piątek, 6 grudnia 2019

Suwalszczyzna: Szlak Doliny Rospudy i Szlak "Wokół Wigier" im. Antoniego Patli

Z początkiem listopada postanowiliśmy z Michałem na zakończenie sezonu wybrać się na dłuższą wędrówkę, zaspokajając głód chodzenia i potrzebę pogadania z kimś kto wie, co czujemy - czyli ze sobą nawzajem. Oboje wciąż byliśmy pogrążeni w kryzysie spowodowanym zaprzestaniem chodzenia - ja po przejściu Pacific Crest Trail (i Estonii z rozpędu), a Michał Appalachian Trail.

Tym razem za cel obraliśmy sobie przejście dwóch szlaków na polskim biegunie zimna, który wcale nas nie przerażał: Szlaku Doliny Rospudy i Szlaku "Wokół Wigier" im. Antoniego Patli. Mogliśmy w ciągu pięciu dni, bo tyle zajęło nam pokonanie zaplanowanego dystansu, zrobić dwa thru-hike'i! Naprawdę, kompletne przejście jakiegokolwiek szlaku przynosi mi wielką satysfakcję niezależnie od jego długości.

Szlak Doliny Rospudy, znakowany kolorem niebieskim, przebiega na linii północ-południe wzdłuż rzeki Rospudy i ciągu rynnowych jezior, przez które przepływa. Początek szlaku znajduje się w miejscowości Pluszkiejmy, na wschód od Gołdapi, na południe od Puszczy Rominckiej, jeszcze w województwie warmińsko-mazurskim; kończy się zaś w Augustowie, konkretnie w Augostowie - Klonownicy, w województwie podlaskim. Przebiega po kolei przez skraj Mazur Garbatych, Pojezierze Zachodniosuwalskie i Puszczę Augustowską. Ma 82,8 km.
 
Z kolei zielony Szlak "Wokół Wigier" to pętla wokół Jeziora Wigry, moim osobistym zdaniem najpiękniejszego jeziora w Polsce. W całości przebiega na terenie Wigierskiego Parku Narodowego. Jego długość to 48,5 km. Oficjalny początek szlaku znajduje się w Starym Folwarku, ale jako że jest pętlą, można wędrówkę nim rozpocząć w dowolnym miejscu (my zaczęliśmy w Gawrych-Rudzie).
 
Przejście obu szlaków można było łatwo połączyć dzięki możliwości przetransportowania się Przewozami Regionalnymi z Augustowa do Płociczna, skąd do szlaku zielonego prowadzi 3-kilometrowy dojściowy szlak czarny.


W sobotni wieczór stałam na dworcu PKP w Bielsku - Białej. Ten etap podróży jest zawsze ekscytujący, czy chodzi o wielkie lotnisko na końcu świata, czy zagubiony przystanek autobusowy na polskiej prowincji. To miejsce, w którym się podróż zaczyna. Kierunek: Warszawa Centralna. Z racji wieczornego pociągu załapałam się na podróż na jednym bilecie. Noc spędziłam u Michała a rano wsiedliśmy już razem w pociąg do Suwałk.
 





W Suwałkach byliśmy około południa. Być może istnieje jakiś skrót, ale poszliśmy na dworzec autobusowy drogą możliwie najbardziej okrężną. Zdążyliśmy, autobus do Gołdapi podjechał (był naprawdę wiekowy), wsiadło jeszcze kilka osób. Podróż do Pluszkiejm trwała nieco ponad godzinę. Stanęliśmy nad głową kierowcy kiedy zbliżył się moment wysiadki, a na widok tabliczki z nazwą miejscowości zapytałam czy mamy wysiąść na najbliższym przystanku czy może jest jakiś inny. Kierowca wybuchnął szczerym śmiechem: czy naprawdę myślę, że tu jest 5 przystanków? No to wysiedliśmy.

Bez wiary w powodzenie tej operacji poszukiwaliśmy najpierw początkowej kropki, a później znaków szlaku. Nic, zero. W internecie nie było żadnych śladów do pobrania, ale wydawało nam się, że Suwalszyczyzna, jako region jednak turystyczny, będzie miała lepiej znakowane szlaki niż regiony, w których bywaliśmy dotąd. Nic bardziej błędnego. Moja stara mapa w skali 1:75 000 wskazywała przebieg, z pomocą GPSu zlokalizowaliśmy siebie samych i ruszyliśmy.





Z pewnym niepokojem skręciliśmy z głównej drogi na gruntówkę, wskazywaną przez mapę. GPS pokazywał nam gdzie jesteśmy, ale o szlaku nic nie wiedział. Ale już kilkaset metrów dalej niespodzianka: znak. No, wspaniale, szlak przynajmniej kiedyś istniał! No to idziemy! Zadowoleni z siebie i z nadzieją na przyszłość ruszyliśmy po twardym piasku. Jak to miło, że jeszcze są w tym kraju regiony, w których są gruntowe drogi.

Szlak znikał, ale szukaliśmy cierpliwie i odnajdywały się na drzewach niebieskie mikro plamki obrośnięte liszajami porostów. Tak na dobrą sprawę przydała by się lupa i może jakiś przyrząd na podczerwień. Brawo PTTK. Chyba naprawdę należą nam się ordery za wytrwałość w eksplorowaniu zapomnianych szlaków nizinnych - Ordery Virtuti Szlakari .
 






Rospuda stanowi górny bieg rzeki Netty, prawego dopływu Biebrzy. Co do tego gdzie biją jej źródła sprawa jest niejasna. Większość nurtu kryje się pod jeziorami - Rospuda płynie przez długi ciąg jezior, będących pozostałością jednej wielkiej rynny lodowcowej, wyrytej jakieś 12 tysięcy lat temu. W rynnie najpierw są jeziora, być może wpływają do nich jakieś małe strugi, ale właściwa rzeka wydaje się wypływać dopiero z Jeziora Czarnego, w miejscu odległym od początku szlaku o 15 km.
 
Jeziora są dość dzikie, część ma brzegi lesiste, choć więcej jest nad nimi terenów rolniczych. Wioski są małe i ciche, brak agresywnej zabudowy. Teraz kiedy dreptaliśmy w listopadowe popołudnie na wysokim brzegu było naprawdę bardzo spokojnie. Na Jeziorze Czarnym (ale nie tym, z którego wypływa Rospuda, jest jeszcze drugie) dryfowała łódka, ktoś coś poławiał, pewnie i z niezłym skutkiem. Przypomniała mi się scena z jednego z moich ulubionych filmów - Kochanków z Marony Izabeli Cywińskiej, który także dzieje się jesienią i nad jeziorem. Fabuła może się wydać niezrozumiała, zwłaszcza jeśli ktoś nie zna literackiego pierwowzoru, ale warstwa wizualna jest naprawdę znakomita, a aktorzy dobrze zagrali (wielka rzadkość w polskich filmach).

Jezioro Czarne ciągnęło się tak bardzo długo. A potem nagle się skończyło, a my szliśmy wśród typowo wiejskiego krajobrazu: pola, pastwiska, zagajniki. Zapomnieliśmy o zrobieniu zapasów wody, myśleliśmy że może dojdziemy do Białych Jeziorek i odwlekaliśmy moment zapukania do czyichś drzwi - atmosfera listopadowego zmierzchu nie sprzyjała takiej inicjatywie. Sondowaliśmy rowy, rozważaliśmy penetrację bagna, ale ostatecznie znaleźliśmy dość przejrzystą kałużę. Kałużanki nabraliśmy do butelek za pomocą garnków. 








 
Później przyszło nam w te pędy szukać noclegu. Wydawało mi się, że nad Rospudą będzie lesiście, ale wystarczyło spojrzeć na mapę żeby stwierdzić, że tak nie jest. Wyboru wielkiego nie było, trzeba się było zaczepić w jakimś zagajniku. Dni były już krótkie, szczególnie na Dalekiej Północy naszego kraju. Już w świetle czołówek rozbiliśmy się w lesie, blisko miejsca piknikowego dla rowerzystów (nasza trasa była w dużej mierze wspólna z Green Velo) - bardzo się cieszyliśmy, że będziemy mieli daszek. Kałużanka okazała się być ohydna w smaku, gotowanie nic tu nie wniosło. Po drodze coś zjedliśmy i nie byliśmy bardzo głodni, ale trzeba coś było robić przez cały długi wieczór. Jak już siadłam w namiocie nie wstałam, a i Michała wkrótce przepłoszył kropiący deszcz. Poszliśmy spać przed 20.
 
