wtorek, 16 lipca 2024

Szlak im. F. Łęgowskiego Toruń - Samborowo

Pierwsza wędrówka w Polsce po powrocie z głównej w danym sezonie wyprawy, która się odbyła w dalekim, obcym kraju, zawsze jest dla mnie cudownym  doświadczeniem. Z reguły wracam późno i wędrówka taka odbywa się w październiku lub listopadzie, natomiast po powrocie z Japonii z początkiem września mogłam ruszyć na polski szlak jeszcze w połowie tego miesiąca. Tym razem wzięłam na cel żółty Szlak im. F. Łęgowskiego z Torunia do Samborowa, mający długość 199,5 km. Szlak ten jest fragmentem Europejskiego Szlaku Długodystansowego E11. Przeszliśmy go razem z Szekspirem.

Dojazd do Torunia zajmował tyle czasu, że wieczorny start nie miał sensu - musielibyśmy zabiwakować 3 km od miasta. Skorzystaliśmy więc z zaproszenia Michała i jego żony i spędziliśmy noc w Toruniu. Michał wziął nas jeszcze wieczorem na kompleksowe zwiedzanie miasta. Rano zostaliśmy wyprawieni w drogę. Dziękujemy!




Kropka szlakowa znajduje się na ścianie budynku PTTK w centrum miasta. Szlak poprowadzony jest ciekawie, między zabytkowymi budowlami Torunia, na nadwiślański bulwar. Bulwar akurat był w remoncie, więc musieliśmy go okrążyć.











Potem troszkę oszukaliśmy, bo szlak oficjalnie prowadzi asfaltową drogą, my zaś podążaliśmy dziką ścieżką nad Wisłą. Mostem przejeżdżały pociągi, robiąc wiele hałasu.








Przebieg szlaku nie był zupełnie jasny w okolicy Fortu I Twierdzy Toruń. Fort został zbudowany w czasach Rzeszy Niemieckiego w latach 1888–1892 jako ostatni, najnowocześniejszy z piętnastu fortów wchodzących w skład Twierdzy Toruń. 



Zaczęliśmy się już wreszcie oddalać od miasta. Minęliśmy mały skansen, a tuż za mostem na Drwęcy skręciliśmy w pola, żeby po przejściu 700 metrów znaleźć się u ujścia tej wspaniałej rzeki do Wisły. Nasz szlak miał długo podążać w górę Drwęcy.










Cypelek u ujścia był prześliczny. Porastały go wierzby i wysokie topole. Sądząc po znaleziskach, nie byłoby to bezpieczne miejsce na nocleg. Odbywają się tam grube imprezy. Jednak teraz, w dzień, było cudownie. Wiał dość silny wiatr, liście topoli szeleściły. Było tam bardzo polsko, z wielką leniwą rzeką w tle. Jeszcze nie nadeszła jesień, ale kolory spłowiały, wszystko było jakby lekko przykurzone.

Po chwili odpoczynku poszliśmy zwiedzać znajdujące się tuż obok ruiny Zamku w Złotorii. Zamek, będący jedną z ważniejszych warowni w strefie konfliktów polsko-krzyżackich, wybudowano w 1343 roku na polecenie króla Kazimierza Wielkiego. Wzniesiono go na miejscu drewnianego grodu książąt mazowieckich, który istniał od czasów wczesnego średniowiecza. Po wielu wcześniejszych wypadkach w 1409 roku po ośmiodniowym oblężeniu przez Krzyżaków został zdobyty i zniszczony na rozkaz wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena. W maju 1411 roku na polu w pobliżu zamku wymieniono opieczętowane dokumenty I pokoju toruńskiego, na podstawie którego zamek powrócił do Królestwa Polskiego, a Krzyżacy zobowiązali się wypłacić 3 tony srebra odszkodowania za jego zniszczenie. Drugi pokój toruński ostatecznie przyczynił się do utraty militarnego znaczenia zamku w Złotorii, ponieważ przestała w pobliżu istnieć granica państwowa na Drwęcy. Na początku XIX w. uległ częściowej rozbiórce, której zaniechano z powodu bardzo mocnej zaprawy użytej do budowy. Dziś stanowi malowniczą ruinę, którą eksplorowaliśmy jakiś czas.







Powróciliśmy na szlak, który był dość przyzwoicie znakowany. Na starych słupach zachowały się stare znaki, ale były też nowsze. Niemniej, nawigacja w telefonie była niezbędna. Wreszcie odbiliśmy do lasu. Był to również bardzo polski widok - prosta piaszczysta droga wśród młodocianych sosen. Nic wielkiego, a jednak czule witałam się z tym widokiem.







Wrzesień nie zawiódł i kwitły wrzosy, a nawet późne dzwonki, przed którymi padłam na kolana fotografować.






Sądziliśmy, że interesujący będzie bunkier, ale było tam pełno szkła i śmieci, w związku z czym na lunch rozłożyliśmy się dalej przy torach kolejowych. Niemałą atrakcją był przejazd pociągu osobowego. Fragment przez miejscowość Brzozówka zupełnie wyleciał mi z pamięci, najpewniej minął szybko. A i my musieliśmy się pewnie trochę spieszyć, bo nadciągał wieczór. Zaopatrzyliśmy się tam w wodę, bodajże w sklepie.

Pierwsze na szlaku jezioro było niewielkie i schowane w lesie, było tam dojście, ale to nie tam mieliśmy biwakować. Michał polecił nam dobre miejsce nad Drwęcą. Trzeba było do niego dojść albo przez las albo obok gospodarstwa. Poszliśmy obok gospodarstwa, ale był to błąd, bo pies nas zwąchał i obszczekał, co oczywiście zwróciło uwagę właściciela, który wpatrywał się w nas długo. Zestresowało mnie to bardzo. Jednakże miejsce było piękne, Drwęca po prostu wspaniale się tam przebijała przez nie bardzo ruszony przez drwali dziki las. Spłoszyłam zimorodka, niebo się zaróżowiło, było prześlicznie. Po drugiej stronie rzeki pasło się całe stado jeleniowatych, z tej odległości nie mogliśmy ocenić czy to daniele czy jelenie, ale jakoś ilość pasowała bardziej do danieli.








Wokół nie brakowało chrustu, więc zdobywszy kilka strzępków kory brzozowej po rozbiciu namiotów rozpaliłam ognisko. Gdyby nie jazgot psów, które nie przestawały ujadać byłaby zupełna idylla. A tak cały czas się bałam, że ktoś będzie nas szukał i znajdzie. Choć naprawdę schowaliśmy się w gąszczu.





Michał wstał pierwszy i zaraz zakopał miejsce po ognisku. Potem mogliśmy już spokojnie zjeść śniadanie, bo za sam biwak raczej nic nam nie groziło. Martwiłam się oczywiście niepotrzebnie, bo nikt nas nie szukał.






Zabrałam z domu zestaw rzodkiewek :-)




Z ziemi brzęcząc sennie wypełzł trzmiel. Musiał się tam schować przed nocnym chłodem. Czy już na zimę? Były tam też bobry, ale widzieliśmy tylko zgryzy.







Z grzbietu osunęliśmy się znów nad Drwęcę. Szlak prowadził wyjeżdżoną piaszczystą drogą, w lesie, bardzo przyjemnie. Znaleźliśmy nawet grzyby! Ale nie było ich wiele. Sezon grzybowy nadszedł chyba miesiąc później. W lesie schowany był stary drewniany młyn, znów tak bardzo polski. Nurzałam się po prostu w błogim nastroju, jaki zwykle mnie ogarnia po powrocie do kraju.







Lunch zjedliśmy nad rzeką. Był tam wielki cień i dość wilgotno, co nie zachęciło nas do kąpieli. Jednak było zbyt chłodno.





Kapliczka dzików jak w Japonii!




