, pelnego ciasnych przesmykow i huczacych wodospadow. Towarzyszyla nam Radka, kolezanka z pracy Lukasa.








Zima rzeka zamarza i kanion mozna przejsc po lodzie dnem. Lukas byl tam zima, a ja zazdroszcze. Jak w palacu Krolowej Sniegu...






Na parkingu natknelismy sie na czarnego niedzwiedzia, jednego z tych, ktore za bardzo lubia zapach smieci.




Brazeau Trail

Po trzech dniach spedzonych w cywilizacji nie moglam juz wytrzymac i postanowilam wybrac sie na dluzsza wycieczke. Znalezc odpowiedni szlak nie bylo latwo, bo Kanada jest dziwna. Nie maja tu zbyt wielu porzadnych dlugich szlakow. Albo jednodniowe trasy, z ktorych wraca sie ta sama droga, albo trudne eskapady po zaniedbanych szlakach, na ktorych rzeki zniosly mosty i nikt nie usuwa powalonych drzew - na to akurat nie mialam ochoty.

Do wyboru nie bylo wiele, w koncu zdecydowalam sie na Brazeau Trail o dlugosci okolo 70 km. Jest tez opcja zrobienia petli, ale poniewaz nie mam samochodu nie musze wracac na parking i wybralam opcje podluzna. Szlak jest latwy, zaopatrzony w mosty, choc w informacji parkowej uslyszycie cos o wymagajacym trekkingu dla doswiadczonych piechurow. W parku narodowym biwakowanie jest platne, oplata wynosi 10 dolarow za noc od osoby, plus oplata manipulacyjna, a rezerwacji trzeba dokonywac online.

Dojazd na poczatek szlaku, Nigel Creek Trailhead, to 150 km autostopem. Wedrowke rozpoczelam dosc pozno, bo o 10:45, ale pogoda byla piekna, a plecak ultralekki, bylam wiec pewna ze spokojnie zdaze dotrzec do miejsca biwakowego odleglego o 32 km przed zapadnieciem ciemnosci.



Wspaniale bylo znow byc na szlaku i miec przed soba wijaca sie sciezke. Minelam kilka osob z monumentalnymi plecakami, wracajacych ze szlaku na parking. Wyglada na to, ze Kanada to powrot do krainy wielkich plecakow Ospreya i wysokich butow. Ktos spytal czy jestem na jednodniowej wycieczce :-)






Wejscie na Nigel Pass nie wiazalo z zadnym specjalnym wysilkiem. Widok byl wspanialy - w oddali blyszczala biel lodowcow Pola Lodowego Columbia.


Przekroczylam strumien po kamieniach, a zaraz dalej zaczal sie najbardziej widokowy odcinek szlaku. Widac bylo poszarpane szczyty, a sciezka kluczyla po zwalisku glazow.




Lodowce widac bylo jeszcze lepiej, nie brakowalo ich tez w najblizszej okolicy.



Punkt widokowy! Czy nie tak wlasnie wyobrazamy sobie interior Kanady?


Przez reszte dnia wedrowalam dolina, wzdluz rzeki, ktora za kazdym zakretem robila sie coraz szersza.




Zapanowala juz jesien, wierzby zolkna, a karlowate brzozy, zupelnie podobne do laponskich, czerwienieja.




Szlak byl doskonale oznakowany.



Most byl, ale sie zmyl... Ale nie, nie trzeba bylo przechodzic na druga strone rzeki, zmieniono przebieg szlaku zamiast naprawic most, sciezka pozostala na tym samym brzegu.


Most na rzece Brazeau o tradycyjnej konstrukcji. Jakos sie trzymal...


Pod wieczor natknelam sie na swieze slady niedzwiedzia, ale do bliskiego spotkania niestety nie doszlo.




Po zachodzie slonca dotarlam do swojego miejsca biwakowego, budzac zdumienie pozostalych turystow. Biwak nad jeziorem cieszyl sie powodzeniem, bylo tam z 5 osob. Byly udeptane miejsca pod namioty, konar do wieszania jedzenia i plastikowe wc bez dachu.