Obudziłam się na długo przed świtem, a kiedy uznałam, że pora jest już przyzwoita zawołałam: "Halo Duplex!" Z sąsiedniego namiotu dobiegło "Halo Solplex" i tak oficjalnie zaczął się nowy dzień. Wzięliśmy nasze thru-hikerskie namioty ZPacksa da porównania, choć widziałam setki Duplexów jakoś nie miałam nigdy okazji wejść do środka. Szczerze - nie wiem co zrobiłabym z tak wielką ilością przestrzeni. Mały Solplex w zupełności mi wystarcza. Michał z kolei bardzo sobie ceni więcej miejsca w środku. Różnica w wadze to tylko jakieś 100 g.




Mieliśmy ze sobą ogromne ilości jedzenia, w tym różne ulubione potrawy przywiezione z ostatnich wojaży. Nie jedliśmy co prawda ziemniaków ani makaronu na śniadanie, ale i tak było smacznie. Sniadanie wchłonęliśmy pod zadaszeniem, ciesząc się z dachu nad głową, nawet jeśli był dziurawy, bo ledwo wyszliśmy na namiotów, a zaczęło padać.




Deszcz przybrał na sile jeszcze zanim skończyliśmy śniadanie. Kurczyliśmy się przebierając się w stroje przeciwdeszczowe, a przez dziury w dachu i tak nam nakapało na rzeczy... Już się dłużej nie guzdraliśmy, tylko ruszyliśmy. Od czasu do czasu wysupływałam aparat spod peleryny żeby sfotografować jakiś stary drewniany dom czy ewangelicki cmentarz.
 




Wreszcie doszliśmy do miejsca, gdzie bez żadnych wątpliwości płynęła Rospuda: przesmyku pomiędzy jeziorami Rospuda Filipowska a Kamiennym. W ładny dzień widok na pewno jest zniewalający, ale i w deszczu było pięknie. Obok była plaża i wiata, która nie bardzo chroniła przed warunkami atmosferycznymi, ale zjedliśmy tam drugie śniadanie.







W związku z tym, że jedynym elementem mojego sprzętu przeciwdeszczowego, który działał były wodoodporne skarpetki pół dnia spędziłam spowita w żółtą plastikową pelerynę. Z tą samą peleryną kończyłam PCT i muszę powiedzieć, że jest to genialny wynalazek, lekki, a skrywający nie tylko przeciekającą kurtkę i nogi do kolan, ale i plecak. Jedynie z obszernym kapturem są problemy, muszę wymyślić jakiś sposób na jego unieruchomienie na głowie.
 




W którejś z wiosek przyplątał się do nas mały piesek i zaczął iść za nami. Mieliśmy z nim kłopot, próbowaliśmy zniechęcić, ale ciągle wracał. Nie daliśmy mu nic do jedzenia, ale mimo to po przerwie na wczesny lunch dalej się nas trzymał. Nikogo nie widziliśmy, więc nie było kogo poprosić o odprowadzenie, aż wreszcie przed Filipowem nadszedł z naprzeciwka wesoły facet w średnim wieku, zagadał do nas, przywitał uściskiem dłoni, więc od razu sprzedaliśmy mu kłopot, a on już wiedział jak się tym zająć. Ryknął: "psiuk, kurrr*a"! I pogonił pieska, a na nas machnął żebyśmy czym prędzej się oddalili. Odwróciliśmy się potem jeszcze żeby pomachać i podziękować, ale pies nie wrócił. Teraz już wiedzieliśmy, że wystarczą dwa słowa. Psiuk to pies w gwarze, jaką mówią na północnym wschodzie, również na Wileńszczyźnie. Znałam to słowo z Miłosza.





Doszliśmy do Filipowa, zrobiliśmy małe zakupy, poprosiliśmy o wodę i poszliśmy dalej, kiedy objawił nam się bardzo wyrazisty konflikt między "człowiekiem z prowincji" a "ludźmi z miasta" (choć ja się wcale nie uważam za osobę z miasta... ale może prowincja prowincji nie równa). Kiedy postawiłam aparat na jakimś płocie w celu sfilmowania naszego przejścia przez Filipów, jakiś facet po drugiej stronie ulicy dźgnął nas oskarżeniem o wtargnięcie na teren prywatny. Nie wątpiłam, że chodzi właśnie o wyżej wymieniony konflikt. Bliśmy wyraźnie odmienni: obcy, inaczej ubrani, robiący coś dziwnego - wszelka odmienność to taki łatwy kąsek dla wzbierającej agresji. Dyskusja nie miała sensu, zebraliśmy się stamtąd. Przykre wrażenie pozostało w nas niestety na długo.






Na końcu wsi znajdował się cmentarz, cały ukwiecony, bo właśnie było po Wszystkich Świętych.





Przestało padać, co chyba cieszyło wszystko co żywe, nie tylko nas... Na spotkanie wyszło nam całe stado krów. Były przyjaźnie nastawione. Czego nie można powiedzieć o mieszkańcach całej tej okolicy. Wszędzie było mnóstwo tabliczek "teren prywatny", na każdej działce, na każdym płocie, tak jakby specjalnie trzeba było pisać. Czy to znów jakiś dziwaczny przejaw niechęci czy zmęczenie turystami, którzy może i latem odwiedzają Suwalszczyznę? Trudno powiedzieć. W Polsce nigdzie czegoś takiego nie widziałam, a nawet w rekordowej pod tym względem Nowej Zelandii tabliczek nie było aż tyle, o USA nie wspominając. Jak się pomyśli o Skandynawii, gdzie każdy może chodzić i biwakować gdzie chce to się robi naprawdę przykro...









Na widnokręgu ujrzeliśmy wystające ponad drzewa wieże kościoła w Bakałarzewie. Zajrzeliśmy do sklepu, skoro był, a tam sprzedawczyni bardzo miła i cała lodówka pełna suszonych kiełbas - nie było obaw, że mogą być nieświeże po świętach, bo przecież były suszone. Degustację odłożyliśmy na wieczór.




Rospuda wyglądała tutaj mało zachęcająco, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Drugi rzut oka padł na stary młyn, a później z tablicy informacyjnej dowiedzieliśmy się, że nienaturalnie proste koryto rzeki powstało jako część fortyfikacji, wykonanych przez Niemców w czasie wojny. Na Rospudzie przebiegała granica między Prusami a Polską, stąd mnóstwo fortyfikacji, w tym także całe ciągi bunkrów (chyba można je w sezonie zwiedzać, bo były do nich kierunkowskazy). W dawniejszych wiekach rzeka także stanowiła granicę - między Litwą a ziemiami zakonu krzyżackiego.






Tutaj właśnie, gdzie Rospuda wpływała do Jeziora Sumowo spotkaliśmy się z jedną z Dróg św. Jakuba - Camino Polaco. Nie było to ostatnie z nią spotkanie, ale o tym później. Nad jeziorem była duża wiata, ale okolica zbyt uczęszczana żebyśmy się nią mogli interesować.





Przez chwilę kropiło, ale na szczęście tylko symbolicznie. Szliśmy bezmyślnie drogą, za późno spostrzegłszy że należało skręcić w jakąś małą uliczkę między ośrodki wczasowe. Nie chciało nam się wracać, postanowiliśmy dobić do szlaku na skraju lasu, choć braliśmy pod uwagę, że może być zagrodzony płotem "teren prywatny". Na szczęście przejście było wolne. Kilka minut wędrowaliśmy przez las, a potem wyszliśmy na jakąś rozrzuconą w polach wioskę. Według mapy szlak przebiegał gdzieś na przełaj, na mapie w telefonie nie było żadnej drogi, ale zbliżywszy się do jakiegoś gospodarstwa nieśmiało zapytaliśmy czy możemy przejść. Godpodarz bardzo uprzejmy, pozwolił nam przejść przez podwórko, tak lepiej, bo tam "bagno" (to było eufemistyczne określenie wielkiego gnojowiska, z którego odciek trafiał wprost do zarośniętego olchami mokradła - jeden z powodów dla których nie mieliśmy ochoty pić w tej okolicy wody innej niż z kranu).