Po południu osiągnęliśmy Golub-Dobrzyń, z czego najpierw Dobrzyń, a potem leżący wyżej po drugiej stronie Drwęcy Golub. Dobrzyń nie był imponujący, ale pozyskaliśmy tam wodę w urzędzie. Przed mostem odwiedziliśmy duży sklep spożywczy. W Golubiu oddaliśmy się całkowicie zwiedzaniu, rozpoczynając od zamku. Jest to wspaniała budowla wzniesiona na wzgórzu górującym nad miastem jako czteroskrzydłowy konwentualny zamek krzyżacki na przełomie XIII i XIV wieku. Styl, w jakim możemy podziwiać go dzisiaj jest gotycko-renesansowy. Jest tak w następstwie przebudowy (1616–1623), przeprowadzonej na polecenie siostry króla Zygmunta III Wazy królewny Anny Wazówny, która objęła starostwo golubskie – dodano wtedy m.in. późnorenesansowe attyki, budynek na przedbramiu, zmieniono kształt okien i dodano wieżyczki w narożach. Zamek został zniszczony w 1655 roku w czasie wojen szwedzkich, ale później go odremontowano. Dziś mieści bardzo interesujące muzeum.





Armata to rekwizyt z "Potopu".








Wnikliwie obejrzeliśmy wszystkie zbiory w gablotach. Podobały nam się makiety średniowiecznych grodzisk, których mieliśmy zamiar potem szukać w terenie.












Widok z zamku był bardzo ładny.




Wróciliśmy na szlak na rynku, który też był bardzo przyjemny, z jednym prastarym domem. Zajrzeliśmy jeszcze do kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej. W ołtarzu znajduje się krzyż z XV wieku.











Słońce już było dość nisko, kiedy przeszliśmy kładkę na Drwęcy. Nie pozostało nam nic innego jak szukać biwaku w którymś z bardzo mizernych lasków na brzegu Drwęcy. Był z tym problem, laski były przeorane i nie mogliśmy znaleźć nic płaskiego. Na dodatek było tam pełno mrówek. Wreszcie wczołgaliśmy się pod gęste świerki i jakoś wcisnęliśmy dwa namioty. O ognisku nie było mowy, byłoby zbyt widoczne.







Poranek znów rozpoczął się od rzodkiewek. Pogoda nadal dopisywała, a i zabytki również - zaraz za biwakiem trafiliśmy na kapliczkę na wyraźnym wzniesieniu, które było dawnym grodziskiem, jakich wiele stało na straży u brzegów rzeki.







Po drodze było jeszcze jedno duże grodzisko, ale nie udało nam się do niego dostać, bo nie chcieliśmy przechodzić przez gospodarstwo. Niebawem, asfaltem, doszliśmy do pałacu w Szafarni, gdzie obecnie mieści się Ośrodek Chopinowski. Można go zwiedzać, za jedyne 7 PLN, a jak się dowiedzieliśmy, są tam również pokoje dla pielgrzymów! Szkoda, że nie wypadł nam tam nocleg. Pracownicy nas zapytali czy wędrujemy Camino, musieliśmy odpowiedzieć, że nie, że tylko żółtym szlakiem. Zwiedzania nie było wiele, wnętrza się nie zachowały ani w ogóle żadne pamiątki z czasów, kiedy bywał tam Chopin. A bywał w latach 1824–1825, przebywając dwukrotnie na wakacjach u rodziny Dziewanowskich. Obecny dwór w stylu eklektycznym zbudowano w 2. połowie XIX wieku, prawdopodobnie z wykorzystaniem murów poprzedniego. Muzeum jest doskonałym punktem poboru wody pitnej, jest przyjemna toaleta. Podobał nam się wielki park, a w nim ogromne purchawki, o których się później dowiedziałam, że są jadalne.










W atmosferze wsi spokojnej wędrowaliśmy dalej do Płonnego, gdzie był mały sklepik i kościół na urokliwym wzniesieniu. Usiedliśmy zjeść drugie śniadanie na schodach dzwonnicy. Nastrój jaki tam panował był znowuż polski, wiejsko-barokowy, powiedziałabym, choć nie było tam akurat wiele baroku, w sumie. Może była tam wcześniej starożytna świątynia. Zjedliśmy nasze barokowe bułki i śliwki ze sklepiku. Dzwonnica była otwarta, można było zajrzeć. Poleciliśmy uczynić to rowerowej turystce, która nadjechała z przeciwnej strony.












Brązowa modliszka? Inne były zielone, a widzieliśmy ich sporo. Była widocznie jakaś szczególna dla nich pora.







Niektóre nazwy miejscowości były zadziwiające.




W Radzikach Dużych spoczęliśmy obok pałacu i ruin ceglanego zamku, który powstał albo pod koniec XIV wieku, lub po roku 1413. Wybudowała go rodzina Radzikowskich, którzy wcześniej nosili nazwisko Ogończykowie. W czasie wojen szwedzkich popadł w ruinę. Był to nieskomplikowany obiekt z budynkiem mieszkalnym, obwiedzionym murem obronnym z wykorzystaniem jednego boku jako ściany. Z zamkiem związane są dwie legendy, jedna o zdrajcy, który wydał go w ręce Krzyżaków w czasach Króla Łokietka i druga o duchu Anny Wazówny i odkrytym tajemnym przejściu do Golubia pod korytem Drwęcy. 
O dworze dowiedzieliśmy się tylko tego, że został wzniesiony w 2. połowie XIX wieku przez rodzinę Przeciszewskich. Obecnie jest tam szkoła. We wsi był też niewielki gotycki kościół św. Katarzyny z przełomu XIV/XV wieku, którym rozpoznaliśmy wprawnym okien znawcy jako niezły rarytas. 








W lasach nad Drwęcą złapał nas deszcz u wpadliśmy w lekką panikę, ale potem padać przestało. Wodę zdobyliśmy na początku ostatniej przed większym lasem wioski, Słoszewa. Dostaliśmy ją na działce letniskowej, gdzie jakiś pan sprzątał. Dalej we wsi ktoś nas zagadnął czy nie boimy się arabskich imigrantów w lesie, co napełniło nas niepomiernym zdziwieniem, bo żadne z nas od dłuższego czasu nie miało styczności z propagandą TVP.











Przy leśnej drodze było miejsce odpoczynkowe, ale bardzo na widoku i nielegalne - można na noc zaparkować, ale nie biwakować. Nie podobało nam się, że widzieliby nas kierowcy, a wiaty były nieszczelne. Poszliśmy więc dalej w las na biwak. Znaleźliśmy dobre miejsce na piaszczystym wzgórku. Idealnie płasko, pod drzewami. Miałam wrażenie, że musiało to być miejsce bytowania prehistorycznych ludzi i miałam rację. 

Nieco dalej, bliżej Drwęcy znajduje się stanowisko archeologiczne, gdzie znaleziono ślady osadnictwa grup myśliwsko-zbieracko-rybackich, które bytowały tam w okresie mezolitu od 9000 do 3500 lat temu. Ludzie ci przybyli w te okolice wraz z pierwszymi lasami, które opanowały tereny tundry, wykształcone po ostatnim zlodowaceniu. Żyli w niewielkich 3 - 5-osobowych grupach, prostych rodzinach, które utrzymywały się dzięki eksploatacji środowiska leśnego i wodnego. Każda grupa posiadała własny teren łowiecki o powierzchni ok. 50-100 km2 na osobę. 

Pierwotnie osada znajdowała się na wydmowym cyplu usytuowanym między rzeką a nie istniejącym obecnie jeziorem. Podczas trwających 10 lat badań archeologicznych odkryto unikatowe, gromadzone przez tysiąclecia wytwory kultury materialnej. Odkryto najstarsze na niżu europejskim cmentarzysko ludzkie z niezwykle interesującymi śladami praktyk religijno-kultowych i pochówek ciałopalny dwóch dzików. Ten etap dziejów stanowiska datowany jest na 8890-8650 lat temu. Unikalnym znaleziskiem archeologicznym są również relikty obiektu mieszkalnego sprzed ok. 8000 lat.