Poranek nad jeziorem byl bardzo leniwy. Planowany dostans 25 km nie zapowiadal sie na zbytnio wyczerpujacy, wiec spokojnie zjadlam sniadanie i przeszlam sie nad jezioro obserwowac nura. O swicie slychac bylo pokrzykiwania nawolujacych sie ptakow.





Szlak pial sie dalej w gore malowniczej doliny, wcisnietej miedzy strome zbocza gor. W dole wil sie strumien.






Poboktan Pass to szeroka przelecz z ladnymi widokami na gory. Porastaly ja wierzbowe zarosla.








Jak to czesto bywa na zejsciu widoki byly jeszcze lepsze. Jak za dawnych czasow przysiadlam sobie na kamieniu i zajelam ogladaniem krajobrazu. Milo bylo nie musiec juz nigdzie pedzic...





Kolejna dolina i meandrujacy strumien, plynacy przez polnocny las. Na wysoko polozonej terasie ulokowany byl moj biwak. Stoly piknikowe z widokiem na wodospad - swietnie!








Rozbilam namiot, przygotowalam kolacje i zaparzylam owocowa herbate. Mialam jeszcze ze soba resztki jedzenia ze Stanow. Powoli nadszedl zmierzch, a za nim noc.




W nocy rozpadalo sie na dobre i lalo az do rana, w zwiazku z czym wypelzlam ze spiwora dopiero po 8. Korzystanie z wc pozbawionego dachu nie nalezy do najwiekszch przyjemnosci. Wyobrazcie sobie chlod deski klozetowej, skrytej pod klapa obficie skropiona zimnym deszczem...



Jesienny las byl nasiakniety wilgocia, na sciezce zalegaly kaluze, ale juz nie padalo. Do konca szlaku pozostalo tylko 13 km, ktore pokonalam szybko i sprawnie.



W 36 minut zlapalam stopa i pojechalam z powrotem do Jasper.

Tam przypadkiem trafilam do lokanego muzeum, wiec naturalnie zajrzalam. Ekspozycja dotyczyla glownie historii miasta i regionu, byly historie o traperach polujacych na bobry i o powstaniu linii kolejowej.





Athabasca River Walk

Kolejna wycieczka to znowu kilkukilometrowy spacer, na ktory wybralam sie w niedzielne popoludnie. Jasper jest polozone nad rzeka Athabasca, jedna z wiekszch kanadyjskich rzek, wyplywajacych z Gor Skalistych. Jest to rzeka lodowcowa, a wiec wody, ktore toczy sa metne.



Sciezka prowadzi blisko rzeki. Choc miasto jest bardzo blisko, to wciaz park narodowy i dzikie, pelne zwierzyny tereny. Tuz nad brzegiem zauwazylam dwa walczace jelenie. Co za widok!



Dzien byl pochmurny, przechodzily przelotne opady.


Minelam kilka malych jezior i przekroczylam niewielki doplyw Athabaski.



Athabasca jest ogromna, a wrzesien jest miesiacem w ktorym stan wody i tak jest najnizszy. Popularna rozrywka sa splywy pontonowe.




Przeszedlszy przez most wrocilam do miasta. Przy tej okazji zwiedzilam kilka miejsc. Przy dworcu kolejowym stoi stara lokomotywa i indianski totem, wykonany przez plemie Haida i opowiadajacy historie dwoch braci, ktorzy kiedys zawedrowali w te rejony. 100 lat temu takie totemy czesto stawiano przy kolei, a kiedy stary sie rozpadl postanowiono postawic nowy, to wlasnie ten.



A potem przyszla zima... Gory wlasnie zasypal snieg, wiec nie wychylam nosa z cieplego mieszkania, ale ma byc lepiej :-)

3 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Tak, kanadyjskie Gory Skaliste robia wrazenie. Na pewno kiedys wroce glebiej eksplorowac te rejony.

      Usuń
  2. Widać że Stwórca lubi hikerów, bo stworzył takie piękne tereny... :)
    Szkoda tylko, że tak daleko. Na szczęście tu w okolicy piękna też nie brakuje.

    OdpowiedzUsuń