Nagle, znikąd, pojawiły się jeszcze jakieś czerwone znaki, a nawet jeden jedyny żółty. Nigdy nie udało nam się dojść do tego, co to za szlaki. Weszliśmy w większy kompleks leśny i nadeszła pora poszukiwań biwaku. Było jeszcze jasno, może moglibyśmy podejść jeszcze z pół godziny, ale mógłby być problem ze znalezieniem odpowiedniego miejsca, a teraz trafiło się idealnie - la gęsty, położony na górce, więc suchy, z udziałem sosen. Zapuściliśmy się głębiej i za jakimś rowem (znów jakieś stare fortyfikacje) znaleźliśmy spokojny, osłonięty zakątek, chyba pozostałości jakiejś od 50 lat nieużywanej dróżki leśnej. Rozbiliśmy się przedsion-w-przedsion żeby móc swobodnie prowadzić wieczorną konwersację.

Zanim rozłożyliśmy namioty, nadmuchaliśmy materace i roztrzepaliśmy śpiwory zrobiło się zupełnie ciemno. Gałęzie drzew szumiały tajemniczo na wietrze. Na kolację był wspaniały żurek Knorra z jajkiem na twardo i aromatyczną kiełbasą z Bakałarzewa. Na deser kisiel. Fajnie było mieć tyle czasu na gotowanie.






W indentycznych warunkach, w praktycznie takich samych namiotach mieliśmy zupełnie inną sytuację jeśli chodzi o kondensację - u mnie było jak zwykle sucho, u Michała jak zwykle mokro. Najwyraźniej ciało ludzkie może wydzielać bardzo różne ilości wilgoci. Ja choć dużo piję wieczorem wszystko wchłaniam, Michał pije mniej, a poci się dużo więcej. Jeśli biwakuję pod drzewami praktycznie nigdy nie mam problemu z kondensacją, nawet przy zamkniętych drzwiach (a te zamykaliśmy z powodu groźby nocnych opadów).
 
Czerwone znaki nie zniknęły, przeciwnie: były świeżo odmalowane na nowych słupach elektrycznych. Za to niebieskich nie było, pojawiły się dopiero w polach za Kotowizną.










W polach hulał surowy wicher, więc choć było tam pięknie, z ulgą weszliśmy w większy kawałek lasu, porastającego oba brzegi długaśnego Jeziora Bolesty. Niestety jeziora nie było widać, dojrzeliśmy je dopiero po 2 km.






Tutaj, daleko na północy, jesień była już bardzo zaawansowana. Na południu Polski wciąż było złociście, kiedy Pojezierze Litewskie jesienne chłody ogołociły właśnie z ostatnich liści. Coś jeszcze trzymało się brzózek, łapiąc ostatnie chwile wegetacji; małe rude plamki na drugim brzegu.






Las się niestety szybko skończył. Jezioro utonęło w głębokiej rynnie, a szlak prowadził gruntową drogą, przy której kwitł zasiany na poplon rzepak. Pachniał jak w maju.






Jeszcze zanim dotarliśmy do Raczków rozpadało się dość intensywnie, na tyle że wkurzeni stanęliśmy żeby założyć kurtki i spodnie przeciwdeszczowe. Jak to zwykle bywa deszcz ustał kiedy byliśmy już w to wszystko uzbrojeni.
 
Raczki to niewielka miejscowość, ale jakby odrobinę bardziej rozwinięta. Miała rynek z ławeczkami, a pracownicy zieleni miejskiej (może raczej zieleni gminnej) porządkowali rabatki. Żuleria zajęła część parku położoną po drugiej stronie głównej drogi. My sobie przycupnęliśmy na ławeczce po tej pierwszej stronie. Wciągnęliśmy drugie śniadanie zakupione w jednym z kilku sklepów: Kubusia, Monte, banana, drożdżówki... A ledwo wstaliśmy z zamiarem kontynuowania marszu, trafiliśmy na świetny sklep mięsny, w którym oferta suszonych kiełbas była bardzo duża i pachnąca jałowcem. Oczywiście wstąpiliśmy i nie wyszliśmy z pustymi rękami.






Za Raczkami przeszliśmy pod wiaduktem - ostateczną wersją obwodnicy Augustowa, która wydaje się być dobrą lokalizacją - w krajobrazie nie było nic wartego uwiecznienia. Dopiero jakiś kilometr dalej, w Dowspudzie (Dowspuda to pierwotna nazwa Rospudy) trafiliśmy na zabudowania pałacowe. Była to posiadłość hrabiego Ludwika Michała Paca, a hrabia miał tam swój pomnik. Nie wchodziliśmy głębiej w park z braku czasu...







Dalej szliśmy uczęszczanymi przez samochody drogami, po części asfaltowymi, mijając czasem jakieś zabudowania. Gawędziliśmy sobie aż dostrzegliśmy tablicę wskazującą niedalekie uroczysko Święte Miejsce, które miało się znajdować w okolicy bardziej odludnej.








Skręciliśmy w las na odpowiednim skrzyżowaniu, a w lesie odetchnęliśmy świeżym, żywicznym powietrzem - Puszcza Augustowska! Nie było co do tego wątpliwości. Las od razu wyładniał i się zagęścił.






Po lewej, ograniczona wysoką skarpą, płynęła rzeka. Pierwszy raz widzieliśmy ją w takiej postaci. Rospuda wyraźnie zmieniła tutaj charakter, już nie była górskim potokiem, a nizinną rzeką o ciemnej toni i spokojnym nurcie. Na skarpę podeszliśmy wydeptaną ścieżynką, żałując że szlak nie prowadzi bliżej wody.





Święte Miejsce było już niedaleko, najpierw trzeba było przejść most, a potem ukazywał się placyk i kapliczka, dopiero gdzieś chyba z tyłu właściwe uroczysko znajdujące się u ujścia bystrej strugi wypływającej z Jeziora Jałowo.








Oczywiście była tam tabliczka "teren prywatny". Wszędzie płoty schodziły do jeziora, wszystkie działki ignorowały własność państwową terenu w odległości 2 m od linii brzegowej, nie mogło być inaczej i tutaj.

Święte Miejsce było niegdyś uroczyskiem jaćwieskim, a skończyło tak jak znakomita większość prastarych miejsc kultu - wybudowano tam kaplicę. Tabliczka informacyjna mętnie i błędnie opisywała historię tego miejsca. Miały tam być jakieś dwa stare krzyże, ale na coś naprawdę starego wyglądał żłobiony kamień. Niestety nic o nim nie napisano. Kaplica była o dziwo otwarta, a na widok wnętrza szeroko otworzyliśmy oczy. Wszystkie ściany były obwieszone obrazami, figurkami, sztucznymi kwiatkami. Czy to były prośby czy dziękczynienia, trudno powiedzieć, nie zaglądałam. Była też księga gości, czy raczej księga próśb - odnotowaliśmy swoją wizytę. Święte Miejsce zrobiło na nas dziwne wrażenie. Wyszliśmy dość prędko, a chwilę później nadjechał samochód, z którego wysiadł mężczyzna z dużym pakunkiem, ubrany w coś kamuflażowego. Myśleliśmy, że to może po nas, bo "teren prywatny", ale raczej był to ktoś, kto przywiózł kolejny obraz i nasza obecność nie była mu potrzebna.












Siedzieliśmy na ławce nad brzegiem rzeki. Nawet nie zmarzliśmy nad wodą. Ale czas było iść dalej. Baliśmy się, że leśna droga, która miała na mapie milimetr przekroju okaże się jakąś uczęszczaną szutrówką, ale tak na szczęście nie było (wyjąwszy dwa tiry, które wzięły się znikąd i minęły na polance, najwyraźniej kierowane przez trzeciego gościa, który na polance siedział w aucie). Droga zamieniła się w asfalt na trzy kilometry przed Szczebrą.






Na skrzyżowaniu w Szczebrze (Szczebrej?) minęła nas straż leśna, co na chwilę zmroziło nam krew w żyłach, ale na szczęście nikt się nami nie zainteresował. W ostatnim domku poprosiliśmy o nalanie wody do butelek. Za wiekowym dębem skręciliśmy z głównej drogi w mniejszą. Tutaj już widać było, że zbliżamy się do Augustowa, bo więcej było działek, na których budowano nowe domy i ogólnie panował większy ruch.