Dowiedzieliśmy się o tym dopiero nazajutrz w muzeum w Brodnicy. Noc była deszczowa, ale rano przestało padać. Znalazłam na ręce małego kleszcza, ale nie zdążył się wgryźć.








Do Brodnicy było niedaleko, najpierw szliśmy polami, potem chodnikiem przy drodze. Poszliśmy złą drogą, kierując się mapami.cz, bo brakowało znaków w terenie.








W Brodnicy skierowaliśmy się na krzyżacki zamek. Murowany zamek powstał w pierwszej połowie XIV wieku. Po bitwie pod Grunwaldem zamek i miasto poddały się wojskom polskim, jednak w 1411 wróciły pod władzę zakonu. Ziemie i zamek wróciły pod panowanie polskie po pokoju toruńskim w 1466, aczkolwiek załoga czeska, pozostająca na służbie zakonu, opuściła zamek dopiero w 1479 roku. Była to bardzo ładna budowla, zbudowana na planie kwadratu. Cztery skrzydła zamku otaczały wewnętrzny dziedziniec. Wysoka, 50-metrowa wieża posiadała wejście na wysokości drugiej kondygnacji.







Na zamku jest sporo do oglądania, bardzo fajne zabytki średniowieczne. Piwnica jest bardzo klimatyczna. Można wejść na wieżę o obejrzeć widok.












Kupiliśmy sobie wspólne bilety na trzy muzea. Nie mieliśmy wielkich co do nich nadziei, ale wystawa w Spichlerzu po prostu nas zmiażdżyła. Nie było tam wcale autentycznych zabytków, ale była rekonstrukcja mezolitycznej osady, opisanej wyżej. Można było wszystkiego dotknąć, spróbować rąbać drewno kamienną siekierą, wejść do szałasu. Oprowadzaniem zajmował się fachowiec, archeolog. Spędziliśmy tam mnóstwo czasu, zupełnie zafascynowani.







Wystawa w Bramie Chełmińskiej była zupełnie nieciekawa, były tam obrazy. Sama brama w porządku. Na rynku zjedliśmy coś w restauracji (bez szału), ładując elektronikę. Poszliśmy też do Biedronki i Lewiatana (w tym drugim dorwałam pojedynczą kiełbasę na ognisko).






Oczywiście jak zwykle przedwcześnie zrobiło się późno. Jednak zwiedzanie pochłania ogromną ilość czasu. Tylko jak tu nie zwiedzać?





Kiedy szliśmy brzegiem Jeziora Bachotek już mroczniało. Były tam ośrodki wypoczynkowe, które należało ominąć. Wydeptanie ścieżki wskazywało na to, że nie ma szans na dyskretny biwak nad samym jeziorem (a akurat miałam na to ochotę). Już prawie po ciemku znaleźliśmy miejsce, gdzie mogliśmy się schować. Słychać było stamtąd ptactwo, ale też samochody. Znów z ogniska nici. Walczyliśmy do późna z namiotami, Michał się przenosił, zdaje się że dlatego, że było krzywo czy jakiś niewidoczny wykrot. Rano trzeba było jeszcze zakleić palec plastrem.






Otrząsnęliśmy się z nocnej wilgoci i w pięknym słońcu ruszyliśmy dalej. Wrzesień był wyjątkowo piękny, jak to dobrze, że mogliśmy z tego skorzystać. Łabędzie i kaczki chyba też były zadowolone. Ten odcinek był ze wszystkich na szlaku najładniejszy. Żółte znaki prowadziły rynną jeziorną, zajmowaną po kolei przez Jeziora: Bachotek, Strażym, Zbiczno i Ciche. Potem przeciął drugą rynnę między Jeziorami Mieliwo i Sosno, ale ich ze szlaku nie było widać. Tutaj też szukaliśmy grodzisk. Znajdują się one na półwyspie pomiędzy Jeziorem Strażym, a rzeczką Skarlanką. Da się do nich dojść, ale nie od strony szlaku, ze względu na rzekę i mokradła. Jednak dostrzegliśmy wzniesienia terenu na półwyspie. Oba grodziska są wczesnośredniowieczne, jedno starsze, drugie młodsze. Wspaniale byłoby wybrać się tam kiedyś.







Poniżej półwysep z grodziskami.








Po drodze również bunkier, spały na starych sosnach i jeszcze jedno malutkie jeziorko.








Wyglądało na to, że lokalne Lasy Państwowe doskonale wiedzą, że jest to teren działania różnej maści bushcrafterów i takich turystów jak my. 






Kolejny bunkier.






Szukaliśmy fajnego zejścia nad wodę, bo było naprawdę ciepło, 18 stopni, i mieliśmy ochotę na kąpiel. Było jedno ładne miejsce, ale na wodzie stał wędkarz z łódką, więc poszliśmy dalej, do takiego bardziej oficjalnego zjazdu dostępnego samochodem. Szekspir wszedł pierwszy, nieco kwicząc z zimna. Zobaczywszy, że przeżył, też się odważyłam i stwierdziłam, że wcale zimno nie jest. Być może było to zasługą mojej tkanki tłuszczowej. Woda miała również 18 stopni i była całkiem czysta, nie licząc tego, co spłukał z siebie Szekspir. Popływałam sobie trochę, ale przeszkodzili mi wędkarze. Postanowili akurat tam wpłynąć, gdzie ja się pluskałam, a kiedy przyszła pora wyjść z wody całkiem się tam rozbebeszyli. Potem nadjechał jeszcze jeden samochód i dwójka rowerzystów, także przestało już być fajnie. Mogliśmy byli zostać w pierwszym miejscu i poczekać aż wędkarz odpłynie. Tak czy owak, kąpiel była orzeźwiająca i bardzo przyjemna.







Ożywieni opuściliśmy odcinek jeziorny. Szkoda, że był taki krótki. Dalej było wiejsko, morena denna z pofalowanymi polami. Może nieco męczące były wiejskie drogi, ale bardziej było żal jezior, które zostawiliśmy za sobą. W sklepie w Ostrowitem zrobiliśmy małe zakupy i przysiedliśmy na ławce. Towarzystwo zebrane przed sklepem było mocno podejrzane, ale na szczęście był z nimi raczej spokój. W tej samej chyba wsi, w głębi parku, widać było stary pałac.









Szlak zrobił nagły zwrot i poprowadził nas grzbietem, wysoczyzną, z której roztaczał się szeroki widok na lasy. Lasów było na horyzoncie zdecydowanie więcej niż pól.







Słońce zaszło za Jeziorem Łąkorz w Łąkorku. Niespodziewanie ta wieś była bardzo schludna. Miała czystą plażę bez jednego śmiecia.







My poszliśmy tradycyjnie w głąb lasu i znaleźliśmy idealny biwak, tam gdzie się go nie spodziewaliśmy. Zaszliśmy daleko, do skrzyżowania dróg w środku kompleksu leśnego. Buchnęliśmy w dół przez borówki i nagle las zrzedł, pokazała znów nieco wyżej położona polanka, jakby stworzona do biwakowania. Zbieranie chrustu miało pierwszeństwo, potem rozbiliśmy obóz. Tam nas nikt nie mógł wypatrzeć, więc z pełną przyjemnością siedzieliśmy przy ogniu, aż wypaliliśmy całe zebrane drewno. Kiełbasa doczekała się upieczenia, była też bodajże grochówka w proszku.






Na śniadanie już brakło rzodkiewek, ale była aromatyczna przyprawa z Jordanii. Z ziemi znów wylazł brzęczący trzmiel.





Wiata poniżej znajduje się dalej przy głównej drodze, nie nadaje się w związku z tym na nocleg, a szkoda, bo fajna.





Choć polny, następny odcinek bardzo mi się podobał. Moreny jeszcze urosły i wzniesienia też, panoramy sięgały na pół województwa.



















Po drodze zrobiliśmy przerwę w starym wyrobisku popiaskowym i tak osiągnęliśmy Radomno, gdzie dawniej sądziłam, że szlak się kończy. Być może kończył się dawniej, ale bardziej prawdopodobne jest, że nastąpiła zmiana powiatu i zmiana PTTK-u, stąd tyle błędnych informacji było w internecie. Nie byliśmy wcale pewni, gdzie nas ten szlak poniesie, czy do Samborowa, czy może do samej Ostródy - ktoś mi też mówił, że szlak został tam przedłużony. W Radomnie stwierdziliśmy znaki kontynuujące się. Zrobiliśmy zakupy w sklepie, posiedzieliśmy na schodach dawnej plebanii, wymieniliśmy jakieś uwagi natury ogólnej. Zagapiliśmy się z wodą - należało nabrać jej wcześniej, a odłożyliśmy to na sam koniec wsi. Ostatnie domy przed Jeziorem Radomno były bardzo nieprzystępne. Dzwonka nie było, szczekającym psem się nikt nie zainteresował, nikt nie wyszedł. Wróciliśmy się kawałek do gospodarstwa i zagadnęliśmy pana, który pokazał się na podwórku. Bez problemu dostaliśmy zaproszenie do kranu w letniej kuchni - do tego jeszcze nie doszło, żeby odmawiać ludziom wody, jak się wyraził ten miły pan. No i świetnie, mogliśmy iść dalej.

Jezioro było straszliwie brudne, zeutrofizowane. Przejrzystość nie osiągała nawet 1 cm. Mimo to ktoś próbował tam łowić ryby. A my kroczyliśmy śliczną drewnianą kładką, przecinającą zatokę.







Wspaniały, dziki teren nas otaczał. Półwysep musiał być i w dawnych wiekach zamieszkany, tak dobrze go broniło jezioro i struga, która odcinała go od stałego lądu. Jednak grodzisko stwierdzono na wyspie, są nawet zaznaczone wały na mapy.cz.






Musieliśmy zabiwakować gdzieś przed Iławą. Poszlibyśmy dalej, ale już dalej się nie dało. Były jeziora, nad którymi miło byłoby spędzić noc, ale nie chcieliśmy być wykryci, a do tego akurat nie było niczego płaskiego, chyba że torfowisko. Padło więc znów na nieco oddalony szczyt wzgórza porośniętego bukowym tutaj lasem. Las się właśnie zmienił z sosnowego na żyzny, bukowy. Pewnie weszliśmy na obszar morenowych glin, zamiast piasku.





Były tam straszne komary, pogryzły mi nogi kompletnie, jeszcze zanim udało mi się wbić wszystkie śledzie. Marzyłam o ognisku, ale znów nie wyszło, bo w pobliżu miała być wieża przeciwpożarowa. Trzeba się było zadowolić zupą pomidorową posypaną sezamem i kompotem z dzikich jabłek.






Ostatni dzień wędrówki wstał pochmurny, choć potem się znów rozpogodziło. Zwinęliśmy się, doszliśmy do szlaku - a było to z pół kilometra - i ruszyliśmy na Iławę. Potwornie poplątaliśmy się przy dworcu kolejowym, przebieg szlaku był źle zaznaczony na mapie. Należało po prostu iść prosto główną drogą. Wstąpiliśmy do centrum handlowego, gdzie była darmowa toaleta, nabraliśmy wody. Iława nam się podobała, zwłaszcza odrestaurowany kran z wodą na chodniku i stara lokomotywa na placu przed dworcem. Zakupy zrobiliśmy w małym sklepiku pod koniec miasta. Zawsze staram się robić zakupy w tych małych sklepikach, co by wesprzeć drobny handel.











Razem z naszym szlakiem zaczął biec jakiś szlak papieski, chyba droga krzyżowa, której stacje wykonano w starych kajakach.






Drugie śniadanie zjedliśmy na przystanku. Oczekiwaliśmy jakiegoś wspaniałego doświadczenia wędrówki wzdłuż brzegów Jeziora Jeziorak, jednak trasa była daleka od wspaniałości. Szliśmy po prostu asfaltem, a od jeziora oddzielały nas zabudowane działki. Stały tam domy bogaczy, bardzo specyficzne, bardziej bunkry niż przytulne domy.








Niestety końcówka szlaku nie jest zbyt ciekawa. Ratuje ją tylko ostatni odcinek leśny, aczkolwiek droga tam jest już częściowo wyasfaltowana. 









Na koniec jest klejnot - stary most na Drwęcy z ruinami jakiegoś ceglanego budynku, bardzo prawdopodobne, że pełniącego jakieś funkcje obronne. I zaraz potem dworzec w Samborowie, nieczynny, ale ze starymi napisami, nawet niemieckimi.







Kropkę szlakową wraz ze szlakowskazem zlokalizowaliśmy na drzewie przed dworcem. Okazało się więc, że tak jak sądziliśmy, szlak się tam kończy. Zatem zakończyliśmy przejście. Filmowe zakończenie odbyło się z problemami, bo pies zza płotu wyszedł sobie na nas poszczekać.






Michał miał wieczorny pociąg, a ja planowałam wrócić kawałek, zabiwakować w lesie, zrobić ostatnie ognisko i pojechać do domu rano. Natomiast towarzystwo, które przebywało obok mostu bardzo mnie do tego zniechęcało. Typy były tak podejrzane, że się przestraszyłam i coś mi mówiło, że nie powinnam już tamtędy chodzić. Spojrzeliśmy w rozkład jazdy: jest osobowy do Gdyni! Wobec tego postanowiłam poczekać na ten pociąg i pojechać do Gdyni i stamtąd do Cieszyna. Tak zrobiłam. Na pociąg do Katowic nie było miejsc, ale byłam szczęśliwa na podłodze, z wędzoną makrelą. Zachodziły obawy, że naruszam tym porządek publiczny, ale nie przejmowałam się. Był to mój jedyny prowiant, ale tak to sobie właśnie wymarzyłam, bo przez pół roku nie jadłam makreli.



Szlak oceniam ogółem pozytywnie, ale nie budzi on aż tak wielkiego entuzjazmu jak się spodziewałam. Odcinek między jeziorami jest znakomity, ale krótki, a Drwęcy nie widzi się cały czas. Nie każdy płat lasu z mapy nadaje się na biwak. Jednak odcinków fajnych jest więcej niż kiepskich, pofalowane moreny mają wielki urok. 

 Na koniec wielkie podziękowania dla Michała za pożyczenie aparatu :-)

piątek, 21 czerwca 2024

Pieszy trawers Japonii: Podsumowanie sprzętowe

Sprzęt to sprawa kluczowa podczas każdej długiej wędrówki. Dobiera się go stosownie do spodziewanych warunków. Ja jednak nie do końca wiedziałam jakie warunki mnie czekają. Wiedziałam o gorącym i parnym lecie, o porze deszczowej i tajfunach, o tym, że wiosną bywa jeszcze zimno. Sądziłam, że nie powinnam mieć kłopotów ze zdobywaniem wody i jedzenia, pozwoliłam więc sobie na nieco więcej sprzętu, więcej komfortowych gadżetów, zwłaszcza w kuchni. Niosłam też dodatkową koszulkę. Pierwotna waga bazowa mojego plecaka wyniosła 6110 g, choć po drodze się zmieniała.  Rzeczą, która ją znacznie podniosła był parasol. Przerobiłam dwa parasole, ale żadnego z nich już nie mam, żeby go zważyć. Dodałam więc do tabeli wagę parasola, który mam pod ręką. W tabeli widnieje więc waga 6330 g. Plecak był lekki, ale raczej nie ultralight. Niemniej, przetrwałam :-).