Znaki szlaku zniknęły, więc wybieraliśmy leśne drogi na oko, schodząc coraz bliżej koryta rzeki. Zrobiło się błotniście, po prawej widzieliśmy bagno. Trzeba już było włączyć czołówki, a dróżka znikała. Podeszliśmy na przełaj na wysoki brzeg i znaleźliśmy kolejny trakt. Szliśmy nim kawałek aż do bardziej widnej polanki obok nagiej poręby, gdzie zaczęliśmy poszukiwać miejsca na biwak. Znaleźliśmy je zaraz, choć może nie było idealne, bo musieliśmy zmieniać położenie namiotów i linek żeby zmieścić się na mszystym spłachetku. Wokół było mnóstwo gałęzi, a teren zaczynał się podnosić. W końcu się udało, rozbiliśmy ponownie namioty przedsionkami do siebie, tak żeby ułatwić sobie wieczorną rozmowę. Wiał dość silny wiatr, ale niebo wyraźnie się przejaśniało. Spomiędzy chmur prześwitywała poświata napęczniałego księżyca.



 
Rano wiatr prawie ustał, było szaro i nieco chłodniej niż w poprzednich dniach. Byliśmy zrelaksowani i zadowoleni. Nasza egzystencja skoncentrowała się właśnie tutaj, na tym mchu i pośród chudych świerczków, na wolności. Nie musieliśmy się zrywać o świcie, bo polowaliśmy na pociąg odjeżdżający z Augustowa dopiero po 11, a zostało nam do przejścia tylko kilka kilometrów. Opowiadaliśmy sobie różne historie leżąc jeszcze w śpiworach (Michał zawsze wstaje nieco wcześniej, a ja wyleguję się, a potem sprężam), zjedliśmy śniadanie, wykopaliśmy dołki.
 
 




Chyba nie byliśmy na szlaku, ale gdzie szlak był tego też nie wiedzieliśmy, szliśmy po prostu we właściwym kierunku, starając się zbliżyć do rzeki. I rzeczywiście, po chwili pojawiły się trzcinowiska, łęgi i woda.




 
Rzeka meandrująca pośród trzcinowisk, otoczona połacią torfowisk, była przepiękna. Szerokie koryto wydawało się nieruchome, gdzieś plusnęła rybka. To właśnie gdzieś tutaj miała przebiegać obwodnica Augstowa i przecinać ten najpiękniejszy i najdzikszy odcinek rzeki. Zniszczenie tego miejsca to byłaby prawdziwa zbrodnia.
 







Wspaniały był wielki dąb, na jaki trafiliśmy na kolejnym kilometrze trasy. To był etap szlaku (choć, hmm, czy byliśmy na szlaku?), który był naprawdę ładny i ciekawy, no i naprawdę szliśmy doliną Rospudy. W jednym miejscu dolinę przecinała grobla, po której można było dojść na punkt widokowy. Punkt widokowy stanowił koniec grobli. Nie było żadnej infrastruktury, poza tablicą informacyjną, ale niezaprzeczalnie było ładnie, zwłaszcza na torfowisku, o tej porze roku zupełnie opustoszałym.










Podążyliśmy dalej na czuja i trafiliśmy na szerszą drogę, przy której pojawiły się niebieskie znaki. Doprowadziły nas już bezbłędnie do Augustowa, zahaczając o cypelek o intrygującej nazwie Goła Zośka. Listopad ma swoje prawa - niczego gołego nie udało nam się wypatrzyć. Camping był puściusieńki.









Ostatni leśny odcinek był śliczny, jeszcze jesienny, właśnie taki na jaki czekaliśmy przez 80 km... Skończył się na asfalcie, w pobliżu mostu na Netcie - kontynuacji Rospudy, który musieliśmy przejść żeby dojść do Augustowa i oficjalnie zakończyć przejście szlaku.







Poszukiwania kropki kończącej szlak znowu (znowu!) spełzły na niczym. Ostatni znak znajdował się na słupie przed jakimś starożytnym obiektem PTTK, skąd alejka wybrukowana betonową kostką schodziła nad jezioro. Zeszliśmy, ale już więcej znaków nie było. Było owszem miejsce odpoczynku dla rowerzystów, tablice z mapami szlaków rowerowych, ławeczki, kosze na śmieci. Ale o turystach pieszych zapomniano. Wracając spostrzegliśmy tablicę PTTK opisującą szlaki piesze. Murszała w krzakach pod kontenerem na śmieci. Był na niej nasz szlak.

Wycieczkę pań uprawiających nordic walking poprosiliśmy o pamiątkowe zdjęcie pod słupem, robiąc wrażenie kompletnych świrów, zażyczyliśmy sobie żeby na zdjęciu znalazł się obiekt PTTK. Pierwszy thru-hike zaliczony.






W Augustowie spędziliśmy jeszcze godzinę, sondując uliczki i ciekawą zabudowę, zgaduję że wojskową. Znaleźliśmy trzy sklepy spożywcze w jednym miejscu i wszystkie odwiedziliśmy. Miałam wielką ochotę zjeść coś konkretnego, wciąż byłam okrutnie głodna, bo jeszcze nie wyłączył mi się hiker hunger po PCT. Bardzo sympatyczna pani sklepowa polecała "świeżutką kiszeczkę", więc postanowiłam zaryzykować i spróbować tego specjału. Było to jelito wieprzowe, wypełnione nadzieniem z surowych ziemniaków, upieczone i jeszcze gorące. Zjadłam je pod sklepem popijając kefirem "Augustowskim". Trochę zalatywało świnią, ale zasadniczo było pyszne i przez jakiś czas nie byłam głodna (na peronie poprawiłam jeszcze waflem "Zebra"). Michał wsunął bardziej standardową bułkę.







Po 11 minutach jazdy pociągiem wysiedliśmy na stacji Płociczno. Stamtąd ruszyliśmy szlakiem czarnym do centrum Płociczna i sąsiedniej Gawrych Rudy, gdzie znaleźliśmy pierwsze znaki zielonej pętli "Wokół Wigier", czyli Szlaku im. Antoniego Patli. Szlak planowaliśmy skończyć dnia następnego w tym samym miejscu.
 
Główny szlak pieszy Wigierskiego Parku Narodowego ostatnimi czasy został przywłaszczony przez rowerzystów. W rozmaitych opisach można spotkać  nawet takie zdanie: "obecnie każdy go pokonuje rowerem ze względu na dystans" - jaki "dystans"?! Latem zapewne rowerzyści stanowią spore utrudnienie, na szczęście w listopadzie nie było żadnych. Pieszych zresztą też nie było.







Zdecydowaliśmy się na wędrówkę w kierunku odwrotnym do kierunku wskazówek zegara, a więc początkowo ruszyliśmy na wschód. Las nie wyglądał bardzo puszczańsko, nawet prowadzono w nim jakieś prace gospodarcze, ale uznaliśmy, że są konieczne dla odtworzenia naturalnego zbiorowiska leśnego. Bardziej martwiły nas przejeżdżające ciężarówki, które mijały nas ciągle jeszcze w Płocicznie, muszą jeździć gdzieś na skróty, ale jak to możliwe, że przez park narodowy?





Binduga, czyli miejsce w którym dawniej staczano drewno na wodę i drogą wodną transportowano dalej. Później powstała kolej wąskotorowa kursująca w tym samym celu, a obecnie udostępniana latem turystom (mieliśmy kiedyś oboje przyjemność się nią przejechać, fajna zabawa).





Od mojej poprzedniej wizyty nad Wigrami minęło już sporo czasu, obserwowałam wiele zmian. Na razie były to w zasadzie zmiany na lepsze: powstały stoły piknikowe, toalety i pomosty widokowe. Zeszliśmy na każdy pomost, choć trzeba było po drodze pokonywać schody. Jezioro się nie zmieniło, woda była czysta i spokojna, pływały po niej łabędzie, było bardzo przyjemnie. Może trochę szaro...







Pogoda była zmienna, zdążyło już pokropić i przestać, ale w powietrzu wisiało coś jeszcze. Lekki ból głowy i rozkojarzenie wróżyły nadpełzanie kolejnego frontu atmosferycznego... Tymczasem sunęliśmy przez las i to czasem nawet ścieżką, a nie drogami - bardzo na plus.





Budka lęgowa dla gągołów, kaczek gnieżdżących się w dziuplach.




Kolejny pomost widokowy oferował jeszcze lepszy widok na jezioro niż poprzedni, tym razem było doskonale widać Wyspę Ordów.








Nie uszliśmy daleko a pojawiła się okazja do rzucenia okiem na Wigry z wysoka - z wieży widokowej w Bryzglu. Mimo wszystko jakoś lepszy widok był z dołu. Zeszłam nad pomosty dla łodzi, usiłując sobie przypomnieć czy to właśnie było to miejsce, gdzie w 2002 roku zrobiłam cudne zdjęcie cumującego jachtu. Nadal nie jestem pewna...