Japonia   - Lista sprzętowa
Waga bazowa - sprzęt   podstawowy (bez wody, jedzenia, paliwa)
Sprzęt Nazwa Waga (g)
Plecak OnMyWay Triple Crown 786
Worek na   śmieci Nylofume 29
Worek na   śmieci Walmart 80 l 56
Namiot MLD Solomid XL 652
6 śledzi V Hilleberg DAC 70
Sznurek Rep 1,5 mm 6 m 8
Folia pod   namiot Folia polycryo 40
Materac   dmuchany Thermarest NeoAir   Xlite Women's 354
Śpiwór Roberts Vagabond 325 custom 592
Worek   wodoszczelny na śpiwór Zpacks Medium Plus Dry Bag 19
Garnek   tytanowy Evernew ECA267 900ml 100
Patelnia   tytanowa Evernew Non Stick   Frying Pan ECA442 18 cm 139
Drewniana   szpatułka 8
Łyżka tytanowa Aliexpress 18
Palnik   alkoholowy Evernew Titanium   Alcohol Stove 37
Podstawka pod   garnek Evernew cross stand 13
Osłona   przeciwwietrzna DIY aluminium 15
Podkładka   niepalna Koc gaśniczy 20x20 cm 20
Zapalniczka BIC 20
Butelka na   paliwo PET 0,5 l 18
Butelka Nalgene OTF, nakrętka   klasyczna 110
Butelka PET 1l Biedronka, woda   Polaris alkaliczna 38
Butelka PET 1l Biedronka, woda   Polaris alkaliczna 38
Butelka PET 1l Biedronka, woda   Polaris alkaliczna 38
Worek   wodoszczelny na jedzenie Zpacks Large Food Bag 35
Słoik   plastikowy Po maśle orzechowym 44
Gąbka do mycia   patelni pół gąbki 1
Filtr do wody Sawyer Mini (używany   z wodą w środku) 47
Strzykawka do   backflushingu filtra Sawyer 30
Kurtka puchowa Roberts custom 100 327
Kurtka   przeciwdeszczowa AntiGravityGear Ultralight Rain Jacket 206
Spodnie   przeciwdeszczowe As Tucas Acher Pants 81
Łapawice   wodoodporne Enlightened Equipment 19
Skarpety   wodoodporne Rocky GTX Socks 78
Koszulka z   krótkim rękawem Icebreaker Sphere 84
Bluza Kwark Polartec Power   Dry 134
Getry Kwark Polartec Power   Dry 116
Skarpety do   spania Smartwool PhD Outdoor   Light Mini 52
Majtki Arc'teryx Phase SL   Brief 21
Top do pływania Sloggi 25
Czapka OnMyWay Technostrech 28
Chusta   jedwabna Ze sklepu   "indyjskiego" 18
Rękawiczki Kwark Polartec Power   Strech Pro 33
Worek   wodoszczelny na ubrania Zpacks Medium Plus   Dry Bag 26
Nakładki   przeciwsłoneczne na okulary 14
Moskitiera na   głowę Elbe 26
Piłeczka do   masażu Easy Yoga, korek, 5   cm 20
Kosmetyczka z   zawartością (bez consumables) OnMyWay DCF 112
Apteczka i   zestaw naprawczy W torebce strunowej 101
Taśma naprawcza Mała rolka 22
Szmatka do okularów Ściereczka z mikrofibry, Biedronka 2
Papier   toaletowy W torebce strunowej 8
Maska 1
Portfel Zpacks Zip Pouch   "Wallet" 26
Paszport 39
Notatnik 49
Długopis 5
Scyzoryk Victorinox Classic 20
Czołówka Petzl e+Lite (stara   wersja) 23
Zapasowe   baterie do czołówki CR2032 10
Smartfon w   etui Motorola Moto G7   Power 210
Torebka   strunowa na telefon wodoodporna Loksak aLoksak 7
Kabel USB do   telefonu 8
Ładowarka do   telefonu 53
Ładowarka 2   USB 30
Adapter do wtyczek 10
Aparat fotograficzny Sony RX100 VII 306
Zapasowa   bateria do aparatu 31
Kabel USB do   aparatu 14
Uchwyt na   aparat do kijka trekkingowego Stick Pic 12
Statyw Pedco Ultrapod 50
Mikrofon Rode Video Micro 82
Szyna ze   stopką Ulanzi PT-9 40
Powerbank Miller ML-102 32
2 ogniwa 18650 Panasonic 92
Kabel USB do   powerbanku 14
Karty SD i   adapter do kart SD SanDisk 8
Torebka na   elektronikę OnMyWay DCF 10
Waga bazowa 6110
Ubrania i rzeczy niesione na sobie 1933
Koszulka z   długim rękawem Kwark Pustynna 99
Krótkie   spodenki biegowe Arc'teryx Taema Short   Women's 233
Daszek Dynafit React Visor   Band 27
Biustonosz   sportowy Panache Sports Bra 112
Majtki Arc'teryx Phase SL   Brief 21
Rękawiczki   rowerowe FOX 43
Skarpety Injinji Toe Socks   Micro 30
Skarpety Smartwool PhD Outdoor   Light Mini 52
Buty do   biegania Altra Lone Peak 6.0   (41) 522
Stuptuty   biegowe Dirty Girl Gaiters 25
Stabilizatory   na kolana (2) Cho Pat Knee Strap 176
Zegarek Casio 16
Chusteczka do nosa Bawełniana 5
Kijki   trekkingowe Leki Corklite 572



Plecak

Niezmiennie od 2019 używam plecaka Triple Crown zaprojektowanego przeze mnie wspólnie z firmą OnMyWay. Jest o nim na blogu osobna recenzja, pisałam już o nim wielokrotnie. Tym razem towarzyszył mi egzemplarz w kolorze turkusowym, pasującym do mojego ubrania. Ze względu na intensywnie działające światło słoneczne kolor wyblakł, jak zwykle. Plecak nie miał uszkodzeń, z wyjątkiem małego zadrapania podczas podróży powrotnej samolotem (a w sumie musiał przeżyć 4 loty). Po powrocie, jesienią, po którymś z polskich szlaków zauważyłam wygięcie klamry na pasie biodrowym. Zdaje się, że utyłam :-D

Plecak był na tę wyprawę nieco za duży, bo sprzęt raczej letni nie zajmował zbyt wiele miejsca, a zapasów jedzenia prawie nigdy nie dźwigałam wiele. Jednak na najdłuższym odcinku w Parku Narodowym Daisetsuzan nie byłabym w stanie spakować się w mniejszy - miałam ze sobą wodę na dwa dni i jedzenie na siedem.

Osoby, które nie próbowały najczęściej nie wierzą, że w takim prostym plecaku bez stelaża, usztywnień i masywnego pasa biodrowego można przenosić duży ciężar. A można, wystarczy dobrze, ciasno spakować zawartość, a wtedy ona staje się stelażem. Podczas tej wędrówki niosłam ciężar przekraczający 20 kg, myślę że było około 23 kg. I było mi o wiele wygodniej niż kiedy niosłam podobny ciężar w masywnym Deuterze, który wrzynał mi się w biodra i ramiona. Miękkie szelki i pas biodrowy nie wrzynają się, a plecy wypełnionego plecaka dostosowują się do kształtu pleców niosącego, stąd myślę wielka wygoda Triple Crowna i  innych tego typu plecaków.