Bryzgiel trochę się dłużył. Była to zwykła wieś z mnóstwem starych domów i coraz większą ilością nowych domów. Wreszcie skręciliśmy w lewo, w kierunku Jeziora Mulaczysko. Zaczęło padać i się ściemniać, a tu właśnie według mapy miało być pole namiotowe - no i chyba było, bo z infrastruktury pozostał tojtoj z otwartymi drzwiami. Pole było okrutnie podmokłe, zlokalizowane nad wodą, rozbiliśmy się nieco powyżej...







Zwinęliśmy się jeszcze przed świtem, także kiedy się rozwidniło, plecaki mieliśmy już na grzbietach. Dalej było szaro, ale deszcz się skończył. Zaraz znów napotkaliśmy nowe domy, bynajmniej nie kwitnące gospodarstwa rolne, ale siedliska ludzi z miasta i wille myśliwskie. Zgroza - czy nie po to jest park narodowy, żeby czegoś takiego tu nie było? Jeszcze parę lat i z parku pozostanie tylko samo jezioro. Nie zrobiłam niestety zdjęć, a trzeba było.








Nad Wigrami wakacje spędzałam dwa razy, raz bazując w Starym Folwarku, a raz w Mikołajewie, w leśniczówce. Najdalszym punktem moich ówczesnych eksploracji była urokliwa zatoczka w pobliżu Czerwonego Krzyża, ze starym pomostem i szuwarami. Znów ujrzałam zmiany. Jakieś szuwary były, ale z małego pola namiotowego Jastrzęby powstał duży kompleks, a jeden murszejący pomost zastąpiło kilka nowych z tworzywa. Przycumowanych było mnóstwo łodzi. Trudno było uwierzyć, że to to samo miejsce.







Jeszcze więcej infrastruktury pojawiło się dalej. W miejscach odpoczynku dla rowerzystów postawiono nawet po dwie toalety w jednym miejscu (jedną fundowało Ministerstwo Rolnictwa, drugą UE). Choć wschodnia część Jeziora Wigry była mi już znana, okazało się, że zupełnie inaczej ją zapamiętałam. Trasa była ładna, po drodze poprosiliśmy o wodę w nowym budynku stadniny (ekhm), a potem długo, naprawdę długo, szliśmy lasem. Tam było trochę tak jak bywa w Skandynawii: ścieżka, jezioro, ławeczka.








Naprawdę fajne były kładki przez las, choć po co je zrobiono nie jestem pewna - teren nie jest podmokły. Może trzeba było przeznaczyć na coś fundusze...






Ze zwierzyną było bardzo kiepsko. Nie widzieliśmy praktycznie żadnej. Zaobserwowaliśmy kilka kormoranów suszących sobie skrzydła po nurkowaniu, i to wszystko. Może wiosną, kiedy przylatują letni goście, jest lepiej?





Później oddaliliśmy się od jeziora. Wypełzliśmy na wyższy brzeg, gdzie jedyny raz na tym doskonale oznakowanym szlaku mieliśmy wątpliwości co do jego przebiegu, po czym skierowaliśmy się ku Półwyspowi Rosochaty Róg. W jednym z gospodarstw stał naprawdę stary ul.





Rosochaty Róg zapamiętałam jako miejsce niezbyt spokojne, pełne domów i pól namiotowych, a było tam raptem jedno, małe pole, domów nie tak dużo, a wieś się zaraz skończyła... W każdym razie widok stamtąd był piękny, bo widać było południowy brzeg i wszystkie zatoki wigierskie. Błysnęło słońce, zalewając nas na chwilę srebrzystym blaskiem.







Ciekawostką był cmentarz staroobrzędowców, którzy kryli się też np. w różnych miejscach na Syberii w czasach rozłamu kościoła prawosławnego w XVII i XVIII wieku. Skręciliśmy żeby obejrzeć, aczkolwiek tylko z daleka, bo teren był ogrodzony, a po drodze bagno i nie mieliśmy śmiałości przejść tam pod nosem traktorzysty. We wsi było kilka bardzo interesujących zabytkowych budynków.
 










Już za Rosochatym Rogiem spotkaliśmy stadko koników (koników polskich? ktoś może wie?).





Nadeszła pora lunchu, najprzyjemniejszy moment dnia w życiu wędrowca poza momentem pójścia spać. Zrobiliśmy sobie kanapki, ja z rybą (puszkę przywiozłam z Łotwy!), Michał z serem (z Augustowa). Zaczęliśmy snuć rozważania odnośnie noclegu, skoro to miał być następny z owych najprzyjemniejszych momentów, a na dodatek połączony z zakończeniem drugiego w tym tygodniu thru-hike'u. Tak - dało się to połączyć. Ruszyliśmy mózgami i doszliśmy do wniosku, że nie musimy na siłę szukać noclegu w Płocicznie i gnać na pociąg 3 km o świcie - możemy się sprężyć, a nawet i bez sprężania zdążymy na miejski autobus do Suwałk. A z Suwałk mamy nocne połączenie autobusowe do Warszawy. Pomysł zakorzenił się na dobre.





Magazyn Ryb w pobliskim Czerwonym Folwarku można latem zwiedzać, chyba jest tam jakaś folklorystyczna wystawa, ale teraz pozostała tylko kamera monitoringu i rdzewiejący kuter rybacki.






Monumentalne topole w alei robiły wrażenie. Za nimi był most na Czarnej Hańczy, choć wyglądało to raczej jak jakaś zatoka, ale w przesmyku był niewątpliwie przepływ.







W okolicach Magdalenowa i Półwyspu Klasztornego szlak prowadził cały czas asfaltem, aż do głównej drogi Suwałki-Sejny i jeszcze przez jakiś czas do Starego Folwarku. Po prostu inaczej się go poprowadzić nie dało. Ogółem szlak nie jest bardzo asfaltowy i trzeba przyznać, że utwardzona nawierzchnia jest tylko tam, gdzie nie ma innego wyjścia. Nie mieliśmy czasu odbijać od szlaku żeby oglądać pokamedulski klasztor, a zresztą już tam byliśmy. W cieplejszej porze roku może byłoby miło i może by nam się chciało...
 




Szlakowa klęska urodzaju! Tutaj także prowadziło Camino Polaco. Poniżej przerwa w asfalcie.





Przekroczyliśmy Piertówkę, na której zbudowano jaz. Woda uspokajała się na płyciźnie wysypanej polodowcowymi granitowymi kamieniami. Piertówka jest właściwie dalszym biegiem Wiatrołuży, rzeki płynącej przez północną część Wigierskiego Parku Narodowego, w której jeszcze nie byłam (prowadzi tamtędy szlak żółty).




Stary Folwark również się zmienia. Kiedyś był najbardziej tętniącą życiem osadą nad Wigrami. Teraz jakoś opustoszał, a camping PTTK, na którym byliśmy z rodzicami został zamknięty. Kiedyś dawno temu istniało nawet górskie schronisko. Tutaj także powinna być początkowa kropka szlaku, bo przecież bycie pętlą nie uprawnia do nie posiadania kropki, ale nic z tego, kropki brak (chyba że przegapiliśmy?).







Oznakowanie trochę zarosło, trzeba je było odgrzebać.




Między Starym Folwarkiem, Leszczewkiem i Cimochowizną teren się obniża, jest trochę podmokłości i nowo wybudowanych kładek, a nawet malowniczy mostek z widokiem na klasztor po drugiej stronie jeziora. To taka klasyczna pocztówka znad Wigier. Tutaj teren prywatny miał chyba mniejsze znaczenie, bo przeparadowaliśmy ścieżką tuż przed czyimś domem (choć i tuż obok jeziora), nie było też ogrodzenia, a jedynie krowie placki. Na wodzie unosiły się drewniane łodzie starego typu.










Ślady żerowania bobrów (bóbr jest w herbie parku).



Nagle musieliśmy wspiąć się na wysoką morenę. Michał po Appalachach jest w doskonałej formie, ja natomiast pod górę zawsze pełznę jak ślimak. Ech... Zdobywaliśmy wysokość kilka razy, wchodząc i schodząc na niewysokie w gruncie rzeczy pagórki. Z jednego miejsca był wyjątkowo dobry widok na jezioro.