Namiot

Zabrałam bardzo stary namiot MLD Solomid XL (customową wersję z wejściem z prawej strony), którego używałam już na trzech długich dystansach: Te Araroa, Appalachian Trail i przejściu Szwecji. Cenię ten namiot ze względu na możliwość wypięcia sypialni z moskitiery i podwieszenia osobno. W Japonii spodziewałam się wielu noclegów pod wiatami, a wiedziałam o licznych komarach, więc to była jedyna opcja. Namiot jednak był już wysłużony. Podłoga była od dawna dziurawa, więc zabrałam większą folię polycryo (recenzja na moim kanale YT) o wymiarach odrobinę większych niż podłoga. Tropik zaczął przeciekać w połowie trasy podczas tajfunu, dość spektakularnie podczas burzy tropikalnej na Tajwanie, a pod koniec unikałam już starannie biwakowania w deszczu, bo drobne kropelki zawsze przepuszczał jako mikro mżawkę. Dało się spać będąc roszonym jeśli było ciepło, ale jeśli w grę wchodziło spanie w śpiworze nie było mowy o moczeniu go. W namiocie spędziłam w Japonii 51 nocy. Choć jest to konstrukcja stawiana na kijku trekkingowym i wymaga przyszpilenia, to nauczyłam się rozstawiać go w najdziwniejszych miejscach, na ławkach i betonowych podłogach. Dodatkowo zabrałam 6 metrów cienkiego repu.








Śpiwór i materac


Osoby, które podróżują po Japonii latem często nie zabierają śpiwora w ogóle, jednak jeśli wybieracie się wiosną, jesienią, albo planujecie trekking w górach śpiwór jest niezbędny. Wiosną doświadczyłam przymrozków, a latem ochłodzeń do 10 stopni wysoko w górach. Wysłużony customowy śpiwór Roberts Outdoor Equipment Vagabond był już na wielu szlakach. Przeszłam z nim Te Araroa, Appalachian Trail, Chorwację i wiele krótszych szlaków. Przed Chorwacją pozbyłam się zamka, a puch poszedł do środka, dając 325 g puchu, które było w sam raz na tę wyprawę. Podczas przymrozków było mi chłodno, podczas upałów nie używałam go w ogóle, ale przez większą część czasu sprawdzał się świetnie. Gdyby nie przymrozki można byłoby wziąć nawet lżejszy śpiwór 250 g puchu. Często bywał zawilgocony, ale nie mokry. Tak było i na innych wędrówkach w wilgotnych rejonach świata i nie był to nigdy problem. Podczas tej wędrówki materiał spleśniał. Zresztą miał już kropki pleśni wcześniej, po Te Araroa i Appalachian Trail, na którym większość sprzętu pleśniała. Dzieje się tak dlatego, że materiał bywa brudny, a brud stanowi pożywkę dla pleśni. Resztę załatwia wilgoć. Pleśń nie wydziela zapachu i nie stanowi przeszkody w dalszym użytkowaniu.





Materac Thermarest NeoAir XLite Women's jest na mojej liście sprzętowej z każdej wyprawy. Nie jest to jednak wciąż ten sam egzemplarz. Ten, z którym zaczęłam był drugi, uzyskałam go po reklamacji pierwszego. Ten z kolei już na początku doznał tego samego uszkodzenia co pierwszy, czyli pękła w nim pierwsza, górna komora. To bardzo popularne uszkodzenie, bardzo często się w tych materacach zdarza. Miałam nadzieję, że będzie tak, jak za pierwszym razem, kiedy z balonem przeszłam cały Continental Divide Trail. Tym razem jednak balon zaczął się powiększać i sen nie był już możliwy. Musiałam kupić nowy. Nie było to łatwe, bo nie szłam przez miasta, w których byłyby sklepy outdoorowe. Wreszcie podjechałam pociągiem do Sendai i tam udało mi się kupić nową wersję tego samego materaca.




Nowy materac jest wyprodukowany w USA.







Kuchnia

W moim sprzęcie kuchennym zaszły duże zmiany. Wciąż towarzyszył mi stary garnek tytanowy, dla którego na rynku nadal nie ma konkurencji: Evernew Titanium Ultralight 900 ECA267. Miałam starą łyżkę i starą butelkę Nalgene OTF z tradycyjną nakrętką, ale poza tym same nowości. Zamiast kuchenki gazowej, w obawie o brak możliwości zakupu kartuszy z gazem na prowincji i chęć zaoszczędzenia, zabrałam nową kuchenkę alkoholową Evernew Titanium Alcohol Stove EBY254 wraz z blaszką pod garnek Evernew Trive Ti EBY258. Osłonę przeciwwietrzną wykonałam sama z aluminiowej formy na ciasto. Pod kuchenkę podkładałam kawałek koca gaśniczego, dzięki temu przypadkowo rozlany alkohol nie mógł podpalić powierzchni pod kuchenką. Alkohol transportowałam w półlitrowej butelce PET.





Kuchenki nie mają zbyt wielu zwolenników wśród długodystansowców, bo nieco wolniej się na nich gotuje i trudniej chronić ich płomień przed wiatrem, bo jest bardzo chwiejny. Płomień bywa spory, wychodzący poza garnek, wydziela się nieprzyjemny zapach, stąd problematyczne jest gotowanie w przedsionku namiotu przy zamkniętych drzwiach. Z wad można jeszcze wymienić brak możliwości regulacji płomienia, co jednak rozwiązywałam uniesieniem naczynia. Płomienia nie da się zgasić, chyba że używa się kuchenki z klapką lub się samemu klapkę wykonało. Poza tym kuchenka alkoholowa ma same zalety i obecnie korzystam głównie z niej. Potrzebowałam trochę czasu żeby się z nią oswoić, ale teraz wolę ją od gazowej, o ile nie zależy mi bardzo na czasie (a wtedy w ogóle mało gotuję).

Prawdziwym problemem okazała się dostępność paliwa alkoholowego. Tak zresztą jak i w Polsce. Z początku myślałam, że będę się musiała obyć bez gotowania, bo w drogeriach był tylko środek do dezynfekcji ze zbyt niską zawartością alkoholu. Później jednak okazało się, że można kupić 100% alkohol w niektórych sklepach przemysłowych (budowlano-ogrodniczo-ogólnych). Musiałam pokazywać zdjęcie opakowania, bo inaczej "do gotowania" chciano mi sprzedawać sake :-). Sprzedawano bardzo dobrej jakości alkohol, bodajże 80% etanolu i 20% metanolu. Raz był, a raz nie i było to nie do przewidzenia. Zużycie jednak nie było aż takie znowu duże, więc pół litra starczało mi na miesiąc. Nie codziennie też gotowałam.

Nie sprawiało mi nigdy trudności nalanie odpowiedniej ilości paliwa. Czasami nalewałam odrobinę za dużo i płomień utrzymywał się kilkadziesiąt sekund za długo, częściej nalewałam za mało i musiałam dolać (po wygaśnięciu, oczywiście), ale ogólnie szło mi to bardzo sprawnie.




Posiadanie patelni zupełnie odmieniło mój jadłospis. Już podczas przejścia Norwegii bardzo lubiłam potrawy smażone, zwłaszcza jajka, ale korzystałam z chatkowych patelni. Tym razem miałam swoją i było to genialne rozwiązanie. Potrawy z patelni są smaczniejsze, łatwiej o odpowiednią ilość kalorii, bo używa się tłuszczu. Zużycie paliwa jest znacznie mniejsze przy smażeniu niż przy gotowaniu - żeby przygotować potrawę zalewaną wodą trzeba długo gotować wodę. Żeby usmażyć jajka czy warzywa potrzeba tylko chwili. Patelnia również jest firmy Evernew, nazywa się Titanium Frying Pan ECA442 i jest to wariant o największej średnicy 18 cm, w którym mieści się cała potrawa jednogarnkowa. Rączki rozkładają się na boki, dzięki czemu nie ma ryzyka, że patelnia się przez przypadek złoży. Wnętrze jest pokryte warstwą przeciwdziałającą przywieraniu potrawy, nie zawierającą teflonu.





Odzież

Mój stały zestaw stanowiły lekkie i cienkie biegowe spodenki Arcteryxa Taema i Koszulka Pustynna Kwarka z długim rękawem. Taki zestaw stosuję zawsze w cieplejszym klimacie i w górach latem. Obie rzeczy świetnie oddychały, ale przy wielkich upałach oczywiście przesiąkały potem i to do tego stopnia, że je wykręcałam. Wilgotność w Japonii to duże wyzwanie, oprócz samego upału.






Dodatkowej koszulki Icebreaker Sphere używałam właściwie sporadycznie, głównie będąc gdzieś zapraszaną, podczas pobytu w Tokio i kiedy prałam Pustynną. Fajnie było ją mieć, ale w sumie był to zbędny luksus.

Nie zawsze było gorąco. Bluza z Power Dry Kwarka sprawdzała się jako druga warstwa i piżama (w upały spałam tylko w niej i getrach). Miałam zabrać getry do kompletu, jednak w ostatniej chwili zdecydowałam się zabrać nieco cieplejsze stare getry Arcteryxa z powerstrechu. Były już wyłysiałe i nie tak ciepłe jak nowy powerstrech, ale na Japonię w sam raz. Podczas upałów oczywiście były one za ciepłe i żałowałam, że nie zabrałam obu par. Drugą mogłam przecież przechować w Tokio.




Również kurtka puchowa, customowa kurtka Roberts Outdoor Equipment na 100 g puchu 850 cui była bardzo potrzebna. Więcej było takich wieczorów i poranków kiedy potrzebna nie była, ale wtedy kiedy była, była to autentyczna potrzeba. Potrzeba taka przypadała co jakiś czas, kiedy byłam wysoko w górach. Nie mogłam jej więc np. zostawić w Tokio na lato, bo chłody zdarzały się też latem.



W czapce prawie zawsze spałam, za to rękawiczek użyłam dwa razy.

Syntetyczne majtki nie były aż tak rewelacyjne w upały jak myślałam, i tak były mokre od potu, a ich gumki obcierały pachwiny.

Zawsze kiedy świeciło słońce nosiłam jedwabną chustkę, a daszek bez względu na zachmurzenie. 

Top do pływania był potrzebny rzadko, ale był, bo Japończycy nie kąpią się nago.



Ochrona przed deszczem

W moim stroju przeciwdeszczowym było trochę nowości. Wiedziałam, że będzie gorąco, parno, ale że będzie bardzo dużo padało też. Szykowałam się na porę deszczową, która okazała się nie tak straszna, jak ją opisywano. Noszenie hardshelli w wysokiej temperaturze to zawsze jest tortura, człowiek się poci i sam nie wie czy jest mokry od deszczu czy potu. Nie da się jednak chodzić bez żadnej ochrony, bo powoduje to liczne otarcia i odparzenia, a jeśli jest dajmy na to tylko 20 stopni to jednak robi się zimno jak się stanie. Żadna z kurtek przeciwdeszczowych z membraną nie chroniła mnie dotąd przed deszczem w zadowalającym stopniu przez dłuższy czas. Jedne zużywały się szybciej, inne wolniej, a ja marzyłam o takiej, która by nie przemakała. Spróbowałam więc tym razem kurtki bez membrany, po prostu wodoodpornej i nieoddychającej. Zakupiłam kurtkę Anti Gravity Gear Ultralight Rain Jacket. Nigdy nie zależało mi na oddychaniu kurtek, bo nie miałam kłopotu z odczuciem zapocenia. Rzeczywiście nie czułam zbyt wielkiej różnicy między tą a innymi kurtkami, które miały membranę. Kurtka też rzeczywiście nie oddychała i ekspresowo się w niej zaparowywałam, jednak trudno oczekiwać czegoś innego na ostrym, długim i męczącym podejściu podczas ulewnego deszczu. Byłam więc pod spodem spocona i byłam również mokra, ale nie dowiedziałam się czy kurtka przecieka, ponieważ próbowałam używać wywietrzników pod pachami, przez które lała się woda. Z tego powodu jestem przeciwniczką wywietrzników, ale skoro już były to próbowałam. Kaptur był kiepski, daszek miękki i po brzegach kaptura również ciekła woda. Przed powrotem do Polski kupiłam nową membranową kurtkę Montane, wzięłam ją w góry, przetestowałam w deszczu i wyszło na to, że spociłam się tak samo.

Kolor początkowo wydawał mi się jaskrawy i ekstrawagancki, co prawda lubię takie, ale jestem w mniejszości. Wędrując w deszczu i mgle drogami, na których nie było chodników doceniłam jaskrawy kolor w całej rozciągłości. Dzięki niemu kierowcy mnie widzieli, nawet kierowcy ciężarówek. Być może dzięki temu nie miałam wypadku. Chciałabym tych z Was, którym zdarza się chodzić drogami (a na polskich szlakach dróg nie brakuje) zachęcić do noszenia kolorowych kurtek przeciwdeszczowych, i to zwłaszcza pomarańczowych, gdyż jest to najbardziej widoczny kolor. Osoba w czarnej, szarej czy innej kamuflażowej kurtce nie jest w ogóle widoczna na drodze.





Miałam też spodnie przeciwdeszczowe i używałam ich też kiedy było ciepło, ponieważ potrzebuję utrzymać we względnej suchości stabilizatory na kolanach. Były to nowe spodnie As Tucas Acher Pants, które miałam mieć w Norwegii, ale paczka dotarła z wielkim opóźnieniem. Poprzednia wersja Acher Pants była rewelacyjna, używałam tych spodni na wszystkich trzech szlakach Potrójnej Korony. Myślałam więc, że nowe będą równie dobre, ale niestety tak nie było. Materiał został zmieniony i niestety bardzo przemakał i to wcale nie tylko w miejscach narażonych na tarcie, a po prostu wszędzie. Krój spodni (miałam damskie) też pozostawia wiele do życzenia. Spodnie niby szerokie w biodrach spadają z tyłka, bo są z tyłu bardzo płytkie. Z przodu z kolei jest nadmiar materiału. Poprzednie miałam customowe, też trochę spadały, ale nie aż tak. Szkoda.

Na zdjęciu: wszystko mokre.




Prawdziwą rewolucją na mojej liście sprzętowej był parasol. Nie planowałam wcześniej chodzić z parasolem, dlatego że muszę chodzić cały czas z kijkami ze względu na kolana. Wiedziałam oczywiście o możliwości przypinania parasola, ale nie miałam odpowiedniego klipsu, a zresztą chodzenie po lesie i górach z parasolem, który ciągle o coś zaczepia i jest szarpany przez wiatr wydawało mi się nonsensem. W Japonii jednak wszyscy używają parasoli, nie wyobrażają sobie że można parasola nie mieć. Parasole "do wzięcia" znajdują się przy stacjach kolejowych i w ogóle wszędzie na wypadek gdyby ktoś swojego zapomniał. I tak od razu pierwszy Japończyk, którego spotkałam, Nobi, od razu sprezentował mi parasol składany i nie chciał słyszeć odmowy. Wzięłam więc i postanowiłam spróbować. To było odkrycie. Przy bardzo intensywnym deszczu woda przebijała się przez materiał, musiałam i tak nosić spodnie przeciwdeszczowe, bo deszcz rozchlapywał się po ziemi, jednak miałam suche włosy! Z czasem koszulka przemakała, bo deszcz spływał na plecy po plecaku, ale przy mniej intensywnym deszczu długo byłam zupełnie sucha. Używałam więc parasola na wszystkich odcinkach drogowych. Nie przypinałam go, tylko trzymałam w ręce, a w drugiej miałam kijek. Po górach tak się chodzić nie dało, potrzebowałam dwóch kijków, ale zawsze mogłam użyć parasola w obozie. Nylonowy składany parasol z czasem się zniszczył, ostatecznie poległ podczas tajfunu na Nakasendo. Natychmiast zostałam obdarowana drugim, w informacji turystycznej dali mi model z plastikowej przezroczystej folii z zaokrągloną rączką. Jego szprychy się nie składały, więc był bardziej wytrzymały, ale był też cięższy i musiałam troczyć go na boku plecaka. Rączka w lesie zaczepiała o gałęzie. Był jednak szerszy i lepiej mnie chronił od deszczu, również dlatego, że woda przez folię się nie przedostawała. Następnym razem też wolałabym używać takiego parasola, choć pewnie jeszcze wypróbuję inne w przyszłości.