Resztę popołudnia mieliśmy spędzić w lesie. Zauważyliśmy pomnik harcerzy, którzy walczyli w Powstaniu Warszawskim, a którzy tutaj mieli swój letni obóz przed wojną.
 



Dwa kilometry dzieliły nas od Czarnej Hańczy, najpierw pomyliliśmy ją z małą strużką w torfowisku i przeżyliśmy rozczarowanie. Z tego błędu wyprowadził nas GPS, twierdząc, że rzeka będzie dopiero za chwilę. A potem przeżyliśmy jeszcze większe rozczarowanie, bo choć z wyglądu Czarna Hańcza przedstawiała się jako dziewicza, w bliższym poznaniu powalała odorem niewydolnej kanalizacji miasta Suwałki... Na dnie leżały puszki i butelki.








Trochę przygnębieni człapaliśmy kładką przez iglasty młodnik. Myśleliśmy, że to może świerczyna bagienna, ale był to zwykły młodnik. Z czasem pewnie coś z niego wyrośnie. Dalej w las było już nieco lepiej, na drzewach podszytu drgały ostatnie złote listki, górne piętro spowijała chłodna zieleń drzew iglastych. Wypatrzyłam jakieś ostatnie grzybki, mech, paprocie i padłam na kolana fotografować.










Zupełnie przeciwne wrażenia spotkały nas nad Jeziorem Mulicznym. Doprawdy, klejnot Wigierskiego Parku Narodowego. Ze wszystkich stron otoczone lasem, jezioro było ciche i czyste (choć muliste). Pachniało dobrze - jeziorem. Słońce miało się już ku zachodowi (Michał sprawdził porę zachodu w telefonie, ja za plecami). Przybrzeżne trzciny odbijały się w lustrzanej tafli, tworząc rysunek jak na japońskiej rycinie.








Gdzieś w tej okolicy jest ciekawa ścieżka przyrodnicza, ale za późno pomyśleliśmy żeby iść nią naokoło zamiast prosto szlakiem, czyli drogą. Następnym razem... Tuż przed Półwyspem Łysocha był mały punkt widokowy, można było popatrzeć na Wigry zmarszczone wieczornym powiewem w ostatnich blaskach dnia. Za pasem trzcin przesunęły się łabędzie z buro upierzonymi młodymi.





Ciągnęliśmy asfaltem, nie przejmując się zapadającym zmrokiem. Ja nawet nie wyjęłam czołówki, Michał czasem włączał swoją. Kiedy przejeżdżał samochód przekręcałam taśmy kijków tak żeby światła oświetlały odblaski, ale szliśmy dalej po ciemku. Tak było przyjemniej.

Nie ma nic piękniejszego niż listopadowy, mglisty wieczór. Istnieją dwa jego rodzaje - zmierzch szary, wilgotny, chłodny, ale nie surowy, pachnący podgniwającymi liśćmi i drugi, mglisty, ale świetlisty, przenikliwie zimny. Z tym drugim mieliśmy właśnie do czynienia. W Zatoce Wigierki nic nie pluskało, łabędzie i kaczki pochowały się gdzieś w trzcinach. W nadbrzeżnych zaroślach było ciemno, ale od wody odbijał się blask blednącej zorzy. Zachód słońca nas ominął, ale mleczna różowość długo nie opuszczała nieboskłonu. Po lewej otwarł się widok z wiejskiej plaży, widać było pomost urywający się niespodziewanie z dala od brzegu. Wszystko to wyglądało bardzo nierealnie.







W ostatniej chwili zbłądziliśmy, tzn. zamiast dojść do punktu wyjścia jakąś małą dróżką, obeszliśmy kościół w Płocicznie. Nie miało to zbyt wielkiego znaczenia, opuściliśmy tylko kilkadziesiąt metrów szlaku. Jakoś około 17 zakończyliśmy przejście.




Czas do odjazdu autobusu zszedł nam na fotografowaniu się przy drzewie ze znakami i gorączkowym ubieraniu się, bo kiedy przestaliśmy iść, natychmiast zrobiło nam się zimno. Do autobusu wchodziliśmy już w kalesonach i kurtkach puchowych. W Suwałkach zrobiliśmy zakupy, zjedliśmy coś w barze, w którym jedzenie było na wagę, po czym odstaliśmy znów swoje na dworcu autobusowym. Bałam się, że podstawią mikrobus, w którym przez całą noc będę cierpieć na chorobę lokomocyjną, ale na szczęście nadjechał pełnowymiarowy autobus. Zwinęliśmy się na tylnych siedzeniach i jakoś tą podróż przetrwaliśmy.
 
Z wycieczki wracaliśmy z mieszanymi uczuciami. Przyroda, owszem, piękna, ale ulegająca degradacji w zastraszającym tempie, co jest szczególnie druzgoczące w przypadku Parku Narodowego. Ludność - różnie. Tak to zazwyczaj bywa, że jedno niemiłe spotkanie przyćmiewa dziesięć innych, miłych. Na Podlasie jednak jeszcze wrócimy...
 
 

poniedziałek, 25 listopada 2019

Test: Buty Altra Men's Lone Peak 4.0

W ciągu ostatnich 5 lat przeszłam ponad 20 000 km. Znakomitą większość tego dystansu w butach Altra Lone Peak. Zużyłam 12 par (3x2.0, 4x2.5, 3x3.5, 2x4.0). Do tego jedną parę Lone Peak Mid i jedną Parę Superiorów. Kto da więcej? :-)

Od tego roku Altra nie zmienia modeli już tak często i 4.0 wciąż są w ofercie (na zdjęciu niebieskie, w środku), zatem myślę, że to najlepszy moment na recenzję.





Testowane egzemplarze mają:

Przebieg: 1600 km i 1350 km
Waga pary: 594 g
Rozmiar: 42

 


Lone Peaki to wyjątkowe buty. Altry to terenowe buty biegowe, tzw. trailowe, czyli do biegania po szlakach, jednak to nie biegacze są ich głównymi użytkownikami. Na przestrzeni ostatnich kilku lat stały się wizytówką długodystansowców. Na szlakach ma je na sobie nawet do 80% wędrowców (zależnie od szlaku). Według śladów ich podeszw można nawigować w terenie, autentycznie. Na pustyniach CDT ani na śniegach PCT nie musiałam wyjmować telefonu żeby znaleźć ślad.





Trafiłam na te buty szukając dla siebie ratunku - w 2015 roku przygotowywałam się do swojego pierwszego thru-hike'u Te Araroa w Nowej Zelandii, ale miałam problem: nie byłam w stanie chodzić na dłuższe dystanse w żadnych butach które miałam. Nie był to dylemat typu "niskie czy wysokie", bo od dawna po górach chodziłam wyłącznie w butach do biegania i było dla mnie oczywiste, że tak pozostanie, jednak ze wszystkimi, jakie użytkowałam było coś nie tak, a powracające kontuzje nie dawały spokoju. Długie poszukiwania naprowadziły mnie na egzemplarz, który pasował idealnie do mojej koncepcji ideału. Altra Lone Peak.


Charakterystyka

Powody, dla których wybrałam właśnie Lone Peaki są nadal aktualne:

Zero drop - podeszwa jest takiej samej grubości na całej powierzchni, pięta nie jest podniesiona - to sprawia, że stopy, kolana, biodra, kręgosłup i wszystko jest ułożone fizjologicznie, a buty w żaden sposób tego naturalnego, a zatem najzdrowszego układu nie modyfikują. Każdy milimetr pod piętą zwiększa obciążenie kolan, dla kogoś kto już ma z nimi kłopoty, tak jak ja, oznacza to ból.

Amortyzacja - moje poprzednie buty miały za mało pianki albo piankę zbyt twardą, zwłaszcza pod palcami. Długie dystanse oznaczają większe zmęczenie i mniej czasu na regenerację, wędrówka nie może oznaczać obitych stóp

Szerokość butów, a także ich kształt pozbawiony nienaturalnego czuba, a pozwalający zmieścić wszystkie palce bez kompresji pozwala na naturalny ruch i ogranicza powstawanie pęcherzy i otarć
Lone Peaki są neutralne - brak wsparcia łuku stopy (model 3.0 miał je), żadnych zmian pronacji/supinacji - pozwalały stopom działać tak jak były do tego przyzwyczajone, co na dłuższą metę okazuje się jedynym sposobem uniknięcia kontuzji (zmiana mechaniki stopy w żadnym wypadku nie może następować w trakcie wędrówki, możemy się tym zająć po sezonie).