Buty, stuptuty, skarpety

Nie będziecie zaskoczeni jeśli chodzi o wybór obuwia - zawsze chodzę w modelu Altra Lone Peak. Tym razem używałam modelu 6.0. Ma on i wady, i zalety. Jego wadą jest zmieniony kształt kopyta, które zostało zwężone w palcach o 6 mm. To bardzo dużo. Zwłaszcza dla kogoś o rozstawionych palcach. Jeszcze się mieściłam, ale duży palec tarł o krawędź buta i bolały mnie stawy od wyginania palca do środka, tak jak to ma miejsce na większą skalę w butach z czubem. Od strony małego palca też było ciasno, ratował sytuację miękki materiał, ale na skórze małego palca pojawiło się zgrubienie od uciskania. W nowych Lone Peakach (6.0 i 7.0 które mają identyczne wymiary) przestały się mieścić skarpety wodoodporne, dałam radę je założyć, ale było ciasno i niewygodnie. To bardzo przykre, że firma po sprzedaży wielkiemu koncernowi odwróciła się od idei, która towarzyszyła powstaniu tych butów, czyli idei naturalnego poruszania się i dopasowania do prawdziwego kształtu stopy.




Zaletą nowego modelu była nowa podeszwa, która była o wiele bardziej wytrzymała niż poprzednie. Byłam w stanie przejść w jednej parze 2200 km. Podczas całej wyprawy zużyłam tylko dwie pary. Trwała była guma (wytarłam gumę i śródpodeszwę pod śródstopiem i piętą), ale też śródpodeszwa, która nie zbiła się bardzo i nie powstały w niej doły, które zawsze miałam w butach ze względu na płaskostopie poprzeczne. Wydeptane doły były zawsze u mnie powodem wymiany butów na nowe, teraz ten problem w ogóle nie wystąpił.





Miałam tym razem stuptuty Dirty Girl Gaiters, a nie firmy Stuptut z tej prostej przyczyny, że za późno odkryłam, że potrzebuję nowych. DGG miałam po prostu w szafie. Nie są one tak wytrzymałe i tak dobrze dopasowane jak Stuptut, prędko zrobiła się w nich dziura i zaczęły puszczać nitki, ale ogółem przetrwały.

W skarpetach nie pojawiło się nic nowego. Używałam sprawdzonego zestawu dwóch pary na raz, linerów Injinji i wierzchnich trekkingowych Smartwooli pod kostkę. Smartwoole obecnie nazywają się Hike Light. Była to ta sama para, której używałam w Chorwacji. W sumie przeszłam w tej jednej parze już 6200 km i zrobiły się tylko malutkie dziurki. Do spania miałam drugą parę Smartwooli, na wypadek konieczności wymiany, ale konieczność taka nie nastąpiła, a te skarpety są zbyt obcisłe do spania w moim odczuciu, lepiej mieć bardziej obszerne.




Używałam też skarpet wodoodpornych Rocky GTX Socks, ale nie zawsze, bo było zbyt ciepło. Niemniej, wolałam mieć je ze sobą.




Elektronika, sprzęt fotograficzny, czołówka

W Japonii używa się wtyczek typu F, takich samych jak w USA. Jedną miałam, a drugą pożyczyłam od Michała. Tę od Michała rozbiłam na asfalcie, ale bez problemu kupiłam nową w dużym supermarkecie. Kable, chiński powerbank i ogniwa 18650 były jak zwykle. W przyszłości do Japonii na pewno zabiorę panel solarny ze względu na kłopoty ze znalezieniem gniazdka. Słońca nie brakuje.
Miałam wielkiego pecha jeśli chodzi o sprzęt fotograficzny. Po tym jak nie udało się naprawić aparatu Sony RX100 VII, który rozbiłam w Norwegii kupiłam nowy identyczny. Niestety od dawna nie wyprodukowano nowej wersji. Egzemplarz który zakupiłam tydzień przed wyjazdem okazał się wadliwy i uszkadzał zdjęcia i filmy po zapełnieniu 50 GB na karcie. Przez to straciłam wiele materiału, bo w serwisie nie udało się tego odzyskać. Udało się na szczęście odzyskać jedna całą kartę uszkodzoną, na której był cały materiał z Tajwanu i zdjęcie z obwodem Ziemi 40 075 km. Od połowy wyprawy używałam tylko małych kart 64 GB i z nich wszystko ocalało. Po powrocie oddałam aparat do naprawy w ramach reklamacji i został naprawiony. Przez tydzień, pomiędzy północną Honsiu a południową Hokkaido filmowałam tylko telefonem, ponieważ do obiektywu aparatu dostał się piasek i przestał on działać prawidłowo. Na naprawę nie było szans, ale po tygodniu na skutek wstrząsów piasek sam się wysypał w plecaku. Ostatnie ziarenka wyłuskiwałam igłą.





Czołówka Petzl e+Lite towarzyszy mi od wielu lat i nie zamieniłabym jej na żadną inną. Ma mizerną moc i wspaniałą baterię (wersja z około 2014). Do wędrówek jest idealna, aczkolwiek na drogach, kiedy chciałam czerwonym migającym światłem sygnalizować swoją obecność na drodze, moc światła była zbyt mała.


Pozostałe

Najważniejszym oprócz może butów sprzętem były kijki trekkingowe, wysłużone Leki Corklite. Popełniłam błąd i nie zabrałam do Japonii akcesoriów do nich: ani grotów, ani gumek. Groty nie byłyby potrzebne, jednak gumki owszem. Pierwszą gumkę zgubiłam ósmego dnia wędrówki i potem aż do Tokio musiałam improwizować, ponieważ na mojej trasie nie było sklepów outdoorowych. Firmowe gumki kupiłam dopiero w Sendai, razem z materacem. 4000 km asfalt robią swoje: na Hokkaido starsza gumka totalnie się starła. Ale wtedy miałam już zapasową. 





Scyzoryk Victorinox Classic towarzyszył mi niezmiennie jako najbardziej kompaktowe, a jednocześnie posiadający wszystkie niezbędne funkcje narzędzie. Miałam go na wszystkich swoich thruhike'ach. Ostrze noża powoli zaczyna się tępić i okładki się obluzowały. 




Jak zwykle używałam małego starego zegarka Casio, z wymienionym po Norwegii paskiem. Kosmetyki i zestaw naprawczy były w zasadzie też takie jak zwykle, z tym że testowałam nowy dezodorant w kremie firmy Cztery Szpaki. Był bardzo dobry, ale w upały zaczął się rozwarstwiać i tłuszcz się oddzielał. Apteczkę i zestaw naprawczy opisałam na filmie na YouTube. Miałam wersję rozbudowaną i niosłam ze sobą zarówno antybiotyk, jak i metronidazol. Nie było potrzeby ich używania. Użyłam za to maści antybiotykowej pożyczonej od znajomych w Tokio. Smarowałam nią zainfekowane rany po ugryzieniach pijawek. Ze względu na wilgotny i ciepły klimat wszelkie drobne ranki lubią się w Japonii jątrzyć i goją się wolniej niż zwykle.

Miałam repelent na komary, ale rzadko go używałam, bo komary nie były aż tak dokuczliwe w miejscach przez które szłam. Moskitiery też używałam rzadko, ale przydała się na dokuczliwe muszki na Hokkaido.

Niezbędna była chusta chroniąca przed słońcem, jak i magnetyczne nakładki przeciwsłoneczne na okulary. W Japonii słońce operuje bardzo intensywnie. Miałam też krem z filtrem, używałam go zwłaszcza na początku, a potem odesłałam, kiedy już się opaliłam. 

Kluczowy był puder dla niemowląt, którym posypywałam pocące się latem ciało. Czasem co kilka minut, ale tylko to chroniło mnie przed straszliwymi odparzeniami i otarciami.