Zanim znalazłam Altry używałam butów La Sportiva Bushido, bardziej klasycznych butach trailowych z 6-milimetrowym dropem, który pomnażał problemy z kolanami i powodował shin splinty. W palcach występowało zwężenie, wymagające skompresowania stopy. Zamiana była niesamowitym doświadczeniem - mogłam chodzić bez bólu, mogłam chodzić daleko.





Wygoda i amortyzacja

O niesamowitej wygodzie Lone Peaków decyduje omówiony wyżej fizjologiczny kształt, ale też dobra amortyzacja. Większość butów typu zero drop to buty minimalistyczne, o bardzo skąpej warstwie amortyzującej pianki. Pianka jest długodystansowcom bardzo potrzebna, bo minimalizuje skutki przeciążenia. W ofercie Altry znajdują się mniej (Superior) i bardziej (Olympus) amortyzowane modele, Lone Peak to złoty środek posiadający 25 mm pianki.

To, że Altry są szerokie nie znaczy, że pasują tylko na szerokie stopy. To mit, że buty do wędrowania muszą być dopasowane. Przeciwnie, powinny zostawiać swobodę ruchu i być dopasowane przede wszystkim w śródstopiu - w miejscu, w którym nie mamy żadnych stawów. Odpowiednio zawiązane będą trzymać się stopy.

Pięta w Lone Peakach 4.0 jest neutralnie ukształtowana, lekko ją obejmuje, ale nie wbija się w ścięgno Achillesa. Ten element był często przez Altrę zmieniany, nie zawsze z dobrym skutkiem (wersja 3.0 była bardzo zaokrąglona i uciskała ścięgno u osób nie posiadających "haczącej" pięty, m.in. u mnie). Materiał wyściółki jest miękki i śliski, więc mimo że buty wiążę luźno tak żeby pięta trochę się ruszała, nie wyciera się.




W sznurówkach widać poprawę w stosunku do poprzednich edycji. Nie są bardzo śliskie, nie są za długie (2.0) ani za krótkie (3.5). Wiążę je zawsze na podwójny węzeł, bo przy pojedynczym każde sznurówki się rozwiązują. Stosuję też specjalną metodę sznurowania, która polega na tym, żeby z ostatniego oczka cofnąć się do przedostatniego i tam zrobić końcowy węzeł. Dzięki temu unikam ściskania sznurówkami ścięgna prostownika długiego palców - to tutaj często pojawia się ból związany z przeciążeniem tego ścięgna i z objawiającym się wyżej w łydce tzw. shin splintem.




Elementem charakterystycznym jest bardzo wygodny w użyciu Gaiter Trap, wszyty na stałe rzep, do którego przyczepia się biegowe ochraniacze. Zwykle do ochraniaczy dołączone są rzepy, które się do butów przykleja, ale klej nie trzyma nigdy długo. W Altrach jest przyszyty. Jeśli nie chcemy go używać możemy go zasłonić klapą.




Męskie czy damskie

Lone Peaki występują w dwóch wersjach: damskiej i męskiej. Różnią się one wymiarami i warto dwa razy zastanowić się przed zakupem. Niniejszy test dotyczy wersji męskiej, na którą zdecydowałam się po negatywnych doświadczeniach z damską. Które będą dla Was odpowiednie zależy od kształtu Waszej stopy. Męskie mają z przodu miejsce na 5 rozłożonych swobodnie palców, a cały but jest wyraźnie najszerszy w palcach. Damskie są skrojone bardziej prosto, nie na trójkątną stopę i brakuje w nich miejsca na 5-ty palec (są wyraźnie węższe o kilka mm). Poza tym niczym się nie różnią (poza kolorami).
Jeszcze niedawno trudno było dostać mniejsze rozmiary męskie, lecz obecnie występują one w rozmiarach od 40 do 50, natomiast damskie od 37 do 43.

 Dobór rozmiaru

Rozmiar Altr często wydaje się inny niż w tradycyjnych butach, w których jesteśmy przyzwyczajeni wybierać większy, dłuższy rozmiar w poszukiwaniu szerszego, a pusty "nos" zostaje pusty. W szerokich altrach możemy wykorzystać całą przestrzeń przodu buta, pamiętajmy jednak o pozostawieniu marginesu z przodu. Buty powinny być dłuższe o ok. 1,5 cm, ja mam 2 cm luzu. Na początku może się to wydawać dziwne, ale przyzwyczaicie się i już nie będziecie mogli zrozumieć jak mogliście chodzić w czymś za ciasnym.
To uwagi zwłaszcza dla kobiet, które nagminnie noszą za małe obuwie. Panie buty miejskie wybierają na styk, w myśl narzuconej nam kulturowo zasady, że mały rozmiar stopy jest wyznacznikiem naszej urody. Bywa, że po moich pokazach przychodzą dziewczyny i mówią "rany, jakie ty masz wielkie stopy". Nie, nie mam wielkich stóp - nie noszę za małych butów. Dla przykładu obecnie moja stopa ma rozmiar 38 (24 cm), miejskie buty zakładam 39, Altry noszę 42.
Mężczyźni do miasta nie noszą aż tak dopasowanych butów, więc u nich różnica będzie mniejsza. Jaka zależy też od kształtu stopy - wąska nie będzie wypełniała buta tak dobrze, więc może się okazać, że potrzebujecie nieco mniejszego rozmiaru. Mierząc pamiętajcie, że żaden z palców nie może dotknąć czubka buta w trakcie schodzenia, a więc kiedy dociskacie nogę do wiązania sznurówek. 





Schnięcie i oddychalność

Materiał, z którego szyto Lone Peaki zmieniał się w każdym roczniku. Występujący obecnie gęsty nylon jest najlepszy z dotychczasowych materiałów. Jest cienki, schnie bardzo szybko (w odpowiednich warunkach, w słońcu i na wietrze buty schną 3 godziny), ale też nie przepuszcza piasku ani pyłu w zbyt dużej ilości (2,0 miały rzadką siatkę, przez którą pył dostawał się do wnętrza buta - vide pęcherze na CDT). Dzięki temu, że materiał nie jest mięsisty nie ma problemu z chłonięciem lodowatej wody i wielogodzinnym zimnym kompresem (ten problem występował w wersjach 3.0 i 3,5). 
Nigdy nie próbowałam Altr prać, płuczą się same przy pokonywaniu strumieni. Bród nie wżera się mocno w materiał, można je przetrzepać. Czasem płuczę wkładki.



Przyczepność
Podeszwa wykonana jest z gumy MaxTrax, zaopatrzona w bieżnik Trail Claw, co przekłada się na to, że jest to dość przyczepna, miękka guma, z wieloma wypustkami mającymi zapewnić przyczepność w błocie itp.
Przyczepność starszych modeli Lone Peaków pozostawiała wiele do życzenia, jednak od serii 3.0 aż po obecne 4.0 jest dużo lepiej. Buty trzymają dość dobrze nawet na śliskich skałach, dzięki grubym wypustkom także bardzo dobrze w śniegu (często darowuję sobie zakładanie raczków). Nie radzą sobie na lodzie i śliskich korzeniach. Znam bardziej przyczepne buty, np. wiele modelów La Sportivy, jednak Altry zapewniają tak dobre czucie terenu, że przyczepność odchodzi na drugi plan. Czuję wyraźną poprawę w stosunku do poprzednich wersji, które na  śliskich skałach ani śniegu nie trzymały, więc uważam że jest zupełnie dobrze.
Altra chwali się specjalną podeszwą, ale prawda jest taka, że nie wyróżnia się ona jakoś specjalnie. Wielbiciele przyczepnych podeszw  biegowych mogą być rozczarowani, z kolei z butami trekkingowymi czy szczególnie podejściówkami nie ma porównania. Pozwolę sobie wyrazić pogląd, że nawet najgorsza podeszwa w butach biegowych jest lepsza niż najlepsza w podejściówkach - twarde, trwałe gumy nie są przyczepne (nie mam tu bynajmniej na myśli twardości podeszwy).

Czucie podłoża i amortyzacja
Czucie podłoża w pełni rekompensuje drobne braki w przyczepności. Początkowe uczucie stąpania w chmurach szybko mija wraz ze zbijaniem się pianki w śródpodeszwie, to jest sporą wadą, ale z drugiej strony szybko uzyskujemy dobre czucie podłoża. Wersja 3.0 wbrew zapewnieniom producenta o braku zmian w tym względzie była bardziej pluszowa i wielu osobom, w tym mnie, to przeszkadzało. W butach przesadnie amortyzowanych jest prawie jak w trekkingowych - żeby wiedzieć po czym stąpamy musimy cały czas patrzeć pod nogi. W 4.0 jest idealny kompromis, czuć kamienie itd., ale nic się boleśnie nie wbija w podeszwę. Lone Peaki są zaopatrzone w Stone Guard, czyli warstwę plastiku w śródpodeszwie, która nieco ją usztywnia i zapobiega bolesnym skutkom chodzenia po ostrych skałach. Nie potrafię stwierdzić czy to działa, pewnie trochę tak. W Altrach Superior taka wkładka była osobno i rzeczywiście była jakaś (ale niewielka) różnica.
Jestem lekką osobą, mój plecak także jest lekki. Cięższe osoby mogą inaczej te sprawy odczuwać, ale jest to kwestia przyzwyczajenia. Im więcej chodzi się w miękkich butach tym lepiej na różnorodną powierzchnię reagują nasze stopy. Podobnie jest z ich wyginaniem (osoby przestawiające się ze sztywnych butów z dużym dropem niemal na pewno będą miały problem z rozcięgnem podeszwowym, który z czasem minie).



W trudnym terenie


Wiele osób uważa, że niestabilne podłoże wymaga sztywnych, stabilnych butów - nic bardziej błędnego. Zmysł równowagi mamy w głowie; jest on połączony z nogami. Nie z butami. To nogami mamy czuć co się dzieje i w ułamku sekundy reagować. Niestabilna platforma sztywnego buta, który nagle przeważa na którąś stronę nie daje żadnej pewności. Dużo łatwiej jest stąpać po urozmaiconej powierzchni w miękkich butach z miękką podeszwą, która dostosowuje się do nierówności. Prócz tego niska cholewka pozwala używać stawu skokowego, który jest ruchomy na wielu płaszczyznach, a nie tylko jednej. W Altach bardzo wygodnie chodzi się i również biega po kamieniach, piarżyskach, skałach itp. Trzeba tylko nauczyć się to robić i wykorzystywać możliwości ciała, zamiast się usztywniać. Na śliskich trawach i osypującej się powierzchni trzeba iść na tarcie, pomagając sobie kijkami, przyczepność Lone Peaków uważam tutaj za wystarczającą.

Buty długodystansowe są zwykle w większym niż zwykle nosimy rozmiarze i to właśnie jest jedyną przeszkodą do noszenia tych samych w których chodzimy w łatwiejszym terenie także w teren skalisty, wymagający wspinaczki. Po prostu w miejscu, gdzie powinniśmy poczuć palcami ścianę mamy jeszcze puste miejsce. Buty są jednak miękkie i zamiast zaczepiać możemy wygiąć czub i mimo wszystko stanąć na krawędzi. Oczywiście wielokrotnie musiałam tak robić, np. obchodząc łaty śnieżne poza szlakiem itp. Dla jednych będzie to łatwiejsze, dla innych trudniejsze - musicie sami sprawdzić.

W warunkach zimowych
Nie chodzi tu o prawdziwą zimę z niskimi temperaturami i dużą ilością świeżego śniegu - to nie są warunki na trampki. Ale już wiosenny, stary śnieg albo pierwszy jesienny jak najbardziej da się przeżyć w Altrach. Długodystansowcy nie mają wyboru - warunki bywają różne i czasem trzeba się do nich nagiąć.
Lone Peaki doskonale współpracują z tzw. raczkami, czyli gumowymi nakładkami zaopatrzonymi w kolce. Dzięki nim można pokonywać strome zalodzone odcinki i chodzić po śliskim, twardym śniegu. Zakładam je też na roztopowe błoto. Choć zakładanie pełnoprawnych raków na buty do biegania uchodzi za niebezpieczne w praktyce często się tak robi (o ile łącznik jest elastyczny powinno działać).
Żeby poprawić termikę zakładam wodoodporne skarpetki. Niestety, mroźne noce sprawiają, że mokre Altry zamarzają i zakładanie ich rano jest nieprzyjemne.





Wytrzymałość

Osobiście nie miałam z tym większych problemów, ale wytrzymałość nie należy do mocnych stron tego modelu. Zależy to jednak od sposobu chodzenia użytkownika, a także jego wagi (i wagi plecaka).
Pianka odpowiadająca za dobrą amortyzację Lone Peaków zbija się niestety szybko. Po kilku dniach znika efekt "nowych" butów, po 300 km są już trochę wyklepane, ale ten stan rzeczy utrzymuje się potem bardzo długo. U mnie dopiero po 1000 km są mocno wybite, a po jakichś 1200 doły w śródpodeszwie są już znaczące. Kontynuowanie użytkowania jest na własną odpowiedzialność - nie jest to zdrowe, zdeptane buty należy wymieniać, ale ponieważ jest to związane z pewnymi kosztami, staram się przeciągać moment wymiany.
Rzeczą, która mnie do wymiany mobilizuje jest pojawienie się tzw. dropu negatywnego, czyli zbicie się pianki pod piętą tak bardzo, że pięta znajduje się poniżej palców. Taki układ doprowadza do przeciążenia ścięgna Achillesa.



Żywot butów z negatywnym dropem można jednak przedłużyć - potrzeba matką wynalazków. Pod pięty, pod wkładkami, wkładam złożony papier (w tym przypadku zużyte mapy), tak żeby było go kilka warstw grubych razem na milimetr czy dwa. Nie chodzę w takim zestawie długo, ale te 200-300 km do następnej poczty dają radę.


Podeszwa ściera się dość powoli, na zdjęciu porównanie pary z przebiegiem 1600 km i nowej. Bolce wciąż nie zdarły się do zera, ale buty były już śliskie. Miejsce zdarcia zależy od Waszego sposobu chodzenia, u mnie jest to pod nasadą palców i na pięcie.


Wielu użytkowników Altr narzeka na słabą wytrzymałość materiały zewnętrznego, u niektórych szybciej też zdzierają się boki butów (to ostatnie na skutek kopania w kamienie). Sama widziałam takie egzemplarze z dużymi dziurami w materiale. Trudno powiedzieć czemu tak się dzieje, zwłaszcza na takim szlaku jak PCT, gdzie nie ma darcia przez chaszcze. Miałam dziury w modelach 2.0 i 2.5, natomiast ani w 3.5 ani w opisywanych 4.0 żadnych uszkodzeń mechanicznych materiału nie doświadczyłam. Materiał okazał się wręcz najbardziej odporną częścią tych butów.
Coś co następowało we wszystkich 12 parach moich Lone Peaków to odrywanie się wywiniętej części podeszwy, chroniącej przed uderzeniami. Ewidentna wada, z którą Altra nie umie sobie poradzić. Rozdarcie nigdy nie postępowało, ale często zaczepiałam o wystające korzenie itp., co raz doprowadziło do tego, że rozbiłam sobie kolano.

Wkładki Lone Peaków nie mają żadnych cech szczególnych. Nie są ani cienkie, ani zbyt mięsiste. Podobnie jak buty są neutralne i mają zero drop, zatem nie zmieniają nic w położeniu stopy - na tym przede wszystkim mi zależy. Szybko się zbijają, z czasem zdziera się też wierzchni materiał. Bywa, że wymieniam wkładki w połowie użytkowania pary butów. Nie przywiązuję zbytniej wagi do wkładek, mają one tylko zwiększać nieco amortyzację. W poprzednim modelu wkładki bardzo się ślizgały, jeżeli buty były mokre, na szczęście ten problem został wyeliminowany w modelu 4.0.



Wymiana na nowe następuje u mnie planowo, tak jak wspominałam co 1000 mil, czyli 1600 km. Wiele osób wymienia co 500 mil (800 km), ale uważam, że nie trzeba tak często. 1200 km to rozsądny kompromis.


Podsumowanie

Bez Lone Peaków żaden z moich długich dystansów nie doszedłby do skutku. Nie są idealne, parę rzeczy można byłoby zmienić - dodać lepsze wkładki, poprawić przyczepność i usunąć problem z odrywaniem się wywiniętej części podeszwy. Tak jak jest, jest jednak bardzo dobrze, buty mają wszystkie cechy, których poszukiwałam ja i wciąż powiększające się rzesze innych długodystansowców. Zbliża się już kolejny sezon wędrówkowy i nie mam wątpliwości, że rozpocznę go w kolejnej parze Altra Lone Peak 4.0.